Czarodziej

Pewnego razu był sobie Czarodziej. Taki Czarodziej, który potrafił wszystko wyczarować! Wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Albo przynajmniej… prawie wszystko.
Każdy o czymś marzy. I o różnych rzeczach. Zwyczajnych, codziennych ale i niezwykłych i zupełnie zwariowanych.
Ktoś chciałby mieć prosty nos – bo urodził się z nieco zakrzywionym. I chociaż tego za bardzo nie widać, to jemu przeszkadza to najbardziej na świecie. Ktoś inny chciałby zobaczyć ogród Keukenhof i to jest bardzo zrozumiałe marzenie. Bo to jest podobno niezwykłe miejsce. A dla wielu odwiedzanie niezwykłych odległych miejsc jest bez czarów nieosiągalne. A jeszcze ktoś może zapragnąć polecieć na Księżyc. I to już jest marzenie z serii tych zwariowanych. Tak jak chęć pogadania z prawdziwym smokiem lub zamienienia się na jeden dzień w ptaka.

Czarodziej wyczarowywał marzenia bo nie widział powodu, dla którego nie miałby tego robić. Ale nie robił innej rzeczy. Mianowicie nie przestrzegał przed konsekwencjami. Nie uważał, że jest to w jego gestii. Każdy sam powinien zmierzyć się ze swoimi marzeniami.
A z marzeniami wcale nie jest tak łatwo. Bo czy wszystkie nasze marzenia są tym czego naprawdę chcemy? Skąd możemy to wiedzieć. Wiele z nich nigdy się nie spełni. A jeśli nawet, to dopiero wtedy możemy się przekonać. I może się okazać, że to wcale nie o tym marzyliśmy. Tylko o czymś zupełnie innym. Tylko nie potrafiliśmy tego nazwać. Albo w ogóle… nie tędy droga.
Zazwyczaj też myślimy, że spełnienie marzeń da nam szczęście. Ale ze szczęściem to nie jest taka prosta sprawa. Każdy Czarodziej dobrze o tym wie.

Pewnego razu pewna dziewczyna zapragnęła spełnić swoje marzenia. Miała ich kilka i niektóre nieco zwariowane. Dowiedziała się o Czarodzieju i postanowiła wybrać się do niego.
Czarodziej mieszkał w pięknym pałacu. Pałac był bajecznie kolorowy i miał bardzo dużo małych wieżyczek. Przez okna tych wieżyczek czasami małe elfy mieszkające z Czarodziejem spoglądały w niebo. I wróżyły z kształtów chmur. Wróżenie z kształtu chmur to była usługa, którą Czarodziej oferował w pakiecie. Ale niewielu chciało skorzystać. Lepsze jest spełnianie marzeń niż poznawanie przyszłości albo prawdy o sobie lub innych.

Dziewczyna, która zapragnęła spełnić swoje marzenia stanęła na progu pięknego pałacu. W gabinecie Czarodzieja było mnóstwo zupełnie niezwykłych przedmiotów. Błyszczące modele układu słonecznego, różnej wielkości i kształtu pozytywki, grube książki oprawione w skórę, w której wytłoczono złotem grube litery. Kolorowe globusy mniejsze i większe, niektóre podświetlane od środka. Figurki zwierząt wykonane z kości i barwione. Lampy i lampki z kloszami ze szkła lub wzorzystych tkanin. I jeszcze dużo innych, które trudno było objąć wzrokiem i spamiętać.
Dziewczyna stała oszołomiona i przez chwilę zapomniała po co właściwie tu przybyła. W jej mniemaniu to wszystko świadczyło o kompetencjach Czarodzieja i kazało jej zaufać mu bezgranicznie.
W końcu Czarodziej klasnął w dłonie i spojrzał na nią wyczekująco.
– Mam marzenie… – zaczęła dziewczyna – właściwie kilka.
– Mogę je spełnić – uśmiechnął się Czarodziej.
– Jeszcze nie powiedziałam jakie – zdziwiła się dziewczyna.
– Mogę spełnić każde – odparł Czarodziej.
Dziewczyna zamyśliła się na krótko. Ale zaraz potem wyrecytowała jednym tchem:
– Chciałabym być najpiękniejsza na świecie!  Chciałabym umieć latać. I chciałabym żyć wiecznie.
– Taaak… – Czarodziej patrzył na nią a właściwie bardziej jakby na coś za nią. To znaczy poczuła się tak, jakby była przeźroczysta a za jej plecami było coś wartego obejrzenia.
– Czy w takiej właśnie kolejności? – zapytał w końcu.
– Tak – odpowiedziała dziewczyna – a zresztą jakie to ma znaczenie?

– Może nie ma znaczenia – westchnął Czarodziej. Podniósł do góry obie ręce i przymknął oczy. Jednocześnie szepcząc coś pod nosem.
Nagle w gabinecie zrobiło się bardzo jasno i wszystko zawirowało. A po chwili dziewczyna nie była już tą, która tu przyszła. Stała się tak piękna, że każdy kto na nią spojrzał nie mógł oderwać wzroku. Włosy miała jak jedwab, długie i mocne. Cerę jasną i gładką. A w jej oczach był blask.
Czarodziej nie zapomniał o pozostałych dwóch marzeniach. Dziewczyna nie dość, że była piękna, to jeszcze potrafiła latać, jak motyl. A do tego miała żyć wiecznie.
Dziewczynie ze szczęścia łzy popłynęły po policzku. Uściskała Czarodzieja i poszła sobie. To znaczy – przeszła parę kroków i nagle przypomniała sobie, że umie latać. Wtedy uniosła ramiona i poleciała!

Czarodziej stał przez chwilę w oknie swojego niezwykłego gabinetu. Patrzył na swoje dzieło zachwycony. Dziewczyna naprawdę była piękna. Trudno było oderwać od niej oczy. O mały włos nie zakochałby się w niej. Ale przecież zdawał sobie sprawę, że to tylko czary. Zbyt wiele wyczarował już marzeń, żeby mieć jakiekolwiek złudzenia…

Świat kręcił się dalej i Czarodziej nadal czynił swoje. Zapomniał o dziewczynie, która była piękna i latała jak motyl.
Miał tyle innych spraw na głowie. Ktoś ciągle prosił go o czary a on czarował. Chociaż coraz częściej dziwił się tym prośbom. Marzenia ludzi dotyczyły głównie rzeczy materialnych. A przecież materia to tylko jedna ze sfer życia. Dużo więcej miejsca w życiu zajmuje sfera ducha. Rzadko tylko ktoś chciał znaleźć się w jakimś dalekim niezwykłym miejscu lub polecieć kolorowym balonem wysoko do chmur. Albo stać się lepszym lub mądrzejszym. Zresztą kto wie czy moce Czarodzieja były wystarczające na takie czary.
Ale o ducha nikt nie chciał zadbać. Jedynie elfy, które z nim mieszkały dbały o to, by ich dusze miały powód do radości. I prosiły Czarodzieja o piękne kwiaty w ogrodzie i kolorowe sny.

Pewnego razu ktoś zapukał do drzwi pałacu bardzo późnym wieczorem. Czarodziej chciał uniknąć spotkania z intruzem ale kiedy elfy próbowały odprawić go z kwitkiem, ten ktoś bardzo stanowczo domagał się spotkania z Czarodziejem. W końcu trzeba było ustąpić.
Kto mógł domagać się spotkania z Czarodziejem o tak późnej porze? Godziny urzędowania Czarodzieja są znane wszystkim w okolicy! O tej porze Czarodziej wypoczywa.
W drzwiach gabinetu stanęła piękna dziewczyna. Była piękna choć wyglądała na zmęczoną. Czarodziej z początku w ogóle jej nie rozpoznał. Aż w końcu przypomniało mu się!
– Co tutaj robisz o tej porze? – zapytał niezbyt miło – czyż nie spełniłem już twoich życzeń?
– Spełniłeś – westchnęła dziewczyna i opadła na fotel – ale chcę żebyś mnie… odczarował.
– Nigdy nikogo nie odczarowywałem – zdziwił się Czarodziej – mogę najwyżej spełnić twoje kolejne życzenia. A dlaczego chcesz być odczarowana? Czyż nie jesteś najpiękniejsza na świecie, nie potrafisz latać i twoje życie nie będzie wieczne??
– Zgadza się – odpowiedziała dziewczyna – ale myślałam, że to wszystko pomoże mi być szczęśliwą.
Czarodziej przyjrzał się jej uważnie. Rzeczywiście nie wyglądała na szczęśliwą. Raczej na zmęczoną i zrezygnowaną.
– Myślałaś, że uroda, skrzydła i życie wieczne dadzą ci szczęście? – zapytał Czarodziej ziewając ukradkiem. Był trochę zmęczony i chętnie położyłby się już spać. Rozterki tej dziewczyny nie zajmowały go za bardzo. Dawno już doszedł do wniosku, że marzenia ludzi są dziwaczne i w ogóle ich nie rozumiał. A jeśli ktoś oczekiwał, że od spełnienia dziwacznych marzeń zależy poczucie szczęścia, to chyba po prostu nie wiedział zbyt wiele o świecie.

– Myślałam, że dzięki urodzie znajdę miłość. I że miłość da mi szczęście. I że będzie wspaniale żyć wiecznie będąc szczęśliwą… Ale uroda nie wystarczy. A miłość nie zawsze oznacza szczęście.
– A po co były ci skrzydła? – zdziwił się czarodziej.
– Chyba każdy chciałby móc latać… – dziewczyna zamyśliła się.
Czarodziej nie był co do tego przekonany. Chyba zupełnie nie rozumiał ludzi.
– Dlaczego po prostu nie poprosiłaś o szczęście? – mruknął kpiąco Czarodziej  zwiewając już bardzo szeroko. Dobrze widział, że szczęścia nie da się wyczarować. Nie potrafi tego nawet najpotężniejszy Czarodziej na całym świecie.
Na drugi dzień Czarodziej sprawił, że dziewczyna znowu była zwyczajną dziewczyną. Nie miała już skrzydeł i nie czekało ją życie wieczne na ziemi. Jej wdzięczność była jeszcze większa niż poprzednim razem. Ale czy teraz uda jej się znaleźć to czego szuka? I czy w ogóle wie czego szuka? Kto to wie…
Czarodziej zupełnie się tym nie interesował. Każdy powinien sam mierzyć się ze swoimi marzeniami. A co do szczęścia… to dopiero trudna sprawa. Nawet dla takiego Czarodzieja.

Elfy patrzyły na chmury przez małe okienka wieżyczek, które zdobiły kolorowy pałac Czarodzieja. Wróżyły z nich przyszłość i teraźniejszość chociaż nikogo to nie interesowało. Chociaż były drobnej budowy i wyglądem przypominały dzieci, były mądrymi elfami i wiele wiedziały, bo żyły już bardzo długo na tym świecie.  Widziały bardzo wiele osób przybywających do Czarodzieja po spełnienie marzeń. I wiedziały, że przyszłość i teraźniejszość niewiele różnią się od przeszłości, jeśli ktoś liczy na to, że machnięcie  czarodziejskiej różdżki rozwiąże wszystkie jego problemy i da mu szczęście.

 

Tyci tyci kotek

Pewnego razu był sobie tyci tyci kotek. Był taki malutki, że nie można go było dostrzec gołym okiem. Mimo to był jak inne kotki na świecie – mięciutki i milutki. Miał oczywiście tyci tyci pazurki ale rzadko ich używał.
Tyci tyci kotek jadł bardzo niewiele i bardzo niewiele potrzebował od życia. Mógł zasnąć w najmniejszym kąciku a takich malutkich kącików jest pełno wszędzie. Mógł wędrować długo, biegać i skakać i nikomu nie wadził. Ale też nikt nie przeszkadzał jemu. Nie musiał się nawet obawiać, że ktoś go zdepcze. Był tak tyci jak ziarenko piasku, którego nie da się rozdeptać. Najwyżej wejdzie gdzieś w szczelinę w bucie.
Tyci tyci kotek żył jeszcze niezbyt długo na świecie i nie do końca jeszcze potrafił ocenić walory bycia tycim tycim kotkiem. Zauważył już jednak jedną poważną wadę. Nigdzie jak dotąd nie spotkał drugiego takiego tyci tyci kotka. Czuł się więc nieco osamotniony. Nie bardzo w ogóle widział towarzystwo dla siebie. A raczej – nikt jak dotąd nie dostrzegł tyci tyci kotka. Jakiekolwiek kontakty z kim lub czymkolwiek nie mogły więc wchodzić w grę.

Kimkolwiek i czymkolwiek się nie jest, samotność nigdy nie jest miła. I chociaż tyci tyci kotek miał co jeść i gdzie spać, to przecież nie wszystko, prawda???
Tyci tyci kotek czasami miauczał jak to jest w kocim zwyczaju. Nikt jednak nie mógł usłyszeć jego miauczenia. Ponieważ było ono – odpowiednio do postury tyci tyci kotka – bardzo ciche.

Jak myślicie co dzieje się z kimś lub czymś co jest niedostrzegane i nie słyszane przez nikogo? No oczywiście! Ten ktoś lub coś robi się jeszcze bardziej tyci i istnieje zagrożenie, że niedługo zniknie całkiem.
Tyci tyci kotek nie wiedział o tym ale coś jakby przeczuwał. Z jednej więc strony cieszył się swoim życiem i tym, że było jednak trochę wyjątkowe. Ale też czasami przez sen miauczał żałośnie, jakby smutek wypełniał całą jego drobną tyciowatość.

Czasami też świat wydawał się tyci tyci kotkowi ogromny i bardzo odległy. Bo niby był jego częścią ale kiedy jest się takim tycim i właściwie niewidzialnym to tak, jakby w ogóle się nie było. A już na pewno nie mogło się mieć żadnego wpływu na funkcjonowanie świata lub jego części.
Tak wyglądało życie tyci tyci kotka.

To, że w życiu zdarzają się niespodzianki wie każdy. I że czasami są bardzo miłe, też.
I że los potrafi się odmienić to też się zdarza.
Pewnego razu tyci tyci kotek bawił się jak zwykle na zielonym trawniku. Trawa była wysoka ale jeszcze nie tak wysoka, żeby tyci tyci kotek mógł się w niej zgubić. Podskakiwał więc radośnie, biegał i przewracał się jak na zielonym miękkim dywanie.
Nie dość, że był tycim tycim kotkiem to był też jeszcze bardzo małym kotkiem. A małe kotki są jak małe dzieci. Można je szybko rozweselić dobrą zabawą.
Nagle zupełnie niespodziewanie tyci tyci kotek usłyszał nad swoim tycim tycim uszkiem : kici kici koteczku ….
Zdziwił się bardzo i nastawił uszu. Dookoła nie było żadnego innego kota. Czyżby ktoś wołał właśnie jego?
W drugim końcu trawnika przycupnął mały chłopiec. Dużo większy od tyci tyci kotka – wielkości normalnej dla dziecka w jego wieku.
– Kici kici – powtórzył chłopiec i wyciągnął dłoń w kierunku tyci tyci kotka – witaj tyci tyci kotku.
Tyci tyci kotek był zdziwiony, zaciekawiony i w głębi serca poczuł radość – czy aby nie przedwcześnie? Czy ten chłopiec widzi go i chce się z nim pobawić???
Chłopiec powoli podszedł bliżej do tyci tyci kotka i pogłaskał go po tycim tycim łebku. Teraz już nie było wątpliwości. Chłopiec widział go dobrze mimo, że kotek był taki tyci. Widocznie to musiał być wyjątkowy chłopiec.

Odtąd tyci tyci kotek i chłopiec nie rozstawali się ani na moment. Jak to możliwe? A tak-kiedy ma się tyci tyci kotka można go schować w kieszeni i zabrać ze sobą wszędzie. A nawet grać w piłkę mając go w kieszeni. A w domu chłopiec urządził tyci tyci kotkowi wygodne spanie w małym pudełeczku po zapałkach. Wypełnił je mięciutką tkaniną, w której tyci tyci kotek spał jak tyci tyci król. Na śniadanie tyci tyci kotek dostawał przesmaczne kąski a potem przez cały dzień był ze swoim przyjacielem, małym chłopcem.
I tak to tyci tyci kotek stał się dla kogoś widzialny i nie był już skazany na całkowite zniknięcie. Nigdy już nie czuł się samotny. I nawet tak jakby zaczął mieć wpływ na funkcjonowanie malutkiego kawałka świata. Tego, który należał do małego chłopca. Ale i chłopiec nigdy już nie był sam. Bo tak to już jest, że na prawdziwej przyjaźni zawsze korzystają obie strony.

A Wy? Widzieliście kiedyś takiego tyci tyci kotka? Albo inne tyci tyci stworzonko? A próbowaliście zobaczyć? Jeśli bardzo mocno i dokładnie się rozejrzycie dostrzeżecie ich całe mnóstwo wokół. Spróbujcie dać szansę chociaż jednemu z nich i zauważcie je. Żeby chociaż przez chwilę poczuło się ważną częścią świata, na którym żyje. I nie zniknęło z niego, nigdy nie dostrzeżone i nie usłyszane przez nikogo.

Pociąg z klocków

Pewnego razu był sobie pociąg. Nie taki zwyczajny. Tylko cały zbudowany z klocków. I podobno są to najlepsze i najfajniejsze klocki na świecie. Można się nimi bawić przez wiele lat. Dlatego pociąg był bardzo pewny siebie. I w ogóle nie martwił się tym, że na przykład mógłby się rozsypać na kawałki.
Codziennie jeździł po torach, które zakręcały co jakiś czas w jedną lub drugą stronę. Miały też rozjazdy i zwrotnice, zupełnie jak prawdziwe tory.
Pociągiem podróżowali maleńcy, niewidzialni pasażerowie i niewidzialni konduktorzy. Tylko maszynista był “prawdziwy”. To znaczy – również cały z klocków.

Pociąg nie przejmował się tym, że nie jest prawdziwym pociągiem bo w swoich snach nim był. Szybkim i eleganckim intercity lub jeszcze szybszym i nowoczesnym pendolino.
Kiedy nadchodził kolejny dzień pociąg z klocków pędził po torach jak szalony i czuł się tak, jakby spełniał marzenia ze swoich snów.

Wagony kołysały się, niewidzialni pasażerowie kiwali głowami i wołali niewidzialnego konduktora:
-Ten pociąg jedzie za szybko – skarżyli się – proszę coś z tym zrobić.
– Proszę państwa – odpowiadał konduktor – to pociąg z najlepszych klocków na świecie. Nic nam nie będzie. To pewne.
– Przecież klocki mogą się rozsypać. I nie będzie już pociągu, tylko góra klocków, do niczego nie podobna – odezwał się cieniutkim głosem chłopiec, który siedział w kąciku przedziału.
Niewidzialni pasażerowie popatrzyli ze zgrozą.
– Ależ chłopcze! – zaśmiał się  konduktor – przecież to nie byle jakie klocki. I nie byle jaki pociąg.
I wyszedł śmiejąc się bardzo głośno.

Cóż, może konduktor miał rację? Może nie warto było się martwić? Jednak niektórzy z niewidzialnych pasażerów wiedzieli swoje. Nie takie już pociągi zgubiła pycha!
Ale nikt nie chciał ich słuchać.

Pewnego dnia pociąg jak zwykle pędził jak szalony po torach. W którymś momencie tak szybko przejechał przez jeden z rozjazdów, że uszkodził żółtą plastikową zwrotnicę. Część pasażerów najchętniej wysiadłaby na pierwszym lepszym peronie. Ale pociąg wcale się nie zatrzymywał. Tymczasem tuż przy torach stały dwa wyścigowe auta i czekały na dobry moment, żeby przejechać przez tory. Śpieszyły się na wyścigi. Ale ze względu na dużą ilość zakrętów widoczność nie była dobra i żaden moment nie wydawał się odpowiedni. Jedyna nadzieja w tym, że maszynista prowadzi pociąg ostrożnie i zwraca uwagę na to, co dzieje się wokół. Niestety! Nic bardziej mylnego. Jedno z aut powoli wjechało na tory, żeby przez nie przejechać. Wtedy nagle zza zakrętu wyskoczył pociąg jadący z ogromną prędkością!
Auto w ostatniej chwili zdążyło uskoczyć i dzięki temu uniknęło rozjechania. Jednak pociąg nie dał rady przyhamować i zahaczył o tył samochodu.
Wtedy stało się to co było nieuniknione. Pociąg zachwiał się na torach i nie mógł odzyskać równowagi. W końcu więc spadł z nich i wszystkie wagony wraz z lokomotywą przewróciły się. Niewidzialni pasażerowie poprzewracali się na siebie. Niewidzialni konduktorzy poupadali. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało i wkrótce wszystkim udało się wysiąść.
Pociąg leżący obok torów wyglądał żałośnie. W dodatku odpadła spora część od lokomotywy a klocki potoczyły się po dywanie w różne strony. Czy ktoś teraz potrafi to naprawić?
Naprawa trwała przez jakiś czas. I nie było to wcale takie łatwe. Trzeba było poszukać wszystkich części a potem jeszcze instrukcji. Bo przecież nikt dotąd nie budował pociągu od tej strony, tak jakby od końca – kiedy trzeba odpowiednio połączyć ze sobą gotowe już elementy. Na szczęście żaden klocek nie zginął i udało się doprowadzić pociąg do porządku.

Niewidzialni pasażerowie mogli kontynuować podróże do swoich niewidzialnych stacji. A pociąg nadal mógł jeździć każdego dnia po swoich torach. Jednak teraz starał się już tylko w snach być szybkim i eleganckim intercity lub jeszcze szybszym i nowoczesnym pendolino. Zrobił się ostrożniejszy i już nie pędził jak szalony przed siebie. W końcu chciał pozostać pięknym pociągiem z najfajniejszych klocków na świecie. A nie pociągiem z uszkodzoną lokomotywą lub co gorsza – górą klocków zupełnie do niczego nie podobną.

Przyczepność – rozmowa

– Synku, przewrócisz się kiedy autobus zahamuje. Chwyć się tej poręczy może …

– Ja nie muszę się trzymać mamo! Bo mam … dobrą przyczepność do podłoża!

🙂

Pasterz

Pewnego razu był sobie pasterz. Mieszkał w małej chatce a tuż obok, w zagrodzie, mieszkały jego owce. W chatce z pasterzem mieszkał też pies. Duży i jasny. Tak jasny, że kiedy biegł za stadem owiec to z daleka czasami trudno go było od nich odróżnić. Bo i one były jasne, jak obłoki na niebie.
Pasterz mieszkał sobie pośród gór i lasów, codziennie doglądał swoich owiec i wyprowadzał je na pastwiska.
Przed chatką pasterza był mały ogródek, w którym rosły warzywa. Dzięki temu pasterz nigdy nie był głodny. Przed domem była też studnia. Z tej studni pasterz brał wodę, czystą i pyszną. Nadawała się doskonale do picia.
Chatka pasterza urządzona była bardzo skromnie. Jednak było w niej wszystko, co potrzeba do życia. Było łóżko, przykryte miękkim kocem i wygodne. Był drewniany stół i krzesła. Był też piec, w którym wieczorami śpiewał wesoło ogień – jedyny towarzysz pasterza obok jasnego psa. Czy to może wystarczyć do zadowolenia z życia? Pewnie niektórym tak.

Któregoś dnia pasterz obudził się wcześnie rano i przeciągnął się powoli. Już chciał wstać kiedy nagle… poczuł, że już nie chce być dłużej pasterzem. Nie chce już dłużej pilnować owiec i mieszkać samotnie w tej pustej chacie. Chce wyruszyć w drogę.
Zostawił więc owce i psa, mając nadzieję, że pies przypilnuje owiec pod jego nieobecność. I wyruszył z niewielkim tobołkiem przed siebie.

Długo wędrował. Mijał wioski i miasta. Czasami zatrzymywał się gdzieś na krótko, myśląc że może jakiś znak na niebie pojawi się i wskaże to miejsce, jako jego nowe miejsce zamieszkania. Ale znak nie pojawiał się. Pasterz – który teraz już nie był pasterzem – ruszał więc w dalszą drogę. I wędrował przez kolejne miasta i wioski.
Aż któregoś dnia zmęczył się tą wędrówką. Usiadł i zamyślił się…
– Czyżby nie było dla mnie miejsca na świecie? Czyżbym miał być skazany na bycie pasterzem do końca życia? Czy w życiu jest nam przeznaczone tylko jedno miejsce i jedna przypisana rola?

Kiedy tak rozmyślał nagle spadł deszcz… mokry i zimny, jak to deszcz. Były pasterz zerwał się na równe nogi. Chwycił tobołek i schował pod drzewem, które rosło nieopodal a gałęzie miało szerokie i rozłożyste.
Deszcz padał i trawa zieleniła się. Pod drzewem było sucho, chociaż zimno przenikało przez ubranie i docierało aż do kości.
Pasterz pomyślał o swojej chatce i ciepłym ogniu śpiewającym wesoło pod piecem. Przestał być pasterzem. Stał się wędrowcem. Ale ta rola nie podobała mu się za bardzo.

Czasami nie wie się czego się chce. Albo tylko tak się wydaje. Zwykle przecież wiemy. Pytanie brzmi, czy możemy to mieć. I co już mamy.
Czasami potrzebujemu trochę czasu, żeby na to wpaść.

Pasterz w tej właśnie chwili chciał być spowrotem w domu. W swojej chatce, obok zielonych pastwisk. Ale zanim tam wróci musi przejść długą drogę. Bo odszedł bardzo daleko. I może się też okazać, że kiedy będzie już na miejscu to tam wszystko jest już inaczej.

Teraz pasterz wędrował w przeciwnym kierunku. Wracał do domu. Postanowił jednak, że w drodze powrotnej będzie bardzo dokładnie przyglądał się wszystkiemu, żeby móc opowiedzieć o tym swoim owcom i jasnemu psu. Może chociaż na to przyda się jego wędrówka. Zatrzymywał się więc w każdym miasteczku i przyglądał ludziom, którzy wykonywali różne prace.
Część z nich bardzo lubiła swoje zajęcie a część wręcz go nie cierpiała. Jednak wszyscy traktowali swoje role jako jedyne im dane i nawet nie myśleli o zmianie. To co robili, traktowali bardzo poważnie. Bardzo się też dziwili kiedy pasterz opowiadał im o sobie.
– Zostawiłeś owce i psa? Bez opieki? Co z ciebie za pasterz?
Rzeczywiście. Kiepskim był pasterzem. Chociaż kiedyś tak nie uważał. I może właśnie dlatego nie mógł być nim dłużej.

Tak minął rok jego wędrówki. I wkrótce znalazł się na drodze prowadzącej do jego chatki. Już w myślach cieszył się na to, że usiądzie przy drewnianym stole. A przedtem zapali w piecu. I pogłaszcze po głowie wiernego psa. I będzie żył tak jak przedtem chociaż jednocześnie wszystko będzie inaczej.

Jednak kiedy doszedł na miejsce zobaczył, że chatki nie ma. Ani psa i owiec. Tylko puste miejsce, w którym nie urosła trawa. Bo nie mogła kiedy stał tam dom.

Pasterz stał na drodze zamyślony. Nie rozumiał co mogło się stać. Gdzie podziało się jego życie. Nie było go tylko przez rok. Czy tak wiele może się zmienić przez jeden rok życia?
– Z niektórych dróg nie można zawrócić – usłyszał nagle głos za sobą. Na drodze stał starzec i patrzył na niego z lekkim uśmiechem.
– Znasz mnie? – zapytał pasterz zdumiony.
– Widzę cię pierwszy raz – odparł starzec – ale to nie ma przecież znaczenia.
– A co ma znaczenie? – zapytał pasterz, który nie wiedział dokąd powinien się teraz udać.
– Droga ma znaczenie – odpowiedział starzec – i to, co na niej spotkasz.
– Nie chcę być wędrowcem! Chcę być pasterzem!
– Ale rok temu o tym nie wiedziałeś – odpowiedział starzec.
– Teraz wiem na pewno. Czy nadal mogę nim być?
– Możesz być kim zechcesz. Jeśli wiesz, kim chcesz być, to dużo więcej niż ci się wydaje.

I starzec odszedł zostawiając pasterza na środku drogi.

Drogi, która prędzej czy później zaprowadzi go do domu. Do miejsca, w którym będzie żył i pełnił swoją rolę. Najlepiej jak potrafi. I może także do wielu innych miejsc. Bo kiedy ma się przed sobą drogę to tak jakby miało się przed sobą jeszcze wiele innych, różnych możliwości.
Wystarczy tylko ruszyć się z miejsca.

Robaczek

Bajka dla Kasi R. – na Urodziny i w ogóle … 🙂

– Życie jest piękne! – mały Robaczek, nie większy niż główka od szpilki, stał na zielonym liściu i patrzył zadowolony prosto w słońce – jest takie pełne barw i niezwykłych zapachów i dźwięków…
– Znowu zaczynasz? – odezwał się ponury głos – od rana pleciesz bzdury. Spać nie można.
– Za długo śpisz – westchnął mały Robaczek – nie widzisz wschodów słońca.
– A ty widzisz??? – żachnął się ten z ponurym głosem – wszystko zasłaniają drzewa, krzewy no i te domy wokół.
– Widzę, jeśli tylko zechcę – odparł Robaczek – widzę jak słońce podnosi się nad dachami. A jego promienie docierają aż tutaj przez te zielone zarośla.
– Jesteś dziwny – ponury głos nie przestawał narzekać – dopiero co burza zniszczyła ci dom, twój najlepszy przyjaciel wyprowadził się daleko, na łąkę i jeszcze kilka dni temu nie mogłeś znaleźć wolnego liścia, na którym mógłbyś się przespać. A dzisiaj : życie jest piękne…
Mały Robaczek zeskoczył z liścia i stanął na wprost długonogiego, ponurego pająka. Znali się od bardzo dawna. Mogli już się przyzwyczaić, że są zupełnie różni. Ale i tak ciągle toczyli te same dyskusje o życiu.
– Chodź, znajdziemy coś do jedzenia. Zapolujemy razem! – Robaczek szturchnął długonogiego i mrugnął konspiracyjnie.
– Przecież ty nie polujesz! Jesteś roślinożercą!
– Ale ty nie jesteś. Jakie to szczęście, że jeszcze mnie nie pożarłeś!- Robaczek udał przerażenie.
– Nie jadam takich jak ty. Za dużo gadasz. Miałbym niestrawność!
– Chodźmy na polowanie! Proszę! Albo połazić po okolicy! Pogoda taka piękna!
Długonogi ruszył powoli z miejsca. Zgłodniał i też miał ochotę na spacer.

Wędrowali. Ponury długonogi pająk i Robaczek wielkości główki od szpilki, który cieszył się życiem. Pogoda była wspaniała. Słońce grzało ale nie za mocno. Lekki wiatr poruszał liśćmi i kołysał wysokie trawy. Gdzieś w pobliżu brzęczał bąk, który już o świcie zerwał się do pracy.
W powietrzu unosił się zapach kwiatów.
– Życie jest piękne – westchnął Robaczek.
Ponury pająk spojrzał na niego z góry.
– Świat jest pełen złych stworzeń. Zjadamy się nawzajem, niszczymy nasze domy. Czasami bardzo długo szukamy czegoś do jedzenia. Ciągle jesteśmy narażeni na to, że nas rozdepczą, rozjadą. Lub zjedzą więksi i silniejsi od nas.
– I bardziej głodni – zaśmiał się Robaczek.
– Czy możesz być przez chwilę poważny? – zdenerwował się pająk – czy widzisz tylko słońce i kwiaty?!
– I gwiazdy! – krzyknął Robaczek – kiedy w nocy nie śpię kładę się na wznak i patrzę w gwiazdy. Widziałeś ile ich tam jest? Widziałeś jak mocno świecą?
– Uważaj – odburknął pająk – żeby nie pospadały ci na głowę.
Robaczek zaśmiał się i poklepał pająka po jednej z jego długich nóg.
– Lubię twoje poczucie humoru – powiedział.
-To nie poczucie humoru, tylko zdrowy rozsądek – odparł pająk – nie mam poczucia humoru. Nie mam też dzisiaj humoru.
-Nigdy nie masz humoru. A mimo to lubię spędzać z tobą czas. Kto wie, może lubię ten twój zdrowy rozsądek?
– Albo go potrzebujesz, bo tobie go brak – powiedział pająk spokojnym głosem.

Wędrowali dalej aż dotarli do małej knajpki na skraju trawnika. Za barem jak zwykle uwijała się mucha, chociaż ruch był niewielki. Zawsze się tak uwijała, tak już miała. Nawet kiedy w barze nie było nikogo. Energia ją rozpierała.
Zamówili po kufelku nektaru z mlecza i rozsiedli się wygodnie w zielonych hamakach z liści.
– Dobry nektar co? – Robaczek znowu mrugnął do pająka porozumiewawczo.
– Dobry – westchnął pająk.
– I przyjemnie tu, co?
– Przyjemnie…
– Długonogi, a boli cię coś albo martwi?
– W tej chwili nic a co?
– A czujesz to???!
– Co??? – pająk podniósł się na swoim hamaku i rozejrzał nie wiadomo za czym.
– No to! – zaśmiał się Robaczek – że życie jest piękne!!!
Pająk popatrzył na niego. Przy takim zwariowanym Robaczku trudno było nie czuć tego, choćby czasami. I teraz też to czuł. Patrzył na muchę, która krzątała się za barem dbając o wszystkich gości. Patrzył na zadowolonego z siebie kolegę. I czuł, że życie bywa bardzo piękne. Nawet dla takich najmniejszych robaczków na ziemi jak oni. Ale oczywiście w życiu się do tego nie przyzna.

Przytulajna – rozmowa

  • Dzisiaj tatuś przytuli cię przed snem synku.
  • Nie chcę, wolałbym mamo, żebyś ty!
  • Ale ja robię to codziennie. Dlaczego ciągle ja i ja?
  • Bo ty jesteś bardziej … przytulajna!
  • 🙂

Nad Rwącą Rzeką

Pewnego dnia w całym Miasteczku Nad Rwącą Rzeką, zgasły wszystkie światła. Stało się to wieczorem. Gdyby stało się w dzień pewnie mało kto by to zauważył. Ale wieczorem każdy lubi usiąść w fotelu albo przy stole albo nawet położyć się już do łóżka ale trzymając w ręku książkę. I cieszyć się wieczorną ciszą i chłodem. I ciepłym światłem lampy. Dzięki niemu robi się przytulnie i miło, gdziekolwiek się jest.
Tymczasem w miasteczku wszystkie lampy, nawet najmniejsze, w najdalszych zakamarkach, po prostu nagle przestały świecić. Zrobiło się ciemno tak, że prawie nic nie było widać. Zupełnie jakby to był środek nocy. W środku nocy taka ciemność jest zupełnie naturalna. Wtedy się śpi i światło nie jest potrzebne. Chyba, że w łazience. Ale wieczorem taka ciemność jest czymś bardzo nieprzyjemnym.
Na dodatek, tego było już za wiele, zgasły też telewizory i ucichły radia. Zrobiło się więc ciemno i jednocześnie cicho. Ale nie tak zupełnie cicho. Bo z różnych domów i mieszkań słychać było głosy: zaniepokojone, złe, zmartwione, wściekłe… Różne, w zależności od tego kto tam mieszkał. Większość jednak sądziła, że to jakiś wypadek i że następnego wieczoru wszystko wróci do normy. Mimo więc, że wieczór był niespokojny, to jednak spokojniejszy niż kolejne wieczory, które miały nastąpić…

Miasteczko Nad Rwącą Rzeką wcale nad żadną rzeką nie leżało. Ktoś kiedyś wymyślił taką nazwę i teraz już nie wiadomo kto i dlaczego. Każdy  kto słyszał tę nazwę od razu wyobrażał sobie niewielką miejscowość, z takimi niewielkimi, charakterystycznymi dla niewielkich miejscowości domkami i wąskimi uliczkami. A tuż obok szeroką rzekę, która płynie wzburzona krętym korytem. A jej niespokojny szum słychać we wszystkich domach i mieszkaniach w miasteczku.
Tymczasem w okolicy nie było żadnej rzeki. Tylko niezbyt duże ale za to bardzo czyste jezioro. Poza tym pola, łąki i lasy.
Burmistrz Miasteczka Nad Rwącą Rzeką nie był jakimś wybitnym gospodarzem. Właściwie to za bardzo się nie starał. Jego ojciec był wybitnym burmistrzem i przez wiele lat sprawował swój urząd bardzo dobrze. Miasteczko rozkwitło i wypiękniało. Teraz jego praca szła trochę na marne. W ulicach pojawiły się dziury, domy pochyliły się nieco i postarzały a na klombie na ryneczku żaden kwiat nie zakwitł już bardzo dawno.
Burmistrz nie był złym człowiekiem. Po prostu nie radził sobie z tym wszystkim. A może nie kochał tego miasteczka tak bardzo jak jego ojciec?

Mieszkańcy miasteczka widzieli to wszystko ale nie mieli ochoty nic z tym robić. W końcu od tego jest burmistrz i jego urzędnicy, żeby dbali o miasto. Jednak również i oni szarzeli jak Miasteczko Nad Rwącą Rzeką. Chodzili zgarbieni wąskimi uliczkami i ledwo odpowiadali sobie na “dzień dobry”. Wkrótce zresztą zwyczaj mówienia sobie “dzień dobry” całkiem zanikł. I ludzie mijali się na ulicach w ogóle na siebie nie patrząc.

Z dnia na dzień w Miasteczku Nad Rwącą Rzeką było coraz smutniej. Na chodnikach i trawnikach panował nieporządek. Wkrótce też pobliskie jezioro, niezbyt duże ale za to bardzo czyste, przestało być takie czyste.
Burmistrza można przecież w końcu zmienić. Ale to wcale nie takie łatwe. Po pierwsze pewna delikatność i wyrozumiałość nakazują okazać cierpliwość i dać szansę człowiekowi. Po drugie trzeba by zwołać radę i na tej radzie wytknąć burmistrzowi wszystkie jego wady. A to bardzo nieprzyjemne. A po trzecie – czy tylko sam burmistrz powinien dbać o miasteczko? Czy wszyscy urzędnicy ale także i mieszkańcy nie powinni tego robić? No bo przecież to, że ktoś nie sprząta chodników to jedno. Ale kto je zaśmieca? I kto zaśmiecił jezioro?
No właśnie.

W końcu nadszedł ten wieczór, kiedy zgasły wszystkie światła. Tak po prostu. Nagle. Jakby wszystkie żarówki nagle się wyczerpały. I w ten sposób mieszkańcom odebrana została ostatnia rzecz, która dawała im jeszcze powód do radości. Ciepłe światła lamp wieczorem i przytulność – nigdzie nie opiewana a jakże niezbędna do życia.
I w kolejne wieczory nadal lampy pozostawały ciemne, jakby ktoś pozbawił je duszy.

Ciemność i cisza zapadały w miasteczku kiedy tylko słońce zachodziło.

Kiedy coś działa nie tak jak należy, zwykle patrzy się na innych. Na tych, którzy są gdzieś wyżej, bardziej ważni i z większymi wpływami. Wszystko to jest niby przez nich. A skoro oni się nie starają to cała reszta też nie musi. I nie chce. Tak jest najwygodniej.

Kiedy ludziom zabrano to co dotykało ich bezpośrednio – brak światła wieczorami był bardzo uciążliwy – zaczęli się denerwować. Ale te nerwy nie sprzyjały poprawie sytuacji. Zamiast się zebrać i spróbować wspólnie to naprawić, zaczęli wytykać się palcami i oskarżać nawzajem.
Burmistrz Miasteczka Nad Rwącą Rzeką drapał się po głowie siedząc w swoim eleganckim gabinecie. Sprawy całkowicie wymykały mu się z rąk. A w urzędzie szeptano po kątach, że to już jego koniec. Nie było jednak nikogo kto mógłby i chciał go zastąpić. Bo najłatwiej jest przecież narzekać. A trudniej zrobić coś, żeby zmienić sytuację.

W ciemne wieczory w miasteczku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Ktoś lub bardziej Coś chodziło od domu do domu i przystawało pod oknami. Czasami coś stuknęło pod czyimś drzwiami. Czasami coś ginęło i już się nie znajdywało. Mówi się, że w mroku mieszka Zło, które czai się na ludzi. Ale na końcu okazuje się, że to ludzie są tym złem.

Tak czy owak, w Miasteczku Nad Rwącą Rzeką pojawił się niepokój. A potem też strach.
Sprawy przybierały naprawdę zły obrót. Część mieszkańców zaczęła poważnie myśleć o opuszczeniu miasteczka.

Bardzo łatwo jest wszystko zrujnować. Łatwiej niż się wydaje. Zaczyna się niepozornie a potem to już z górki. Od jednej zaniedbanej rzeczy do drugiej. Od zwykłej niechęci do działania aż po dużo innych różnych czynników, które powodują zupełny brak aktywności.
Żeby odbudować to, co się zrujnowało potrzebny jest ktoś, kto ma tyle siły i wiary, że jest w stanie dostrzec w ruinach potencjał. Który ledwo tli się i w każdej chwili może całkiem zniknąć.

Na szczęście znalazł się ktoś taki. Skromny człowieczek jednak z silną osobowością. Siła objawiała się tym, że nigdy się nie poddawał. Żył nad brzegiem jeziora, które kiedyś było bardzo czyste, i łowił w nim ryby. Żył bardzo skromnie i też nie potrzebował wiele od życia. Zawsze mógł złowić sobie rybę i ją zjeść. Jednak nie mógł patrzeć na to jak miasteczko, które niegdyś kwitło i tętniło życiem, teraz pogrąża się w kompletnym chaosie.

Któregoś dnia stanął więc na rynku miasteczka, a żeby na pewno zwrócić na siebie uwagę stał na taborecie, który przyniósł sobie z domu. I głosem donośnym ale spokojnym powiedział :
– Właściwie to nie mieszkam w tym miasteczku. Tylko nad pobliskim jeziorem, które było kiedyś bardzo czyste. Ale dzięki temu mogę trochę jakby z boku patrzeć na to co się tutaj dzieje. I jestem zrozpaczony. Chociaż mogłoby mnie to nie obchodzić…
Tak zaczął ale z początku nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nie przejął się tym ponieważ nie należał do tych, którzy się poddają. Rozejrzał się i mówił dalej :
– Zniszczyliście Miasteczko Nad Rwącą Rzeką!
– To nie my – odpowiedział ktoś – to burmistrz i jego urzędnicy.
– Dlaczego więc do niego nie pójdziecie?
– Nie przyjmie nas! – odkrzyknął jakiś mężczyzna.
– Dlaczego go nie zmienicie? Dlaczego sam nie zostaniesz burmistrzem? – rybak spojrzał na człowieka, który mówił przed chwilą do niego.
– Właśnie – zainteresował się ktoś – dlaczego tego nie zrobić?
-Nikomu się nie chce!
-Nic się już nie da zrobić…
Takie głosy dało się teraz słyszeć na ryneczku. I rybak ucieszył się bardzo, bo jego słowa jednak coś dały. Chociaż na razie bardzo niewiele.

Łowienie ryb daje pewną życiową mądrość. Potrzeba cierpliwości i pewnej dyscypliny, żeby osiągnąć cel. I czasami może się zdarzyć, że pójdzie się spać bez kolacji. Ale nie można się poddawać. Bo bez jedzenia po prostu nie da się przeżyć.

Czy wiecie, że rzeczywistość, która nas otacza jest wytworem naszego postrzegania tej rzeczywistości? I że nasz wpływ na nią jest dużo dużo większy niż sądzimy? A brak działania może nas tylko pogrążyć w ciemności, z której później bardzo trudno znaleźć wyjście. Rybak na pewno o tym wiedział. Łowienie ryb wiele może nauczyć.

Co stało się później ? Czy sytuacja w miasteczku poprawiła się?
Nie znam Miasteczka Nad Rwącą Rzeką. Nie wiem czy takie gdziekolwiek istnieje. Ale mam nadzieję, że ktoś tam poszedł w końcu po rozum do głowy. To przecież nie jest tak bardzo daleko :).

Jeśli mieszkańcom miasteczka zależało na nim, zaczęli pewnie zastanawiać się nad przyczynami jego upadku. Może znaleźli kogoś, kto reprezentował ich w rozmowach z burmistrzem. A może ten ktoś został nowym burmistrzem i dużo lepiej zajmował się miasteczkiem.
A poprzedni burmistrz? Cóż, może wreszcie znalazł w sobie odwagę i energię do zajęcia się tym, co naprawdę kochał. I otworzył małą knajpkę na ryneczku, gdzie serwował wyśmienite danie własnej roboty. Bo zawsze lubił gotować.
I może miasteczko Nad Rwącą Rzeką znowu było ładne i kwitnące. A wieczorami w oknach zapalały się lampy.
Bardzo możliwe. Bo przecież wszystko jest możliwe. I zmiana na lepsze też jest możliwa. Jeśli nie zawsze, to na pewno w większości przypadków na świecie.
Nie wierzycie? Myślicie, że to wszystko bujdy? Jeśli tak to po prostu pojedźcie do Miasteczka Nad Rwącą Rzeką i  przekonajcie się sami.

Wyścigi

Pewnego razu wszystkie autka w małym pokoju pokłóciły się ze sobą. O co się pokłóciły? A o co mogą kłócić się małe autka w małym pokoju? No oczywiście o to, które z nich jest najszybsze i najlepsze!
Małe autka, chociaż były bardzo małe, bardzo przypominały duże auta. Te, które jeżdżą po ulicach. Każde z nich miało swoją markę. A to już na wstępie coś oznaczało. Przynajmniej tak można było założyć. Że jak się jest Mercedesem, to jest się najbardziej pożądanym autem chociaż może nie najszybszym. A jeśli jest się Lamborghini to jest się szybkim sportowym autem.
Ale tak naprawdę to tylko etykietki. Bo przecież jest wiele szybkich aut. I nie każdy lubi mercedesy. Prawda?
– Jestem Renault! – krzyczał mały samochodzik marki renault – potrafię szybko jeździć i jestem wygodnym autem.
– Renault! Ha ha – śmiało się autko ze znaczkiem Hondy – śmieszna nazwa i śmieszne auto.
Inne auta też się śmiały ale potem śmiano się i z nich.
– Cisza! Dosyć tych bredni! – warknęło groźnie czarne BMW. Dotąd nie zabierało głosu. Zawsze czuło się lepsze od innych i rzadko kiedy rozmawiało z innymi autami w pokoju. Inne autka czuły pewien respekt przed czarnym BMW mimo, że też nie było prawdziwym autem ale zabawką. Jednak co marka to marka.
W pokoju zapanowała cisza. Autka już się nie odzywały ale w powietrzu coś wisiało. Atmosfera była ciężka.
– Może zorganizujemy wyścig? – szepnął srebrny Citroën do stojącego obok Corvetty.
– To nic nie da – odpowiedział jego kolega – codziennie się ścigamy. Codziennie wygrywa inny. A czasami po kilka razy ten sam, bo takie jest założenie w zabawie. Problem jest w tym, że niektórzy zawsze będą się czuli lepsi od innych…
Wkrótce nadszedł wieczór a auta nadal nie odzywały się do siebie. Warczały tylko jedne na drugie swoimi małymi silnikami, co oznaczało : Lepiej się nie zbliżaj, nie mam zamiaru rozmawiać z tobą.

Kiedy spędza się ze sobą całe dnie, to takie milczenie jest bardzo nieprzyjemne. Może nawet gorsze od kłótni i przygadywania sobie nawzajem. Od rana autka uczestniczyły w zabawie i ścigały się ze sobą po trasie, która biegła przez melanżową kanapę w dużym pokoju. To była prosta trasa, żadnych zakrętów. Jednak niebezpieczna bo można było łatwo spaść na podłogę. Wystarczyła chwila nieuwagi. Ponieważ auta postanowiły nie przyjaźnić się ze sobą, podczas jazdy popychały się i spychały z trasy. Wszystkim wydawało się to zabawne jednak nie chodziło o wspólną fajną zabawę. Tylko o złośliwość i zawiść, które potrafią przesłonić oczy i skutecznie zaprzeczają prawdziwemu poczuciu humoru.
Czarne BMW nie brało udziału w wyścigu. To była zabawa dla mięczaków. Niech się popychają, są jak dzieci!
Ale myślę, że tak naprawdę BMW obawiało się, że samo zostanie strącone i spadnie z kanapy. Może i marka coś oznaczała, ale BMW nie było już pierwszej nowości i nie trzymało się drogi tak dobrze jak kiedy przyniesiono je ze sklepu. Dlatego teraz schowało się głęboko do pudełka z zabawkami i zostało w nim, niezauważone.

Kolejny wyścig odbył się bez większych zakłóceń ale podczas jazdy w autach wzbierała coraz większa złość i zawiść. Nie każdy może być pierwszy na mecie. Kolejne przegrane wyścigi rodziły frustrację. Zupełnie niepotrzebnie. Przecież to była zabawa małego chłopca. I to on decydował kto wygra kolejny wyścig. A torem była kanapa, która z perspektywy małego autka wyglądała jak szeroka szosa wokół której była niebezpieczna przepaść. Ale to tylko kwestia perspektywy.

Nagle w małego Hyundaia jakby diabeł wstąpił. Dzisiaj podczas wyścigów nie udało mu się wygrać ani razu. Chociaż tak się starał. Był dobrym japońskim autem a wiadomo, że japońskie auta są najlepsze na świecie! Dlaczego więc pierwszy na mecie jest Porsche? Albo Lamborghini! Przecież to Włoch! Włoski to może być makaron! Ale auto???
Kiedy w jakimś środowisku brakuje życzliwości najczęściej zastępuje ją wzajemna niechęć. Rzadziej obojętność bo emocje rządzą. I dlatego tak bardzo trzeba pilnować, żeby były na wodzy.
Hyundaiem rządziły teraz emocje. Niedobre emocje. Wrogość, niechęć i pragnienie odwetu. Za chwilę miał rozpocząć się kolejny wyścig. Hyundai miał gotowy plan. Przepchnął się na sam początek linii aut, ustawionych do wyścigu. Stanął tuż za małym białym Porsche. I kiedy tylko auta ruszyły dogonił Porsche i z całej siły uderzył w bok. Porsche zakręciło się w miejscu i wydawało się, że na tym się skończy. Jednak właśnie w tym miejscu był lekki spadek i nagle auto zaczęło ześlizgiwać się z kanapy. Inne auta zauważyły to i z trwogą patrzyły jak Porsche spada w przepaść. Przez to powpadały na siebie i nagle zrobił się ogromny karambol. Część aut wydostała się jakoś z kolizji i kilka z nich odważyło się ostrożnie podjechać na sam brzeg kanapy. W dole, na podłodze, leżało białe Porsche. Obok kręciło się na dywanie jedno z jego przednich kół. Klapa silnika odłamała się a jedno ze świateł odpadło.
Okropny to był widok. Autka czuły ciarki na plecach. Przecież to mogło być równie dobrze jedno z nich. Hyundai stał nieco z boku i czuł się okropnie.
Mały chłopiec podniósł małe Porsche i części, które odpadły. A potem oddalił się od kanapy.
– Zaniósł go do śmietnika – rozległy się szepty – na pewno go wyrzuci. Już po nim…

Wieczorem w małym pokoju panowała kompletna cisza. Czarne BMW wysunęło się z pudełka i zamyślone patrzyło na tory kolejowe, na których stał pociąg Lego.
– I coście narobili? – zapytał surowo pociąg – kto będzie następny? Będziecie nadal ze sobą walczyć? Nie wystarczą wam wyścigi?
– Nie rozumiesz – burknęło BMW – auta lubią rywalizację. Nic o tym nie wiesz.
– Cóż, podróżuję trochę i przyglądam się światu. Podróże są bardzo kształcące, wiesz? Każdy z Was ma jakieś atuty. I każdy może być pierwszy na mecie któregoś dnia. Rywalizujcie ze sobą, jeśli musicie. Ale starajcie się być dobrzy w tym co robicie nie oglądając się na innych. A słabszych wspierajcie a nie wyśmiewajcie. Dobrze można bawić się tylko razem. Osobno jest do bani.
Cóż, pociąg Lego wiedział co mówi. 80 letnie doświadczenie jego rodziny i nazwa rodu pochodząca od duńskiego “Leg godt” – czyli “baw się dobrze” – sprawiały, że naprawdę dobrze czuł na czym polega życie zabawek i mogły czynić go mentorem w dziecięcym pokoju.

Rano auta obudziły się w kiepskich nastrojach. Wszystkie jeszcze ciągle czuły w kołach grozę wczorajszego zajścia. I wszystkie myślami były przy białym Porsche, które leży pewnie na dnie śmietnika przysypane resztkami z kolacji. Straszny koniec!
Wiedziały, że dzisiaj też odbędą się wyścigi ale wcale nie miały na nie ochoty.
Wkrótce stały ze smutnymi minami w równej linii na szerokim tapczanie a przed nimi była tylko droga.
Jednak wyścig się nie zaczynał a mały chłopiec kręcił się jeszcze przy małym stoliku. Nagle w głębi tapczanu, odpowiednio daleko od brzegu, postawił małego białego Porsche. Klapa od silnika i światło były na swoim miejscu i tylko z bliska widać było ślad po kleju. Kółko przymocowano i odpowiednio zabezpieczono, żeby nie spadło.
– Na razie zostań na widowni – powiedział mały chłopiec – ale już niedługo, kiedy  wyschnie klej, znowu będziesz mógł się ścigać. Musisz tylko dojść do siebie.
Wszystkie auta, bez wyjątku, poczuły jakby ktoś dał im drugą szansę. Czarne BMW, któremu dzisiaj nie udało się zostać w pudełku i stało razem z innymi przed linią startu, spojrzało na pociąg Lego, który stał na swoich torach i czekał na sygnał do odjazdu. A białe Porsche patrzyło na swoich kolegów bez wyrzutów. Bo przecież w tej całej sytuacji każdy z nich trochę zawinił.

Odtąd w małym pokoju nie było już kłótni. Auta wspierały się nawzajem i wspólnie ćwiczyły przed wyścigami. Lepsze z nich dawały rady słabszym. A słabsze stawały się coraz lepsze. Wyścigi na melanżowej kanapie odbywały się często. A o tym kto wygra decydował mały chłopiec, który bardzo lubił bawić się autami. Nikt więc nie mógł przewidzieć kto będzie pierwszy na mecie i jednocześnie każdy mógł doczekać dnia, kiedy to będzie właśnie on. A pociąg Lego podróżował po pokoju i nigdzie się nie śpieszył. Wiedział, że najważniejsze to dobrze się bawić. A najlepiej jest bawić się razem, bo osobno jest do bani. I za tym faktem stała nie tylko 80 letnia tradycja jego rodziny. Ale też odwieczna prawda o życiu.

W chatce Zająca

Deszcz pada, srebrne kropelki,
Błyszczące kryształki
Na liściach i kwiatach

Wszystko jest mokre,
Spod szarej zasłony
W ogóle nie widać świata

Kot ledwo głowę z domu wystawia
Kropla mu spadła na nos

W gałęziach drzewa
Mokrych od deszczu
Kuli skrzydełka kos

Mysz polna biegnie
Wokół kałuże
Dzieci w domu zostały

Pod dużym liściem
Mokrym od deszczu
Przykucnął sobie Skrzat mały

Miał być o czwartej
Na proszonym obiedzie
Ale zapomniał kaloszy

Może deszcz minie
Przestanie padać
Wiatr ciemne chmury rozproszy

A jeśli nie
to pójdzie w deszczu
Prosto do chatki Zająca

Zając już czeka
Z ciepłym obiadem
Z herbatą gorącą

Będzie też Borsuk
I mała Sroczka
Ich też zaprosił Zając

A po obiedzie
Zagrają w karty
Pośmieją się, pogadają

Zając opowie
stare dowcipy
Sroczka je lubi

A Borsuk znowu
Podczas kanasty
Zupełnie się pogubi

I choć deszcz pada
To będzie tak trochę
Jakby świeciło słońce

Więc niech nawet leje,
Skoro już, zaraz,
Spotkają się w chatce Zająca