Monthly Archives: May 2016

Metro – rozmowa

– Mamo, a wiesz że Metro jest najlepszą komunikacją?
– Wiem.
– A skąd wiesz mamo?
– Bo codziennie korzystam z metra i bardzo je cenię. Ale ma jedną wadę.
– Jaką Mamo?
– Taką, że szybko pokonuje duże odległości i gdyby zepsuło się nagle i musiałabym wyjść z niego to pewnie nie wiedziałabym gdzie się znajduję…
– Ale Mamo… Metro nigdy się nie psuje!

Pan Chmurzasty

Pan Chmurzasty, z ciemnym wąsem
Rozpanoszył się na niebie
Patrzy z góry na te chmury
Co wpadają wciąż na siebie
Rozpychają się łokciami
Potrącają się boczkami
A te mniejsze się ganiają
Pośród koron drzew chowają
I zmieniają bieg pogody
Słońce w deszcz nagle zmieniają
Albo całkiem gdzieś znikają

Pan Chmurzasty jest stateczny
Kiedyś też był taki młody
Że miał wpływ na stan pogody
Teraz powolutku płynie
Z wąsem w górę zakręconym
I obliczem zamyślonym…

Pani Chmurka z jasnym loczkiem
Podtrzymuje się pod boczkiem
I zalotnie zerka z góry
Na te młode piękne chmury
Które zaraz deszczem spłyną
W dół zieloną tą doliną

Taki deszcz to jest zbawienie
Gdy upalny jest poranek
Spada z nieba wprost na ziemię
I jak wody chłodnej dzbanek
Gasi wielkie jej pragnienie

Małe chmurki wciąż biegają
Trochę przy tym się szturchają
W końcu jest ich tu za dużo
Zaraz z tego będzie burza
Gdy się stłoczą w wielką chmurę
I rozpoczną awanturę

Pan Chmurzasty się usuwa
Z pola bitwy młodych chmurek
Zerka w słońca jasny talerz
Który wisi gdzieś u góry
Tyle przeżył zmian pogody
W końcu nie jest już tak młody
Żadna zmiana mu nie szkodzi
Niech się o to martwią młodzi

Grzecznie kiwa do tej chmurki
Co jej sterczy jasny loczek
Młoda jest i urodziwa
Ale też do niego kiwa
I uśmiecha się zalotnie
To do niego, to do tamtych
Co się tam awanturują
I nie bacząc na nic wokół
Jakąś burzę tu szykują

Pan Chmurzasty w dal odpływa
Pani Chmurka też zniknęła
A na chodnik kapią z góry jakby z kranu krople
Zaraz wszystko będzie mokre…

Sen Pędzika

Pewnego razu było sobie auto. Średniej wielkości ale dosyć szybkie. Miało na imię Pędzik i zawsze dokądś pędziło. Mieszkało w małym miasteczku, w którym mieszkały same tylko auta. Duże i małe, osobowe i ciężarowe, starsze i młodsze. Bo są przecież takie miejscowości, gdzie mieszkają tylko auta i razem spędzają czas.
Pędzik miał wielu przyjaciół i spędzał z nimi czas głównie na wyścigach, które auta organizowały sobie dla rozrywki ale i dla wprawy. Trochę tak jak ludzie uprawiają sport dla zdrowia.
Najlepszym przyjacielem Pędzika był Szybcik. Szybcik jeździł zawsze bardzo szybko i często starsze auta wołały za nim: Szybciku, ostrożnie! Wpadniesz na coś!
Ale Szybcik tego wcale nie słuchał.
Pewnego dnia Pędzik obudził się wcześnie rano i poczuł, że ma ochotę dokądś popędzić. Wszystkie auta wokół jeszcze spały ale dzień był już piękny i pogoda zachęcała do drogi.
Pędzik pomyślał, że dobrze byłoby wyrwać się na chwilę z miasteczka. Popędzić przed siebie pustą szosą i sprawdzić co jest dalej, za tymi wzgórzami, które wznoszą się na horyzoncie. Może jest tam jeszcze jedno takie miasteczko i inne auta? Może lubią się ścigać?
Nie to, żeby Pędzikowi znudziło się jego miasteczko i przyjaciele. Nie to, żeby nie chciał już spędzać czasu z Szybcikiem. Po prostu czasami tak niektórzy mają, że wstają rano i gna ich dokądś. Nie potrafią usiedzieć tylko nagle chcieliby przeżyć coś nowego.
I tak Pędzik wyruszył w drogę. Słońce grzało przyjemnie. Droga była pusta i wygodna. Pędzik pędził coraz szybciej naprzeciw nowej przygodzie.
Ale cóż to? Wzgórza zamiast przybliżać się, oddalały się jakby. Miasteczko Pędzika dawno zniknęło w tyle a droga przed nim zdawała się nie mieć końca.
Pędzik już zaczynał wątpić czy przed nim w ogóle jest jakiś cel podróży czy tylko ta nie kończąca się droga. Chciał dokądś dojechać, odkryć nowe miejsce, poznać nowych przyjaciół. Po to przecież wybrał się dzisiaj w drogę.
I kiedy już miał ochotę zawrócić nagle dostrzegł w oddali zabudowania. Mniejsze i większe.
– Wiedziałem – krzyknął uszczęśliwiony – to musi być miasteczko. Na pewno poznam tam nowych przyjaciół.
Pędzik pędził przed siebie jakby urosły mu skrzydła .

Miasteczko na pierwszy rzut oka wydawało się opustoszałe. Na ulicach nie było aut. Jednak Pędzik rozglądał się uważnie. Wreszcie dostrzegł auto, które powoli wyjeżdżało z bocznej uliczki.
– Hej – zawołał Pędzik radośnie – witaj! Mam na imię Pędzik.
Auto spojrzało zdumione po czym powiedziało:
– Wyścigi… – i ruszyło przed siebie.
– Są tu jakieś wyścigi? – ucieszył się Pędzik – ale gdzie dokładnie?
Ale auto już zniknęło za zakrętem.
Pędzik popędził za nim. Tak dojechał do skrzyżowania gdzie ujrzał kilka aut czekających aż światło zmieni się z czerwonego na zielone.
– Cześć – zawołał Pędzik – słyszałem, że organizujecie tu jakieś wyścigi.
Auta spojrzały na niego zdziwione po czym jedno po drugim zaczęły
powtarzać :
Wyścigi, wyścigi, wyścigi…
A potem nagle światło się zmieniło i auta odjechały.
– Dziwne te auta – mruknął Pędzik – poszukam innych.
Wkrótce dostrzegł duży parking a nim kilka aut. Podjechał bliżej i przywitał się z pierwszym z brzegu :
– Witaj, jestem Pędzik. A Ty?
Auto spojrzało dziwnie i odpowiedziało powoli – chociaż właściwie nie była to odpowiedź :
– Wyścigi…
– No wiem – zniecierpliwił się Pędzik – wszyscy o tym mówią.
Ale auto nie odzywało się już więcej.
Pozostałe auta stojące na parkingu zachowały się też tak dziwacznie. Na jakiekolwiek słowa przywitania Pędzika odpowiadały tylko jedno słowo : “Wyścigi”.
W końcu Pędzik przystanął w jednej z małych uliczek, żeby to wszystko przemyśleć.
Co to za dziwne miejsce?
Co stało się tym wszystkim autom ?
Czy ktoś rzucił na nie czar jakiś?
Już wiem – wykrzyknął Pędzik do siebie samego – to jest sen! Wszystko to przyśniło mi się. To nawet bardzo pasuje, bo przecież nigdy nie wyjeżdżam sam za miasto. To mogło zdarzyć się tylko we śnie. Muszę szybko stąd wyjechać, wrócić do swojego garażu i się obudzić.
Tę myśl należało natychmiast zrealizować. Pędzik popędził w stronę, z której przyjechał.

Na szczęście po drodze nie spotkał już żadnego z tych dziwacznych aut.
Gnał przed siebie pustą szosą bo chciał się obudzić jak najprędzej.
W końcu dojechał do swojego miasta i z daleka już dostrzegł swój przytulny jasny garaż z ciemniejszym daszkiem.
W pewnym momencie wydawało mu się, że ktoś go woła i już chciał się zatrzymać ale przypomniał sobie, że przecież to wszystko śni mu się tylko i to wołanie na pewno też.
Wreszcie zamknął za sobą drzwi swojego garażu i przymknął oczy czekając aż silnik wyciszy się całkiem.
Minęło parę chwil kiedy uznał, że pora się obudzić. Na szczęście dziwny sen się skończył.
Wyjechał z garażu na jasny jeszcze dzień i od razu wpadł na Szybcika, który stał pod drzwiami.
– Cześć – powiedział Szybcik przyglądając się dziwnie Pędzikowi – gdzie byłeś przez pół dnia?
– Spałem – odpowiedział Pędzik- trochę dłużej niż zwykle.
– Spałeś? – zdziwił się przyjaciel – głowę bym dał, że przed kilkoma chwilami widziałem cię, jak pędzisz ulicą od strony wjazdu do miasta…
– Nieee – Pędzik zawahał się ale powtórzył raz jeszcze – nie, to nie byłem ja. Ja spałem, tu w garażu i nigdzie dzisiaj nie wyjeżdżałem. Wiesz przecież, że nie lubię sam jeździć a za miasto nigdy nie miałbym odwagi pojechać.
– To dobrze – powiedział Szybcik – podobno za miastem można spotkać dziwne rzeczy… Słyszałem, że w okolicy jest miasto zużytych aut. Niektórzy nazywają je zwariowanymi autami. No wiesz – takimi po jakiś poważnych stłuczkach, które kiedyś były autami wyścigowym a którymi teraz już nikt nie chce jeździć. Wyobrażasz sobie? Nigdy nie wiadomo co takim przyjdzie do głowy. Lepiej samemu nigdzie nie jeździć.
– Pewnie tak … – powiedział Pędzik powoli – ale… jak to nikt nie chce nimi jeździć? Przecież auta są stworzone do jeżdżenia.
-Ale te auta już się nie nadają. Więc nikt ich nie chce.
– Biedne auta – powiedział Pędzik cicho
– Eee tam – odparł Szybcik – może to tylko plotka, to całe miasto zużytych aut.
Ale skoro spałeś dziś dłużej to pewnie jesteś wypoczęty. Co powiesz na wyścigi?
Na dźwięk tego słowa Pędzik znieruchomiał na chwilę aż Szybcik musiał szturchnąć go bokiem.
– Może nie dzisiaj – odpowiedział w końcu.
Szybcik zdziwił się trochę bo wiedział, że Pędzik uwielbiał wyścigi. Dziwnie zachowywał się ten jego przyjaciel. Ale skoro nie chce się ścigać to nie. Są jeszcze inne rozgrywki dla takich aut jak oni.
A Pędzik stał zamyślony, rozmyślał o swoim śnie, który chyba wcale nie był snem. I o tym, że te zużyte auta wcale nie są takie zwariowane i że dobrze wie co przychodzi do głowy takim biednym autom, którymi nikt już nie chce jeździć – ciągle tylko jedna rzecz: wyścigi.

Król


Pewnego razu był sobie Król. Mieszkał w dużym zamku i rządził dużym królestwem. Nie było mu łatwo pełnić tę funkcję, bo wcale nie jest łatwo być królem. Wielu mogło mu zazdrościć. Ale tylko on znał uczucie wielkiej samotności w dużej sali tronowej. Nawet wtedy kiedy dookoła stali jego dworzanie i służba.
Wieczorami Król też był zupełnie sam. Nie miał żony – tak się złożyło. Nie miał też dzieci. Służba przemykała cicho korytarzami, kucharze siedzieli przy piecu w kuchni. Ci, którzy mieli rodziny, spędzali z nimi czas. Król był sam. I ta samotność trochę mu doskwierała. Chętnie by z kimś porozmawiał, pośmiał się, pograł w szachy może…
Któregoś dnia Król wpadł na pomysł. Przecież jako król mógł rozkazać poddanym, żeby dotrzymywali mu towarzystwa. Nic prostszego! Rozkaże im rozmawiać ze sobą i już.
Następnego dnia zasiadł wygodnie na tronie i zawołał wszystkich. Znali już jego rozkaz, który wydał z samego rana. Teraz zebrali się w sali tronowej, żeby dotrzymać towarzystwa swojemu królowi.
– Piękna dziś pogoda – zaczął łagodnie Król.
– Taaa, taa – poddani odpowiedzieli skwapliwie.
– Wieczór też jest całkiem przyjemny – kontynuował Król.
– Mhmmm… – odpowiadali poddani.
A jednak coś nie działało. Rozmowa nie kleiła się, poddani wiercili się trochę i spoglądali niepewnie. Król zamyślił się.
Na drugi dzień kazał wnieść do sali tronowej stoły i krzesła. Poddani mogli wygodnie usiąść, a tymczasem Król siedział na tronie.
Król tym razem zaczął na inny temat:
– Słyszałem, że smaczne sery sprzedają w małym sklepiku przy placu?
– O tak, Królu – jeden z poddanych ukłonił się nisko – i dobre mleko.
Rozmowa trwała jeszcze chwilę ale… to nie była taka rozmowa, o jaką chodziło Królowi. Poddani kłaniali się mówiąc. A właściwie to odpowiadali na jego pytania. Atmosfera była nieco sztywna i Król wcale nie czuł się mniej samotny. Ale może to dlatego, że dopiero krótko rozmawiają ze sobą? Może się rozkręcą z czasem?
Przez kilka kolejnych wieczorów Król spotykał się z poddanymi na pogawędkę. Ale atmosfera nie zmieniała się i Król czuł, że to nie jest tak jakby chciał.
Kiedy poddani wracali do swoich domów, Król patrzył na nich przez okno i widział jak dyskutują i się śmieją. Dlaczego z nim tak nie mogli?
Któregoś wieczoru nie wytrzymał i zapytał wprost:
– Dlaczego tutaj nie rozmawiacie ze mną i ze sobą nawzajem jak wtedy, kiedy jesteście sami?
Na sali przez chwilę panowała wielka cisza. Potem ktoś chrząknął i odezwał się:
– Jesteś naszym królem… Masz inne sprawy na głowie…
Ktoś z innej części sali dołączył się:
– Nie jesteś Królu jednym z nas. A my … nie jesteśmy tacy jak ty.
– Siedzisz na wysokim tronie – dodał ktoś jeszcze – trudno tak rozmawiać.
Król znowu się zamyślił a następnego dnia, kiedy poddani jak co wieczór zasiedli przy stołach w sali tronowej, Król usiadł pomiędzy nimi. Zaczął rozmowę i wydawało mu się, że coś się zmieniło. Ale tylko trochę. Bo poza tym nadal czuł, że dzieli ich dystans trudny do pokonania.
W ciągu dnia Król jak zwykle rządził swoim królestwem. Wydawał dekrety i zarządzenia. Starał się być dobrym królem. Ale czy za takiego uważali go poddani?
Postanowił, że ich o to zapyta.
Kolejnego wieczoru, kiedy siedział między nimi, zapytał:
– Czy jestem dobrym królem?
Poddani milczeli przez chwilę, ale potem dało się słyszeć ich głosy:
– Tak, dobrym.
– Jesteś dobrym królem.
– Dobry z ciebie król…
Ale Król wyczuł, że za tymi słowami kryje się mnóstwo innych słów, które nie zostały wypowiedziane.
Król nadal spędzał wieczory z poddanymi ale te wieczory niewiele różniły się od poprzednich. Poddani mieli swoje sprawy, swoje problemy, byli zmęczeni po całym dniu pracy i nie mieli ochoty na pogawędki z Królem. Tym bardziej, że król to jednak król. Siedział pomiędzy nimi w swojej złotej koronie i małe miał pojęcie o ich sprawach.
Król pomyślał, że chyba jest mu pisana samotność. Widocznie taki jest los króla.
A poddani po wyjściu od Króla każdego wieczoru tak rozmawiali pomiędzy sobą:
– Król jak król. Niby nie najgorszy, ale zawsze to król. Co on wie o nas?
– Prawie nie wychodzi z tego swojego zamku. Nigdy nawet nie szedł ulicą. Jak już to jedzie powozem.
– Nie zna naszych problemów. O czym z nim możemy rozmawiać?
– Siedzi w tej złotej koronie i od razu człowiekowi trudniej mówić cokolwiek. No bo to król przecież!
Tak rozmawiali poddani.

Pewnego wieczoru Król snuł się po pustych korytarzach zamku. Rozmyślał i czasami zatrzymywał się przy oknie, żeby popatrzeć na ruch pod zamkiem. Tam ciągle załatwiano jakieś sprawy, rozmawiano, śmiano się głośno. Kiedy Król oddalał się od okna nagle usłyszał krzyki. Dochodziły z ulicy. Teraz panował tam wielki chaos.
– Pożar, pożar, pali się! – krzyczano głośno.
Wszyscy ruszyli w stronę budynków, nad którymi unosiła się teraz ciemna smuga dymu.
Król przez chwilę stał i patrzył i widział, że poruszenie jest coraz większe.
– Ludzie, pomocy! – krzyczał ktoś – ogień jest coraz większy! Kto żyw – do gaszenia pożaru!!!
Nagle Król poczuł dziwny impuls – nigdy przedtem nie miał czegoś takiego. Tak jak stał – w spodniach i swetrze – wyskoczył z zamku. Nie wziął ze sobą korony, zresztą ciężko byłoby w niej biec. I biegł co sił w nogach. Kiedy dotarł na miejsce zobaczył ludzi walczących z ogniem. Przekrzykiwano się, podawano sobie wiadra z wodą, każdy robił co mógł. Król stanął pomiędzy tymi ludźmi i nagle ktoś podał mu wiadro z wodą i krzyknął:
– Podaj dalej!!
Król nie namyślając się ani przez chwilę chwycił wiadro i podał dalej. A potem kolejne i kolejne, i tak wiele razy, aż w końcu pożar został ugaszony. A potem razem z innymi pobiegł oceniać straty. A potem karczmarz zaprosił wszystkich na coś do picia, bo byli zmęczeni po tym gaszeniu pożaru. I Król – zapominając o tym, że jest królem – poszedł ze wszystkimi. I rozmawiał z wieloma osobami, i wiele osób rozmawiało z nim.
Aż w końcu ktoś zorientował się, że Król to Król. Ale Król tylko machnął ręką. A po tym wszystkim wrócił do zamku zmęczony i zasnął niemal natychmiast.
Na drugi dzień Król dopilnował, żeby rozpoczęto prace nad odbudową spalonych budynków. Ci, którzy stracili coś cennego w pożarze, otrzymali odszkodowanie. Król sam poszedł na miejsce zdarzenia, żeby jeszcze raz ocenić wielkość strat i porozmawiać z ludźmi. Idąc pozdrawiał tych, z którymi wczoraj ramię w ramię gasił wielki pożar. A oni odpowiadali na jego pozdrowienia i uśmiechali się życzliwie. Tego dnia Król w ogóle nie czuł się samotny. A właściwie – w ogóle nie miał czasu o tym myśleć. Tak bardzo zaangażował się w to co działo się poza jego zamkiem.

Wieczorem Król znowu zaprosił poddanych na pogawędkę. Wszyscy zasiedli przy stołach i patrzyli na Króla. Ale inaczej niż przedtem. A Król usiadł między nimi ale zanim to zrobił … zdjął z głowy koronę i zostawił ją przy swoim tronie. A potem rozmawiali, cały wieczór. O przyczynach pożaru, o całej akcji gaśniczej, o planach odbudowy. A potem o smacznych serach ze sklepu przy placu, o dobrym mleku, o pogodzie i o wielu innych ważnych sprawach. I była to prawdziwa rozmowa. I było też mnóstwo śmiechu i żartów.
Odtąd Król częściej bywał wśród swoich poddanych. Sam doglądał odbudowy spalonych budynków. A poddani chętniej przychodzili na rozmowy do Króla. I Król nie czuł się już taki samotny. W końcu był Królem całego królestwa i miał wielu poddanych. A dzięki temu, że był mądrym i sprawiedliwym królem,  wkrótce także wielu przyjaciół.

Bajka o Ani

Bajka dla Ani K.


Pewnego razu była sobie Królewna. Wyjątkowej urody! Oczy miała błękitno-srebrzyste a z jej kształtnej głowy włosy spływały złociste – prawie do podłogi. A włosy te były tak mocne, że można by z nich zrobić koce! I spędzać pod nimi wszystkie chłodne noce.
Kibić jej była szczupła, niemal do granic możliwości. W niektórych miejscach nawet dojrzeć by można kości. Ale królewna już taka być musi.
Na imię Ania miała. Imię w sam raz dla królewny. Więc z dumą je wymawiała, gdy telefony od swych wielbicieli codziennie w pracy odbierała.
“Aaania…” słyszeli w słuchawce i serca im omdlewały. A Ania cierpliwie słuchała i mądrych rad udzielała.

Lubiła kolor różowy i różne śmieszne rzeczy koloru różowego. Taką tam słabość miała. Czasami więc wyruszała na jakieś małe zakupy do sklepu dziecięcego. Poza tym taka to była Królewna, co wiele niezwykłych cech miała. I trzeba by o tym napisać nie jedną a kilka bajek. Na przykład w ogóle mięsa nie uznawała, chociaż było różowe. Tylko zielone rzeczy, ser żółty – Królewski rzecz jasna – albo płatki z mlekiem jadała. A kiedy głód jej już mocno doskwierał i w brzuchu burczało wtedy filetofisha zamawiała. Lubiła też tuńczyka i kotlety sojowe. Tak to już jest z królewnami, że chcą być bardzo zdrowe.

Jej życie ciągle na włosku wisiało. Na różne rzeczy wpadała, nogi i ręce prawie łamała. Wszyscy wciąż drżeli o nią bo nawet kiedy kichała nie było to bezpieczne. Ani dla Ani ani dla tego co ją otaczało. Niektórzy lubią takie emocje.

Lubiła dalekie podróże. Znała już kawał świata. Lecz podczas licznych podróży, w dziwnych miejscach spędzała noce. Na chodniku lub w parku… I tylko włosami się przykrywała, jak kocem.  Kiedyś nawet przy tym dokumenty straciła. Ale najważniejsze dla wszystkich było że cała i zdrowa wróciła. Aaaa…nia.
Pomimo przygód tak wielu spokojnie Ania sobie żyła.

Jeden ważny talent ta Ania posiadała – obok wielu innych zdolności. Potrafiła zrobić taką kawę, że smak jej docierał aż do szpiku w kości i do zwojów w mózgu. Widzenie świata zmieniała ta kawa. Nikt nie wie jak Ania tę kawę parzyła. Ale znając różne historie o wróżkach i czarownicach, które swoimi miksturami serca zmiękczały i zdrowie ludziom ratowały, można przypuszczać jak to robiła: najpierw do kubka trochę kawy wsypywała, potem dodatki – ściśle tajne składniki (…skrzydełko muchy?… łuskę węża? … suszone polne koniki…?) – potem przez chwilę czary nad tym odprawiała. A na koniec – kawałek swego wielkiego serca do tej kawy dodawała. Żaden barista takich sztuczek nie potrafi. Chyba, że się taki co na czarach zna się trafi. Jak Ania.

W życiu każdej królewny musi być jakiś książę. Kiedy jest się królewną nie umknie się miłości. Nawet jeśli jest się tak szczupłym, że można policzyć kości. Bo wystające kości są tylko pozorem hardości. W środku jest serce, które bije jak u każdego i potrzebuje kogoś bliskiego.
I Ania księcia swojego w końcu spotkała. I trochę się wreszcie ustatkowała. Nawet kilka obiadów mu ugotowała!
Książę przerwał wykopaliska, żeby się przyjrzeć tej słynnej Królewnie z bliska. Bo z zawodu był znanym odkrywcą i archeologiem. Dotąd sądził, że królewny są tylko w historycznych księgach lub w bajkach. Nie sądził, że spotkać taką królewnę można tuż za rogiem. Na szczęście Ania była całkiem współczesna. Jaka to miła odmiana dla kogoś kto na co dzień w mrokach historii błądzi i w poszukiwaniu sensu całe góry ziemi przeczesał.
I tak, jak to w życiu bywa, historia splątała się ze współczesnością. I choć to nie był John Snow, to gdy w trąbkę swą dął (bo grywał na trąbce…) to serce Ani – które dotąd twarde się wydawało – stopniało.

I oby mur ich otaczał wysoki i mocny i chronił przed świata szarością. Bo życie z Anią samą tylko powinno być radością. Bo taki Człowiek jak ta Ania jest wielką dziś rzadkością.