Monthly Archives: June 2016

Ważność – rozmowa

– Mamo, pamiętaj, musimy koniecznie pojechać kiedyś tym autobusem marki mercedes
– Synku – dla ciebie ważne są tylko te autobusy…
– I metro, i tramwaje!
– Właśnie, i nic innego się nie liczy dla ciebie
– Ty jesteś dla mnie ważna, jak słońce na niebie!
🙂

Dobra Wróżka

Dla moich Rodziców 🙂

Pewnego razu była sobie Dobra Wróżka. Była dobra dla wszystkich i wszystkim chętnie pomagała. Każdy bez wyjątku mógł na nią liczyć zawsze, kiedy tylko był w potrzebie.
Znała różne czary i często ich używała. Ale potrafiła pomóc nie tylko czarami. Miała niezwykły dar czytania w ludzkich sercach i dzięki temu rozumiała wiele.
Dobre wróżki są zwykle uśmiechnięte, pogodne i pełne słońca. Lubi się z nimi przebywać bo świat przy nich zmienia się z nieprzyjaznego i obcego, w bliski i pełen pozytywnych stron.
Można więc sądzić, że Dobra Wróżka nie mogła narzekać na samotność. Wielu było w potrzebie i przychodziło po pomoc. A wielu chciało po prostu w towarzystwie Wróżki naładować życiowe baterie, żeby mieć siłę do wyzwań i zwykłych codziennych spraw.
Wróżka zarażała energią, śmiechem i pozytywnym podejściem do życia. Bo tak jak wspomniałam, nie tylko czary miała na podorędziu.
Jej mieszkanko było więc zawsze pełne gości. Śmiech i rozmowy słychać było z każdego miejsca. Do tego herbatka, ciasteczka i Dobra Wróżka, która krążyła pomiędzy gośćmi i włączała się do rozmów. I jednym słowem potrafiła rozstrzygnąć spór, jednym uśmiechem rozwiać wątpliwości. Taka to była niezwykła Wróżka.

Często widzimy świat tylko jednostronnie. I widzimy tylko to co chcemy widzieć. I wielu z nas czerpie od innych a nie chce nic dać od siebie. A może wydaje nam się, że to inni są lepsi w dawaniu a my lepiej dajmy sobie z tym spokój. Albo w ogóle nic nam się nie wydaje bo jesteśmy po prostu trochę bezmyślni…

Otóż gdyby ktoś zajrzał przez firankę do mieszkanka Dobrej Wróżki kiedy zostawała całkiem sama, zobaczyłby zatroskane jej oblicze i może nawet łzę na policzku. Kiedy już ostatni gość opuszczał progi jej mieszkania, Wróżka siadała zmęczona w fotelu i zamykała oczy. Jej zawsze pogodna twarz nie była już taka pogodna.
Dobra Wróżka była bardzo chora. Z dnia na dzień czuła się gorzej i gorzej i bała się, że któregoś dnia nie będzie miała już siły przyjąć gości.
Nie znała takich czarów, którymi mogłabym pomóc sama sobie. A lekarz rozkładał tylko ręce i mówił :
– Nie mam pojęcia co to może być. Badania na nic nie wskazują ale twoja energia życiowa wyczerpuje się z dnia na dzień. Niedługo całkiem opadniesz z sił.
I zalecał: przestać przekazywać swoją energię innym. To wielkie zagrożenie dla życia. Najlepiej nie spotykać się z nikim i tylko odpoczywać.
Jak Wróżka ma żyć i nie dzielić się z innymi tym co ma najlepsze? Jak ma się nie spotykać?? Przecież jest Dobrą Wróżką!

Wkrótce wieść o chorobie Wróżki dotarła do wszystkich. Zmartwili się wszyscy nie na żarty. Skąd będą teraz czerpać siłę? Kto będzie im pomagał? Kto będzie dawał pozytywną energię??
Ktoś wpadł na pomysł, żeby poszukać innej dobrej wróżki na miejsce tej chorej. Ktoś inny, żeby poszukać innego lekarza dla Wróżki. A jeszcze ktoś inny wystraszył się czy choroba Wróżki nie jest aby zaraźliwa…
I tak Wróżka została sama w swoim mieszkanku. Nikt jej nie odwiedzał i nikt niczego od niej nie chciał. Dnie i noce spędzała sama. A jej stan wcale się nie poprawiał. Była tak słaba, że w końcu już tylko spała i w ogóle nie wstawała z łóżka.

Dni mijały, choroba Wróżki nie mijała. Ludzie żyli swoimi sprawami ale brakowało im dni spędzanych z nią, jej wróżb i mądrych słów. Czuli się nieszczęśliwi i brakowało im energii. W końcu postanowili zebrać się razem i naradzić. Coś trzeba było zrobić.
– Trzeba poszukać innej wróżki! – rozpoczął ktoś.
– Nigdzie nie ma takiej. Już szukaliśmy – odpowiedział ktoś inny.
– A lekarz? Szukaliście lekarza?
– Tak. Było paru u niej ale żaden nic nie znalazł. Nie znają przyczyny więc nie wiedzą jak ją leczyć. Trudna sprawa…
– Co robić? – wszyscy siedzieli strapieni i drapali się po głowach. Można niby żyć bez Dobrej Wróżki ale to będzie bardzo smutne życie. Czy naprawdę nic nie da się zrobić?

– A może… – odezwał się czyjś cichutki głosik – może dajmy jej swoją energię życiową?
– Nie jesteśmy wróżkami – odezwał się ostro jeden z ludzi – to ona jest od dawania energii nam a nie odwrotnie. Nie mamy jej tyle.
– Ale jest nas wielu. Gdyby każdy dał chociaż troszeczkę to razem uzbierałoby się bardzo dużo.
– Tak, to dobry pomysł – odezwały się głosy z różnych stron – zróbmy tak!

Jak uradzili tak zrobili. A dokładnie – urządzili przyjęcie, na które zaprosili Dobrą Wróżkę. Była bardzo słaba i trzeba było wnieść ja na krześle do sali. Siedziała na nim i uśmiechała się blado. Na tym przyjęciu nikt nic od niej nie chciał. Nikt nie prosił o czary, rady czy cokolwiek. Za to wszyscy krążyli wokół niej i dawali jej po kolei swój śmiech, swoją siłę, kawałek mądrości, odrobinę wsparcia. Bo każdy coś tam w sobie miał a niektórzy odkryli to dopiero teraz. Przyjęcie było bardzo udane i wszyscy spisali się na medal.
Dobra Wróżka zbierała starannie dary od ludzi i powoli, powolutku, energia zaczęła jej wracać. Nabrała rumieńców i jej uśmiech stawał się wyraźniejszy. A kiedy przyjęcie dobiegało końca Wróżka mogła już nawet wstać z krzesła i przejść kilka kroków.

Do teraz nie wiadomo co sprawiło, że Wróżka zachorowała. Lekarze doszli do wniosku, że prawdopodobnie rozdała za dużo swojej energii innym i w ten sposób wyczerpała jej pokłady u siebie. Ale czy to możliwe, żeby rozdać jej innym aż tak wiele? Potem nie chorowała już więcej. Nadal była pomocna, pełna słońca i energii i każdy mógł na nią liczyć. Ale ta historia wzbogaciła wszystkich o jedną ważną mądrość. Czasami trzeba dać coś z siebie a nie tylko brać. I każdy ma coś co może z siebie dać. Więc sprawdźcie czasami czy Wasze Dobre Wróżki czegoś od Was nie potrzebują. Bo one same wcale do tego się nie przyznają. Do końca chcą być Dobrymi Wróżkami i dawać oparcie innym. Nawet wtedy kiedy to one same potrzebowałyby oparcia.

Pan Ślimak

Świat budził się właśnie do życia. Nad pustą ulicą słońce przeciągało się leniwie, rozprostowując swoje promienie. Zaspane jeszcze. Pod zielonym liściem coś się poruszyło. Najpierw ledwo ledwo, tak, że liść nawet nie zadrżał. Ale już po chwili wysunęła się spod liścia podłużna głowa Pana Ślimaka. Powoli przeciągnął po szarym chodniku swój falujący tułów. Na plecach dźwigał swój własny dom. Okrągły i pasiasty. Wcale nie za ciężki. Konstrukcja w sam raz taka, żeby móc ją zabierać zawsze i wszędzie ze sobą.
– Spiesz się powoli – zawołał pogodnie do przelatującej pszczoły. One też wstawały wcześnie. I pędziły do pracy. Nigdy nie miały czasu na krótką pogawędkę.
– Phi – bzyknęła pszczoła pod adresem ślimaka – łatwo ci mówić.
I odleciała.
– Ano łatwo – mruknął ślimak – taka już moja filozofia.
– Eee tam, filozofia – nagle odezwał się ktoś obok. To mała muszka wstała właśnie i przeciera oczy – raczej konieczność. Bo ty szybciej nie możesz.
– Nie mogę i nie chcę – uśmiechnął się Pan Ślimak – na tym sztuka polega.
– Na czym? – muszka usiadła na zielonym listku i zwiesiła swobodnie chude kończyny.
– Na odpowiednim podejściu do życia.
– Pszczoła ma odpowiednie. Pracuje ciężko, tak jak się powinno. Na coś trzeba się przydawać.
– Przydawać – zgoda – ale świat nie zając. Nigdzie nie ucieknie.
– Niektórzy ciągle myślą o tym, jak krótkie jest życie. I chcą zdążyć coś przeżyć. Wykorzystać swój czas.
Muszka wie co mówi bo zna wiele muszek, które tak się spieszą bo nie chcą nic stracić.
Pan Ślimak patrzy w niebo i mruży swe oczy.
– Ja szybciej nie mogę, ale nie rozpaczam. Nim przekroczę krawężnik, mija wiele czasu. Czuję wtedy jak promienie słońca drapią mnie po plecach. I jak deszczu krople spadają mi na muszlę. Czuję wpływ przyrody, czuję zapach trawy. Czuję…
Muszka ziewa dyskretnie ale nie z nudów przecież. Lubi Pana Ślimaka. I lubi go słuchać.
Konik polny potrącił źdźbło trawy i popędził przed siebie.
– Nóg nie połam! – woła za nim Pan Ślimak i śmieje się serdecznie.
Ale konik nie słyszy. Wiecznie dokądś spóźniony.
– On tak zawsze – muszka patrzy jak konik w podskokach znika w wysokiej trawie – niektórzy tak muszą.
– Ja go nie krytykuję. Żartuję tylko trochę – mówi Pan Ślimak wędrując wolno przed siebie.
– Ty masz domek na plecach. Zawsze zdążysz do domu – mówi muszka i prostuje skrzydełka. Też już musi lecieć.
– Nie każdy mi zazdrości – odpowiada ślimak – niektórzy wolą wpadać do domu jak po ogień. Przeraża ich koniec biegu, chwila do namysłu. Wolą pędzić i tłumaczyć się ciągłym brakiem czasu.
– Pszczoły ciężko pracują – upiera się muszka – taką mają naturę. A konik jest… konikiem. Nie po to żeby nie skakać.
– Ja ich nie namawiam do zmiany ich natury. Ja tylko patrzę na słońce i cieszę się, że świeci.
– Taką masz filozofię…
– Taką mam naturę. Lubię czuć, że żyję.
Lubię kontemplować, lubię poruszać się wolno i zatrzymywać chwile…

Ślimaki

O ślimakach jeszcze nie było. Chociaż tak często je spotykam.
Okupują chodnik i płot koło chodnika.
Dźwigają swoje domki, z wielką troskliwością. Zaprojektowane przez naturę z największą starannością .
Okrągłe muszle w pasiaste wzory,
kremowe, brązowe i szare kolory.
Lecz same ślimaki wcale ich nie widzą.
Wyciągając rogi po smaczne pierogi, albo po kapustę, po której będą tłuste, nie są w stanie spojrzeć z góry na swe muszle.
Wędrują powoli, jakby czas pod muszlą płyną w drugą stronę.
Choćby je poganiać to szybciej nie mogą. Suną powolutku, jakby noga za nogą, tylko nóg nie mają.
Bardziej pełzają niż chodzą.
Łatwo je rozdeptać, chociaż wielka szkoda.
Wszyscy wciąż pędzą, biegną, gdzieś się spieszą. Po drodze rozdeptują nieszczęsne ślimaki. Nie będą przecież zważać na takie pełzaki.
Bo im świat ucieknie. Więc muszą go gonić.
I nie widzą, że uroda świata jest w tej muszli właśnie, na grzbiecie ślimaka.

Mały kotek

Pewnego razu była sobie kocia rodzina. Bardzo duża. Mama, tata i trzynaście małych kotków. Łatwo policzyć, że razem było ich piętnaścioro.
Kotki trzymały się razem a mama kocica co jakiś czas sprawdzała czy nikt się nie zapodział, licząc swoje kocięta.
Najbardziej martwiła się o najmniejszego, trzynastego kotka. Był jeszcze taki nieuważny. Ciągle trzeba było go chronić . Inne kotki były dzielne i nie bały się wszystkiego, tak jak on. Kiedy wreszcie dorośnie i stanie się taki jak pozostali ?
Mały kotek czuł, że jest inny niż jego starsi bracia bo jakoś wolniej dorasta. Ciągle wszyscy chuchali na niego albo też odwrotnie – złościli, że wciąż jest taki niesamodzielny. No ale w końcu był najmłodszy. Przyjdzie czas, że i on dorośnie.
Kotki skore były do psot ale przede wszystkim lubiły długie spacery.
Któregoś dnia tata kot zabrał więc swoją kocią rodzinę na długi spacer. Na zieloną łąkę, gdzie trawa była wysoka a w trawie można było upolować coś do jedzenia. Pogoda była piękna, nawet jednej chmurki na błękitnym niebie.
Kotki powędrowały jeden za drugim za tatą kotem i mamą kocicą, bardzo podekscytowane niezwykłą wyprawą.
Na łące łatwo jest stracić głowę. Zwłaszcza kiedy jest się małym kotkiem. Kolorowe kwiaty pachnące miodem, goniące się owady, same ciekawe i kuszące atrakcje.
Ale kotki były zdyscyplinowane. Nie chciały narazić się tacie kotu a już na pewno nie chciałyby się zgubić na tej wielkiej nieznanej łące.
Tym bardziej, że w którymś momencie tata kot i mama kocica, a za nimi wszystkie małe kotki, weszli w bardzo wysoką trawę. Tak wysoką, że nie widać było czubków traw.
Wkrótce też nie było widać kotków. Tylko trawa poruszała się potrącana ich lekkimi łapkami.
Cisza panowała wokół taka jak na łąkach – pełna szelestow i
brzęczenia owadów.
Kotki wędrowały uważnie patrząc przed siebie i obserwując ruch traw. W ten sposób podążały za rodziną.
Na samym końcu szedł najmłodszy trzynasty kotek. Najmłodszy i najmniejszy. Tata kot pominął ten ważny aspekt logistyczny. Czy taki mały kotek powinien iść ostatni? Czy na pewno będzie nadążał za resztą? Czy nie poplączą mu się krótkie łapki w wysokiej trawie? Przecież cała rodzina wiedziała, że ciągle jeszcze nie jest tak zwinny i sprytny jak inne koty.
Mały kotek starał się bardzo. Wędrował dzielnie i próbował jednocześnie zapanować nad łapkami, chwytanymi w objęcia wysokich traw, i pilnować kierunku, który wskazywał ruch trawy. Tamtędy szła kocia rodzina. Jednak nawet kiedy wydaje się, że panuje się nad wszystkim, to kiedy jest się małym kotkiem wystarczy chwilka nieuwagi. I kiedy kotek wyplątał się już z kolejnej trawiej pułapki nagle zorientował się, że wysoka trawa przed nim nie porusza się już jak przedtem. Tylko wiatr tracą jej zielono żółte czubki.
Postąpił naprzód z nadzieją, że koty zatrzymały się i stąd ta cisza. Ale przed nim nie było nikogo, tylko trawa i trawa… I nic poza nią.
Małe kotki są trochę jak małe dzieci. Ale to jednak kotki. Jest w ich naturze coś co pozwala im iść dalej naprzód i nie poddawać się zbyt szybko. Kotek doszedł do wniosku, że jeśli nadal będzie szedł przed siebie przez tą gęstą trawę to w końcu dogoni swoją kocią rodzinę.
Szedł więc i szedł. Aż w końcu doszedł… do lasu. Bo za łąką zaczynał się las. Niezbyt duży ale wystarczająco, żeby mały kotek poczuł się jeszcze mniejszy. I żeby poczuł się niezbyt pewnie. Usiadł pod wysokim drzewem i myślał :
– Znów napsociłem. Mama ma rację. Jestem jeszcze małym glupiutkim kotkiem. I chyba rację miał tata, że jestem pechowym trzynastym kotkiem. I trochę tu jest strasznie.
I zastanawiał się co powinien teraz zrobić. Perspektywa spędzenia całej nocy w tym lesie nie wydawała się miła. Ale znalezienie kociej rodziny wydawało mu się niemożliwe. Drogi do domu też.

Kotek siedział więc i rozglądał się uważnie. Nagle kocie serce zabiło mu mocniej. Coś poruszyło się w wysokich paprociach. Kotek znieruchomiał i szykował się do ucieczki.
Ale spod liści paproci powoli wyszedł mały jeżyk. Na widok kota najeżył swoje igły ale podszedł ostrożnie.
– Witaj- powiedział jeżyk
– Witaj – odpowiedział kotek dziwiąc się w duchu na widok takiego dziwnego stworzenia – czy jesteś kotem, jak ja?
– Nie, jestem jeżem. I ostrzegam cię – moje kolce są naprawdę ostre, więc nie zbliżaj się do nich.
Kotek przyjrzał się kolcom, rzeczywiście wyglądały na ostre.
– Czy mógłbyś mi pomóc? – zapytał jeżyk
– Ja??? – zdziwił się kotek – w czym mógłbym ci pomóc. Jestem jeszcze małym kotkiem.
– Zgubiłem się. Muszę wrócić do domu. Ale boję się przejść sam przez tę wysoką trawę – powiedział jeżyk.
-A jak trafiłeś tutaj? – zapytał kotek.
– Sam nie wiem, byłem zamyślony. Ale teraz nie potrafię się odważyć i wejść tam sam.
– Ja też się zgubiłem – westchnął kotek – nie wiem jak odnaleźć moją rodzinę.
– Proszę przeprowadź mnie przez tę wysoką trawę. Mieszkam na łące i muszę się tam dostać – powiedział jeżyk
– Ale ja jestem jeszcze małym kotkiem. Nie wiem czy dam radę.
– Jesteś trochę większy niż ja. I chyba nie boisz się tej trawy.
– Trochę też się boję. Ale… jeśli pójdziemy we dwóch – kotek zaczął się namyślać. Trochę mu schlebiało, że ktoś prosi go o pomoc. I że dla kogoś jest on nie takim całkiem małym kotkiem.
– Zgoda – odparł wreszcie – przeprowadzę cię przez tą trawę. A potem poszukam mojej rodziny.

Tymczasem kocia rodzina postanowiła wracać do domu. Dzień kończył się powoli i wkrótce zrobi się ciemno. Kocia mama zaczęła odliczanie. Przy takiej dużej rodzinie łatwo się pomylić lub pominąć kogoś. Kiedy więc mama policzyła do 12 uznała, że wszystko w porządku. Ruszyli więc do domu. Coś jednak nie dawało kociej mamie spokoju. Tak to już jest z mamami. Nawet jeśli są zmęczone po całodziennej wyprawie na łąkę i pomylą im się rachunki, to ich serca potrafią liczyć do trzynastu.
Nagle kocia mama zatrzymała się i wszystkie kotki, które szły grzecznie za nią, powpadały na siebie.
– Nie ma trzynastego kotka – krzyknęła kocia mama – zgubiliśmy go!
Zrobiło się zamieszanie. Tata kot ustawił wszystkie kotki w szeregu i jeszcze raz policzył. Ale nie musiał tego robić. No przecież nawet w takiej dużej rodzinie od razu widać jeśli kogoś brakuje. Brakowało najmniejszego kotka i tyle.
Tata kot spojrzał na niebo, które zszarzało i wkrótce zrobi się granatowe. Spojrzał na łąkę i szepnął :
– On nie da rady. Zginie tam. Nasz mały trzynasty kotek.
Cała rodzina postanowiła zawrócić i poszukiwać najmłodszego. Żadnego rozdzielania się. Razem muszą go odnaleźć.

A mały kotek z jeszcze mniejszym jeżykiem wstępowali właśnie pomiędzy wysokie trawy. Mały jeżyk rozglądał się przestraszony. Czuł się bardzo niepewnie w takiej wysokiej trawie. Nie chciałby zostać rozteptany. A mały kotek kroczył dumny, że ktoś polega na nim i na jego pomocy. I że już nie jest taki najmniejszy. Szedł powoli, żeby jeżyk mógł za nim nadążyć.
Niebo ciemniało ale mały kotek nie myślał o tym. Tak bardzo skupił się na swoim zadaniu.
Kiedy wreszcie przedostali się przez wysokie trawy jeżyk podziękował swojemu wybawcy i pobiegł przed siebie. A kotek rozejrzał się i chociaż zrobiło się już całkiem ciemno rozpoznał ścieżkę, którą rano dotarł tu ze swoją rodziną. Pobiegł tą ścieżką i dotarł do domu.
Jego rodziny nie było jednak w domu.
– Pewnie są jeszcze na łące i dobrze się bawią – ziewnął kotek i zwinąwszy w kuleczkę natychmiast zasnął.

Kocia rodzina wracała smutna z nieudanych poszukiwań trzynastego kotka.
– Spróbujemy jutro – mówił cicho tata kot do mamy kocicy. Ale w duchu martwił się, że ten jego trzynasty synek nie da rady sam na łące całą dobę. Inne kotki tak, ale nie on. Taki jeszcze dziecinny i niezdarny. I dlaczego on – jako tata – nie przypilnował swojego najmłodszego synka?
Mama kocica nie odzywała się ale w głowie ciągle miała słowa, które powtarzała jak mantrę: bądź dzielny, mój mały. Jesteś kotem, musisz dać radę. Wróć do nas… I żałowała, że tak chuchała i dmuchała na niego, i może dlatego wciąż był taki niezdarny.
Wszyscy mieli niewesołe miny. Będzie im brakować trzynastego kotka.

Kiedy więc weszli do domu i zobaczyli małą, puszystą kuleczkę, śpiącą smacznie w kąciku, aż podskoczyli z radości. Nie mogli się nadziwić, że ich mały, nieuważny trzynasty kotek sam trafił domu. A kiedy opowiedział im o tym, jak pomógł małemu jeżykowi przejść przez wysoką trawę, to nie mogli się nadziwić. Tata kot i mama kocica odtąd już z większą ufnością patrzyli na swojego najmłodszego kotka, który stawał się powoli taki jak jego starsi bracia – jak na kotka przystało.
Każdy dojrzewa prędzej czy później. A czasami wystarczą tylko odpowiednie okoliczności. I wtedy każdy odbiera swoją lekcję – nie tylko ci najmłodsi.

Koty w naszym mieszkaniu

W naszym mieszkaniu ostatnio pięć kotów zamieszkało. Pięć kotów to przyznacie wcale nie tak mało. Cała kocia rodzina. Od największego, który nie boi się niczego, do najmniejszego który boi się jeszcze wszystkiego.
Największy to tata. Oczywiście. Pewnie już się domyśliliście. I czasami zachowuje się jakby był panem domu. Rozsiada na fotelu i nie pozwala usiąść obok nikomu.
A czasami używa podobno naszych do zębów szczoteczek. Taki z niego czyściutki koteczek.
Średni to mama, cicha i spokojna. A przy tym dostojna. Porusza się bezszelestnie, i tylko fuknie czasami. Żeby zapanować nad trzema maluchami.
Maluchy są słodziutkie. Tylko strasznie rozrabiają. Wciąż skaczą i biegają.
Jeden właśnie zawiesił się na rolecie. Patrzy z góry zadowolony. Nie boi się, że spadnie – niewiele jeszcze wie o świecie.
Drugi drapie mnie po spodniach. Może chce się wdrapać. A może w ten sposób swe pazurki ostrzy. Taki jest przecież sposób najprostszy – podrapać kogoś.
Czasami wchodzą nam na głowy – ot tak, dla zabawy.
Trzeci jest najmłodszy. Zasypia smacznie wtulając się w człowieka. I miauczy cicho. Śni mu się pewnie micha pełna mleka.
Musimy pamiętać o karmieniu kotków. Bardzo lubią mleko. Ale i słodycze. Dostają więc ciasteczka – jeśli były grzeczne – i do tego dla każdego jest mleka miseczka.
A wczoraj z tych pięciu zrobiło się piętnaście! Jest ich tak wiele bo są wciąż nowe młode. I coraz młodsze kotki bawią się na podłodze. Niezłe jest przy tym w mieszkaniu zamieszanie.
Wskakują wszędzie, chowają się w łazience. Ze wszystkich kątów słychać ich mruczenie. Niezłe utrapienie.
Fajnie mieć je w domu. Zawsze jest wesoło. Choć bałagan niezły robią naokoło. Miauczą i wciąż wymyślają całkiem nowe psoty. Szaro-bure i malutkie – niewidzialne koty.
Skąd się wzięły? Z podwórka. Mój synek je zaprosił. I teraz za nim chodzą w którąkolwiek pójdzie stronę. A jego to bardzo bawi. I wcale mu nie przeszkadza, że są wymyślone.
Chodzą krok w krok za nami.
Siedzą z nami na tapczanie.
Bajki z nami oglądają.
I wieczorem zasypiają…
Gdzie??? No… w swoich niewidzialnych łóżeczkach. Jest dużo tych łóżeczek ale wcale nie przeszkadzają . Bo skoro są niewidzialne to trochę się przenikają… tak twierdzi mój syneczek.
A dziś od mojego synka taką nowinę słyszę: że właśnie szesnasty kotek na świat przyszedł!
Fajnie, co…??:)
– I wiesz mamo, on jeszcze będzie się bał. I dlatego dzisiaj będzie z tobą spał. I mam nadzieję, że cię to nie zezłości… pewnie wtuli się w ciebie bo boi się ciemności…
🙂