Monthly Archives: July 2015

Pająk – rozmowa

– Mamo,mamo, tam jest pająk!
– Gdzie synku?
– Widziałem jak szedł tam sobie. Ale proszę, nie zabijajcie go, proooszę!
– Chcesz uratować mu życie? Pewnie nie był zbyt duży?
– Nie, był mały i bardzo miły. I uciekał swoimi małymi nóżkami tak szybko, przed nami.

Pająk

Pewnego razu był sobie pająk. Niewielki, malutki właściwie. Człowiek był od niego większy milion razy. Pająk miał maciupeńką główkę i niewielki tułów. No i do tego sześć chudych nóg. Jak to pająk. Mieszkał sobie spokojnie, w rogu pokoju, przy podłodze. Jego pajęczyna ledwo był widoczna i niewielka. Nie był zresztą tak uzdolniony jak inne pająki, których pajęczyny wyglądały jak koronkowe serwetki.
Życie upływało mu na polowaniu na małe muszki i leniwym kołysaniu się na nitce pajęczyny. Czasami zapuszczał się za komodę. W każdym razie starał się nie wchodzić w oczy człowiekowi, który był tak wielki, że pająk nie mógł go nawet objąć wzrokiem!
Któregoś dnia pająka obudził hałas, coś huczało, wszystko się poruszało. W mieszkaniu działo się coś niezwykłego. W pewnym momencie komoda odpłynęła od ściany i pająk został zdemaskowany… Zastygł bez ruchu, jakby to miało uczynić go niewidzialnym. I nagle usłyszał krzyk:
– Pająk, pająk ! Tam jest straszny pająk!
Teraz dopiero pająk przeraził się nie na żarty. Czyżby w pobliżu był jakiś straszny pająk? Jakiś potworny, budzący grozę i pewnie pożerający inne pająki??? Bo przecież to z pewnością nie chodzi o niego… Pająk co sił w sześciu nogach zaczął biec przed siebie. Nie chciał zginąć w paszczy jakiegoś okropnego pająka, który przeraża nawet tak wielkie stworzenia jak ludzie. Szybko wbiegł za podłogową listwę i tam dopiero odetchnął. Słyszał, że człowiek jeszcze próbował złapać tego strasznego pająka, i to całkiem blisko tej listwy, ale wkrótce wszystko ucichło. Uff, pewnie sobie poszedł ten potworny pająk…
Pająk postanowił odtąd być ostrożniejszy. I w duchu pocieszał się, że przynajmniej człowiek jest na tyle spokojny, że na niego nie poluje i pozwala mu tu spokojnie mieszkać. Nie tak jak ten okropny pająk, który tak wszystkich przestraszył i pewnie jego też połknąłby natychmiast…

Błyszczące oczy – rozmowa

– Mamo! Błyszczą ci się oczy! Dlaczego?
– Nie wiem, może światło się w nich odbija.
– Cały czas błyszczą i nie gasną.
– Hmm, może mam w nich małe żarówki…
– Nieee, już wiem – ty po prostu jesz dużo surówki!
– Jak ktoś je dużo surówki to ma błyszczące oczy ?
– Tak, dużo surówki i marchewki też…

Rękawiczki

Pewnego razu była sobie królewna. Mieszkała w wielkim królestwie i przyjaźniła się z innymi królewnami. Królewna była bardzo pracowita i mądra ale chyba o tym wcale nie wiedziała, bo to była bardzo skromna królewna, zupełnie niepodobna do innych. Ponieważ świat się zmienił już dawno i nawet królewny w bajkach nie miały beztroskiego życia, które mogłoby upływać na tańcach i zabawach, królewna musiała pracować. Nie była to ciężka praca. Inne królewny miewały trudniejsze prace do wykonania. Królewna zajmowała się szyciem rękawiczek. Szyła ich każdego dnia całe mnóstwo. Były to piękne, maleńkie rękawiczki, które nie mogły równać się z żadnymi innymi. Królewna codziennie kilka godzin spędzała nad wykrojem i starannym zszyciem każdego palca w rękawiczce. Używała najpiękniejszych tkanin: jedwabiu, koronek. Wiele osób w królestwie nosiło rękawiczki uszyte przez królewnę.
Królewna nie była jednak szczęśliwa. Wydawało jej się, że jej życie jest smutne i monotonne. Zazdrościła innym królewnom ich zajęć, chociaż dokładnie nie wiedziała dlaczego. Czuła, głęboko w środku, że czegoś jej brakuje.
I mimo, że wieść o niezwykłych rękawiczkach rozeszła się wszędzie i królewny z całej okolicy chciały je mieć a królewna ledwo nadążała z szyciem, któregoś dnia królewna wstała jeszcze bardziej smutna niż zwykle. Miała dosyć szycia rękawiczek. To zajęcie nudne i nikomu nie potrzebne. Chciałaby spróbować może czegoś innego. Może gdyby tak szyła suknie, albo kapelusze! To byłoby coś. Tylko, że najlepiej umiała szyć rękawiczki…
Królewna ubrała się i wyszła ze swojego zamku. Postanowiła poszukać zajęcia, które da jej szczęście.
Długo wędrowała przed siebie aż spotkała ogrodnika. Ogrodnik schylał się nad grządką pięknych kwiatów. Wyglądał na zmęczonego ale uśmiechnął się przyjaźnie.
– Czy twoje zajęcie daje ci szczęście? – zapytała królewna.
– O tak – odpowiedział ogrodnik – kocham moje róże i inne piękne kwiaty. Lubię patrzeć jak rozkwitają i mienią się barwami.
– Ale to bardzo ciężka i żmudna praca? – zdziwiła się królewna.
– Zgadza się. Ale efekt jest wspaniały, sama popatrz – i wskazał ręką barwny ogród. Był rzeczywiście wspaniały – dzieci przychodzą tu się bawić. Czasami przychodzą zakochani…
– I niczego ci nie brak? – zapytała królewna.
– Cóż, przydałyby się rękawiczki. Takie grube, żebym nie kaleczył palców – zaśmiał się ogrodnik i wręczył królewnie piękną różę.
Królewna zamyśliła się i poszła dalej. Po jakimś czasie doszła do wielkiego targu. Na targu stały piękne stragany pełne owoców, warzyw, serów i innych produktów. Panował tu wesoły harmider. Sprzedawcy nawoływali do przechodniów zachwalając swój towar, śmiali się i żartowali. Królewna podeszła do jednego ze stoisk przy którym stali mężczyzna i kobieta.
– Czy wasze zajęcie daje wam szczęście? – zapytała królewna.
– O tak – zaśmiała się kobieta – lubimy rozmawiać z ludźmi. Oferujemy im najlepsze sery z naszej mleczarni i cieszymy się kiedy klienci wracają, żeby kupić więcej.
– Ale to musi być męczące tak stać cały dzień przy stoisku – stwierdziła królewna.
– Trochę jest męczące – odpowiedział mężczyzna – ale stoimy tu razem z żoną, rozmawiamy, śmiejemy się. Lubimy też innych sprzedawców. Tu jest bardzo wesoło – i mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
– I nie czujecie, że czegoś wam brak?
– Oj, przydałyby się rękawiczki. Takie ocieplane -powiedziała kobieta – czasami wieje chłodny wiatr i dłonie tak grabieją z zimna, że ciężko wykładać towar – mąż kobiety przytaknął skwapliwie. A potem wręczyli królewnie pachnący kawałek białego sera.
Królewna szła dalej i rozmyślała. Czuła, że coś dzieje się z jej środkiem. Jakby zaczął się czymś wypełniać. W pewnym momencie mijała niewielki budynek. Drzwi były uchylone a ze środka dochodziły wspaniałe zapachy. Królewna weszła do środka. Była tam kuchnia, lśniąca czystością i pachnąca chlebem. Przy kuchni stała tęga kucharka i podśpiewując pod nosem mieszała coś w wielkim garze.
– Czy twoje zajęcie daje ci szczęście?- zapytała królewna.
– O tak! – odpowiedziała kucharka i postawiła przed królewną talerz pachnącej zupy – jedz kochana. Uwielbiam gotować smakowite potrawy i patrzeć jak inni zajadają je ze smakiem. To prawdziwe szczęście!
– Ale to ciężka praca, stać przy parujących garnkach, ugniatać ciasto, mieszać składniki….
– Może i ciężka ale czy czujesz te zapachy? A zupa nie jest pyszna? – uśmiechnęła się kucharka. Zupa była pyszna, królewna musiała to przyznać.
– I niczego ci nie brak kiedy to robisz? – zapytała królewna. Kucharka podparła się pod bokiem, zamyśliła się i odparła – hmm, przydałyby się rękawiczki. Czasami parzę sobie palce kiedy wyjmuję ciasto z pieca. Taaa…. rękawiczki byłyby bardzo pomocne.
Na pożegnanie kucharka wręczyła królewnie kawałek pysznego ciasta i wróciła zadowolona do gotowania.
Teraz królewna już wyraźnie czuła, że uczucie braku, jakie czuła w środku, znika. Biegła tak szybko jak tylko mogła do swojego zamku. Chciała jak najszybciej zasiąść do swojej pracy.
Następnego dnia królewna uszyła piękne rękawice dla ogrodnika, z grubej tkaniny, której nie przebije kolec róży. A potem uszyła grube rękawice, podszyte kożuszkiem, dla małżeństwa sprzedawców. Postanowiła, że uszyje takie dla wszystkich sprzedawców na targu. A na końcu uszyła piękne, kolorowe rękawice dla kucharki, z podwójnego materiału, żeby można było w nich podnosić gorące naczynia. Po ciężkiej pracy usiadła wygodnie i snuła plany o szyciu rękawiczek dużych i małych, ciepłych i lżejszych, do pracy i na spacery. I postanowiła wymyślić nowe wzory tych koronkowych i jedwabnych. I nagle poczuła się szczęśliwa przy swoim małym warsztaciku. A uczucie braku odeszło na zawsze.

Opona

Pewnego razu była sobie pęknięta opona. Leżała na skraju szosy, mokra od kropelków porannej rosy. Pęknięcie nie było duże ale o tym żeby jechać na niej dalej nie mogło być mowy. Bezmyślnie więc i bezdusznie została tu porzucona. Gdyby ktoś ludzki odruch okazał i zabrał ją do naprawy, tam mogliby ją załatać. Z załatanym pęknięciem mogłaby przecież znaleźć jakieś zajęcie. Wcale nie musi być kołem przy aucie, dawno pochowała takie ambicje. Ale gdyby ktoś jej pęknięcie załatał mogłaby zacząć nowe, inne życie. Mogłaby zostać – to się przecież zdarza – dziecięcą chuśtawką na placu zabaw. I zamiast toczyć się ciemną szosą przed siebie, mogłaby wznosić się codziennie wysoko, prawie do chmur płynących wolno po niebie.
Pęknięcie nie było duże, wystarczyłaby jedna niewielka łata. Gdyby ktoś zechciał zatrzymać się w tym pędzie, zjechać na pobocze i dostrzec smutną oponę. Zawieźć do wulkanizacji, gdzie można pęknięcie załatać. Tak żeby można z niej bez obaw zrobić chuśtawkę na jasnym placu zabaw. I przywrócić życiu.
Tylko tyle to byłoby już wiele dla pękniętej opony porzuconej na skraju pędzącego przed siebie świata. Bo jej pękniętego serca żaden wulkanizator nie jest już w stanie załatać.

Torebka

Pewnego razu była sobie damska torebka. Z zewnątrz piękna, elegancka, z prawdziwej skóry. W środku – istne pobojowisko – wszystko powywracane nogami do góry! Portfel, telefon, bilet, breloczek, batonik, dokumenty, kosmetyki, dziecięcy smoczek, chusteczki, klucze, nici kolorowe – niegdyś leżały w pudełeczku, w równym rządku, teraz leżą całkiem luzem…wszystko w jednym wielkim nieporządku. Kłębi się wszystko, plącze i myli. Ciężko wydobyć cokolwiek w jednej krótkiej chwili. Czasami i dłuższa chwila nie pomaga. Telefon dzwoni, lecz gdzie jest dokładnie, tego nikt nie zgadnie. Klucze gdzieś wpadły, są pewnie na samym spodzie, pod dokumentami, albo raczej może pomiędzy chusteczkami. Termin przydatności do spożycia batonika dawno minął a bilet …to ten sam, który ostatnio zaginął i się nie odnalazł.
Tak to właśnie bywa z damskimi torebkami, niestety. Torebka mętlik ma w głowie i w duszy. Chciałaby w końcu dojść do ładu ze sobą. Nie być wciąż źródłem frustracji lecz bardziej świata ozdobą. Chaos w życiu raczej utrudnia niż pomaga. Bałagan przeszkadza myśli poskładać. Trzeba by może któregoś razu wyrzucić wszystko z siebie. A potem ze spokojem spowrotem poukładać. Sprawdzić co z tego można wyrzucić a co nadaje się jeszcze do użycia. A potem może postarać się o jakiś organizer do torebki i życia…

Soczek – rozmowa

– Potrzebuję soczku, tato!
– Dobrze synku. Mamy pomarańczowy i jabłkowo-brzoskwiniowy. To który potrzebujesz?
– Jabłkowo-brzoskwinowy! Bo bardzo mnie ciekawi jak on smakuje…

Dom, który stał się autobusem…

Tę historię wymyślił mój synek, a ja tylko podążyłam za jego wyobraźnią.

Pewnego razu był sobie dom, średniej wielkości. Kształt miał nieco podłużny. Styl raczej nowoczesny. Dużo okien z obu stron, jedno przy drugim, i dwoje drzwi. Stał przy samej ulicy. Ulica była spokojna, ruch na ulicy umiarkowany. Dzień budził się ze snu na tej ulicy zawsze śpiewem ptaków, które przysiadały na gałęziach drzew. Dom stał zamyślony i patrzył w dal. Czasami zastanawiał się jak wyglądają sąsiednie ulice. Czy są tam inne domy. Czy drzewa i ptaki są takie same jak tutaj.
Któregoś dnia na ulicy zrobiło się gwarno. Ulicą szli ludzie, w grupkach, parach lub pojedyńczo. Na spokojnej dotąd ulicy zrobiło się głośno od ich rozmów. Chociaż niektórzy szli w milczeniu. Po krótkiej chwili dom, który patrzył na to wszystko zdumiony, zorientował się, że wszyscy idą w jego stronę. I że po kolei wchodzą do środka, przez jedne albo drugie drzwi. Zanim zdołał pomyśleć, dom był pełen ludzi. Kręcili się po nim jak mrówki, szurali krzesłami po podłodze i wkrótce wszyscy siedzieli i czekali… Na co? Dom o mało nie zatrząsł się w posadach z oburzenia.
– Czy ja jestem jakimś domem zgromadzeń?! – krzyczało coś w jego głowie – Jestem spokojnym domem, przy spokojnej ulicy! Zaszło chyba jakieś nieporozumienie!
Nagle do jego głowy, pełnej kłębiących się w niej myśli, przedarły się głosy ludzi:
– Halo! Długo jeszcze? Ile mamy czekać?
Dom zastygł a myśli skakały mu po głowie jak małe piłeczki. Nie mógł jednak odgadnąć na co ile mają czekać ci ludzie, i niby CO – “czy długo jeszcze”? Wtedy usłyszał kolejne głosy:
– Kiedy ruszamy? Chcemy już jechać! Czy jest tu jakiś kierowca???
Dom westchnął – a więc pomyłka! Wszyscy się pomylili! Nie wiadomo właściwie dlaczego, ale pomylili się. Wzięli go za jakiś….pojazd. Najpewniej za autobus! Jest trochę podłużny, ma tyle okien, jedno przy drugim. Może dlatego… Chciał więc wyjaśnić, zaprotestować i wyprosić grzecznie, aczkolwiek stanowczo, wszystkich. I już nabierał powietrze w płuca, żeby coś powiedzieć gdy nagle… poczuł coś dziwnego…jakby mrowienie, tuż przy fundamentach, lub raczej … wyżej nieco. Coś dziwnego działo się w dolnych partiach domu jakby… wyrastały mu nogi??? Domy nie mają nóg! To niemożliwe! Spojrzał w dół i zdębiał – z obu stron, po trzy z każdej strony, czarne i lśniące … opony! Koła! Wyrosły mu koła! Już nie był domem, tylko….autobusem???
Zanim zdążył zastanowić się nad tą zupełnie nieoczekiwaną zmianą w jego spokojnym dotąd życiu, jakiś mechanizm, o którego istnieniu nie miał pojęcia, wprawił go w ruch i powoli, dostojnie i całkiem pewnie wyjechał na pustą ulicę. Kiedy mijał ogrodzenie chciał jeszcze coś powiedzieć, zaprotestować! Ale zdumienie jego było tak duże, że zupełnie zabrakło mu słów. Jechał więc teraz przed siebie. Przynajmniej ludzie wewnątrz domu uspokoili się, siedzieli cicho na swoich krzesłach i kołysząc się lekko patrzyli w okna.
Dom również powoli zaczynał się uspokajać. Spojrzał przed siebie, potem zaczął rozglądać się dookoła i nagle poczuł, że ta jazda jest całkiem przyjemna. Wiaterek wiał lekko, drzewa szumiały liśćmi. Dzień był wymarzony na przejażdżkę. Wkrótce znaleźli się na sąsiedniej ulicy. Dom, który teraz był właściwie autobusem, rozglądał się z zainteresowaniem i przyglądał domom stojącym przy tej ulicy. I pomyślał, że życie czasami płata nam figle, które okazują się całkiem miłe. Czuł się tak jakby płynął. Gdyby nie wyrosły mu koła, nigdy, w żaden sposób, nie miałby możliwości zobaczyć tego wszystkiego co teraz oglądał podróżując po sąsiednich ulicach.
Nadchodził wieczór i czas był już najwyższy, żeby wrócił na swoje miejsce. Pewnie i spokojnie wjechał za ogrodzenie. Część pasażerów wysiadła po drodze, kiedy zatrzymywał się na chwilę. Pozostali teraz opuszczali swoje miejsca i odchodzili w różne strony ciemną ulicą. Dom czuł się zmęczony i był przepełniony wrażeniami minionego dnia. Ale wrażenia były pozytywne. Był teraz zupełnie innym domem. Głowę miał przepełnioną marzeniami. Zanim zasnął zastanawiał się jeszcze: kim obudzi się jutro rano? Czy pozostanie domem stojącym statecznie przy spokojnej ulicy, czy może znów będzie autobusem, który sunie ulicami przed siebie, jakby niesiony przez wiatr?
Postanowił ze spokojem czekać na to, co przyniesie kolejny dzień. I każdy następny. Już nie będzie się oburzał i protestował, zanim nie spróbuje. Był otwarty na zmiany i niespodzianki od losu.

Potwór – rozmowa

– Dobranoc synku, już pora spać.
– Ale zostań ze mną mamo, bo się boję.
– Czego się boisz? Lampy na biurku? Czy biurka? Czy szafy?
– Szafy się boję. Że wyskoczy z niej potwór.
– Jaki potwór? Tam są tylko ubrania…
– Boję się potwora, który siedzi na ubraniach.
– Nie bój się syneczku, w szafie nie ma żadnego potwora. Śpij już kochany, już najwyższa pora…

Potwór

Pewnego razu był sobie Potwór. Mieszkał w kącie przedpokoju. Nie lubił światła, więc w dzień robił się malutki i właził pod szafę. Wieczorem wyłaził spod szafy i rósł. I kiedy nadchodziła noc i w mieszkaniu gasły wszystkie światła był już tak duży, że zajmował pół mieszkania! Strach było w nocy pójść do łazienki, bo można było znienacka zahaczyć o niego łokciem…brrrr! Serce w takich chwilach chce podskoczyć do gardła. Czasami z nudów Potwór stawał nad czyimś łóżkiem. I gdyby wtedy otworzyć oczy i zobaczyć nad sobą jego wielką postać – to dopiero byłby krzyk! Bo kto spodziewa się Potwora nad swoim łóżkiem. Dzieci chowały się przed nim pod kołdrą, dorośli szybko włączali światło. Ech…
Potwór budził strach bo wyglądał potwornie. Ale tak naprawdę usposobienie miał spokojne. Muchy by nie skrzywdził. Chodził po mieszkaniu bezszelestnie, nie chcąc obudzić nikogo. Na wygląd nie mógł jednak nic poradzić. Jedyną więc towarzyszką, która go nie opuszczała była Samotność. Wierna i milcząca. Rosła wraz z nim co wieczór, a w dzień chowała się z nim pod szafę. I może byłoby to smutne ale tuż obok, w innych mieszkaniach, mieszkały takie same potwory i los ich był podobny. Świadomość tego była troszkę pocieszająca.
Pewnej nocy mały chłopiec wstał, żeby pójść do łazienki. A ponieważ bardzo bał się Potwora, włączył światła zarówno w pokoju jak i przedpokoju, żeby go wypłoszyć. Potwór w jednej chwili zaczął się kurczyć i szybko wślizgnął się pod szafę. Chłopczykowi wydawało się nawet, że słyszy jego pisk kiedy zmykał przed światłem. Taki malutki potwór, schowany pod szafą, wcale nie był straszny. Zanim chłopiec wrócił do łóżka wahał się jeszcze chwilę czy nie zostawić światła włączonego – niech sobie Potwór siedzi pod szafą i nie wychodzi! W końcu nawet odważył się zajrzeć pod tą szafę… Potwór był taki maciupki, że w ogóle nie było go widać. Wcisnął się w najdalszy kąt, żeby tylko nie dotknął go żaden promień światła. Smutny to był widok. Chłopiec patrzył w ciemną ciasną przestrzeń pod szafą i nagle zrobiło mu się żal Potwora. Zrozumiał, że Potwór też czasami się boi. Cichutko odszedł od szafy, zgasił światła i wskoczył pod kołdrę. Potwór mógł znowu zająć spokojnie pół mieszkania.
Odtąd chłopiec idąc w nocy do łazienki nie włączał już światła w przedpokoju, przemykał tylko szybko żeby nie zahaczyć łokciem Potwora. A Potwór nigdy nie stawał nad łóżkiem chłopca i starał się robić wszystko, żeby tylko go nie wystraszyć. Poza tym wszystko było jak przedtem. Poza tym, że Potwór nie czuł się już tak strasznie samotny, bo… kiedy robi się coś specjalnie dla kogoś to jest się samotnym trochę jakby mniej.