“Czarny źrebak” – rozmowa

(w  trakcie oglądania filmu dla młodzieży “Czarny źrebak”)

  • – I co mamo – ta dziewczynka nie znalazła swojego taty? Już w ogóle?
  • – No nie. Ale znalazła konia, który wygrywa w wyścigach.
  • – To smutny film mamo …
  • – Eee tam, Nie bądź smutny. Po co komu tata jak ma takiego konia! I na wyścigach daje czadu!
  • – No ale koń ci nie zrobi obiadu!
  • 🙂

Kotek maszynista

Pewnego razu był sobie mały kotek. Był cały szary i mieszkał pod schodami starego domu. Mieszkał pod schodami domu, który stał tuż przy torach kolejowych. I chociaż te tory również były już całkiem stare to wciąż jeździło po nich mnóstwo pociągów. W jedną i drugą stronę.
Mieszkańcy domu przez lata przyzwyczaili się do hałasu jaki towarzyszył im na co dzień. Za to mały kotek nadstawiał małe uszka kiedy tylko słyszał znajomy stukot kół. Bo bardzo lubił ten dźwięk. A odkąd któregoś dnia odważył się wyjść spod schodów i podejść pod same tory, teraz już zawsze chodził przywitać każdy z przejeżdżających składów.

Świat małego kotka kręcił się wokół przejeżdżających pociągów. Wiedział dokładnie o jakiej porze jaki pociąg będzie przejeżdżał obok starego domu. Czy to będzie pociąg osobowy czy towarowy. Jak będą wyglądały wagony i lokomotywa. Wszystko to fascynowało go bardziej niż cokolwiek na świecie.
Zastanawiał się co wprawia te wielkie pojazdy w ruch. Jaka siła sprawia, że pędzą. I kto za tym stoi…
Pewnego razu starszy kot, który mieszkał w pobliżu podszedł do niego.
– Lubisz pociągi mały? Ciągle się na nie gapisz – odezwał się kot.
– Co sprawia, że tak pędzą? Że jadą w jedną i drugą stronę? – zapytał mały kotek.
– Tak zostały wymyślone, napędza je energia i gnają – odpowiedział kot.
– Ale czy coś lub ktoś panuje nam tym? – dopytywał kotek.
– Nie martw się, ktoś czuwa nad rozkładem jazdy – zaśmiał się kot – no i w środku jest maszynista. On prowadzi pociąg.
Mały kotek aż zmrużył oczy z wrażenia. Cóż to za czarodziej ten maszynista??? Jak wygląda? Jaką musi mieć moc?
Mały kotek wypatrywał pociągów każdego dnia. I odtąd miał już tylko jedno marzenie – być maszynistą w pociągu. Marzenie nie do spełnienia dla małego kotka. Ale nikt nikomu nie może zabronić mieć marzenia. Nawet takie, które nigdy się nie spełnią. Bo właściwie… kto wie co się może zdarzyć.

Pewnego dnia kiedy kotek spacerował po okolicy, starsze koty zaczepiły go:
– Dlaczego nie bawisz się z nami?
– Co tam knujesz pod tymi schodami?
– Dlaczego wciąż kręcisz się przy torach?
Kotek nie miał ochoty rozmawiać z nimi.
– On woli pociągi niż inne koty – prychnął w końcu jeden z kotów – chodźmy stąd lepiej.
I koty poszły sobie. Został tylko jeden. Właściwie była to kotka.
– Naprawdę tak bardzo lubisz pociągi? – zapytała. Mały kotek przytaknął przyglądając się jej nieufnie.
– To nietypowe zainteresowanie dla kota – kotka z zainteresowaniem  przypatrywała się małemu kotkowi.
– Chciałbym… – zaczął kotek niepewnie – chciałbym być maszynistą.
Kotka zaczęła się śmiać. Ale szybko przestała. Kotek mówił zdaje się całkiem poważnie.
To była dobra kotka.
Popatrzyła na niego uważnie i w końcu powiedziała:
– Chodź ze mną, coś ci pokażę. No, nie bój się. Nie pożałujesz.

Wędrowali wąską uliczką, a potem jeszcze jedną. W końcu doszli na miejsce. Mały kotek stanął i patrzył oczarowany. Byli na stacji kolejowej. Niezbyt dużej ale na torach stały aktualnie trzy pociągi. Na peronie stał pan w eleganckim ciemnym ubraniu i wszystkim dyrygował.
– To zawiadowca stacji – szepnęła kotka – a tam, widzisz tego pana który wygląda przez okno lokomotywy? To maszynista.
Kotek stał i patrzył i czuł się jak we śnie.

Odtąd codziennie przybiegał na stację. Stawał w cieniu budynku stacji i obserwował. Obserwował pociągi, obserwował zawiadowcę stacji i przede wszystkim – maszynistów. Którzy machając wesoło do zawiadowcy wprawiali w ruch koło za kołem aż pociąg z ciężkim sapnięciem ruszał przed siebie a potem już lekko toczył się po torach, hen daleko…

Marzenia są wspaniałe. Potrafią przenieść nas w zupełnie inny wymiar. Dodają skrzydeł i ubarwiają rzeczywistość. I wcale nie muszą się spełniać. Wystarczy, że są. Piękne marzenia to taki masaż dla duszy.
A jeśli się spełnią… to kolejny dowód na to, że życie potrafi być naprawdę piękne.

Pewnego dnia kiedy kotek jak zwykle obserwował co dzieje się na torach i na stacji, nagle usłyszał tuż nad sobą czyjś głos :
– Cześć mały. Znowu tu jesteś. Musisz bardzo lubić pociągi.
Kotek zaskoczony podniósł głowę do góry. Zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz zawiadowcy stacji.
– Chyba zasłużyłeś na jakiś prezent.
I zawiadowca podniósł delikatnie małego kotka. I poniósł go prosto do pociągu, który właśnie szykował się do odjazdu z pierwszego peronu. Minął ostatni wagon, przedostatni i wszystkie inne aż dotarli do lokomotywy. Tam zawiadowca podniósł kotka do góry tak, że znalazł się na wysokości okna, z którego wychyliła się głowa maszynisty.
– Masz dzisiaj pomocnika – powiedział ze śmiechem zawiadowca i podał małego kotka maszyniście.
– Znam go dobrze – uśmiechnął się maszynista – wszyscy go tu znamy. A pomoc przyda się oczywiście.
I tak mały kotek wylądował w lokomotywie pociągu. Maszynista posadził go z przodu, przy samej szybie. Pociąg zagwizdał głośno i powoli ruszył po torach. A potem, stukając kołami, gnał coraz szybciej i szybciej przed siebie. Kotek zobaczył jak mijają stary dom, pod schodami którego mieszkał. Widział też inne pociągi, które mijały ich z głośnym gwizdem.
– Teraz jesteś maszynistą – uśmiechnął się do niego maszynista – i chyba pasuje ci ta rola.
Kotek miauknął tylko bo cóż miał powiedzieć. Był szczęśliwy i dumny jak chyba nikt na świecie. Bo właśnie spełniło się jego marzenie. Marzenie, które wydawało się nie do spełnienia dla małego kotka.
No i powiedzcie sami – czy nie warto jest marzyć?

 

Mały Skrzat

Mały Skrzat zakasał rękawy
Popatrzył surowo za okno
Dosyć już tej zabawy!
Dlaczego drzewa wciąż mokną?

Dlaczego deszcz ciągle pada?
A wiatr trąca liście zielone?
Dlaczego słońce swej twarzy
Znów nie odwróci w tę stronę?

Trzeba by wiatr przegonić
Wyciągnąć go z tych gałęzi
Niech sobie po polu chodzi

Trzeba by liście osuszyć
Zgarnąć drobne kropelki
I srebrny naszyjnik z nich zrobić

Wiem! – Skrzat podskoczył
– trzeba nałapać deszczu
W dzbanek biały w serduszka

Przynieść ten deszcz do domu
I dobrej zaparzyć kawy
Gdzieś jest jeszcze kawy puszka

Kawa pachnie już w domu
Skrzat usiadł w fotelu wygodnie
Za oknem kap kap

Popija łyczek po łyczku
Od deszczu mokre ma spodnie
Za oknem kap kap

Deszcz leje się strumieniami
Krople zmoczyły szyby
Wiem! – Skrzat dłonie zaciera – jutro pójdę na grzyby!

Wiatr ucichł i zasnął w gałęziach
W strugach deszczu tonie świat

Kap kap kap…

W dużym miękkim fotelu
W ciepłym objęciu lampy
drzemie smacznie Mały Skrzat…

Szarość – rozmowa

(W trakcie oglądania czarno-białego i wspaniałego filmu pt. “Podróż za jeden uśmiech”)

  • Tato, nie chcę oglądać tego filmu. Nie lubię takich “szarych” filmów …
  • A wiesz, jak ja byłem mały to lubiłem ten film. Kiedyś tak było naprawdę i auta takie były … Ten film jest dosyć stary.
  • I wtedy było tak szaro???!
  • 😉

Czarodziej

Pewnego razu był sobie Czarodziej. Taki Czarodziej, który potrafił wszystko wyczarować! Wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Albo przynajmniej… prawie wszystko.
Każdy o czymś marzy. I o różnych rzeczach. Zwyczajnych, codziennych ale i niezwykłych i zupełnie zwariowanych.
Ktoś chciałby mieć prosty nos – bo urodził się z nieco zakrzywionym. I chociaż tego za bardzo nie widać, to jemu przeszkadza to najbardziej na świecie. Ktoś inny chciałby zobaczyć ogród Keukenhof i to jest bardzo zrozumiałe marzenie. Bo to jest podobno niezwykłe miejsce. A dla wielu odwiedzanie niezwykłych odległych miejsc jest bez czarów nieosiągalne. A jeszcze ktoś może zapragnąć polecieć na Księżyc. I to już jest marzenie z serii tych zwariowanych. Tak jak chęć pogadania z prawdziwym smokiem lub zamienienia się na jeden dzień w ptaka.

Czarodziej wyczarowywał marzenia bo nie widział powodu, dla którego nie miałby tego robić. Ale nie robił innej rzeczy. Mianowicie nie przestrzegał przed konsekwencjami. Nie uważał, że jest to w jego gestii. Każdy sam powinien zmierzyć się ze swoimi marzeniami.
A z marzeniami wcale nie jest tak łatwo. Bo czy wszystkie nasze marzenia są tym czego naprawdę chcemy? Skąd możemy to wiedzieć. Wiele z nich nigdy się nie spełni. A jeśli nawet, to dopiero wtedy możemy się przekonać. I może się okazać, że to wcale nie o tym marzyliśmy. Tylko o czymś zupełnie innym. Tylko nie potrafiliśmy tego nazwać. Albo w ogóle… nie tędy droga.
Zazwyczaj też myślimy, że spełnienie marzeń da nam szczęście. Ale ze szczęściem to nie jest taka prosta sprawa. Każdy Czarodziej dobrze o tym wie.

Pewnego razu pewna dziewczyna zapragnęła spełnić swoje marzenia. Miała ich kilka i niektóre nieco zwariowane. Dowiedziała się o Czarodzieju i postanowiła wybrać się do niego.
Czarodziej mieszkał w pięknym pałacu. Pałac był bajecznie kolorowy i miał bardzo dużo małych wieżyczek. Przez okna tych wieżyczek czasami małe elfy mieszkające z Czarodziejem spoglądały w niebo. I wróżyły z kształtów chmur. Wróżenie z kształtu chmur to była usługa, którą Czarodziej oferował w pakiecie. Ale niewielu chciało skorzystać. Lepsze jest spełnianie marzeń niż poznawanie przyszłości albo prawdy o sobie lub innych.

Dziewczyna, która zapragnęła spełnić swoje marzenia stanęła na progu pięknego pałacu. W gabinecie Czarodzieja było mnóstwo zupełnie niezwykłych przedmiotów. Błyszczące modele układu słonecznego, różnej wielkości i kształtu pozytywki, grube książki oprawione w skórę, w której wytłoczono złotem grube litery. Kolorowe globusy mniejsze i większe, niektóre podświetlane od środka. Figurki zwierząt wykonane z kości i barwione. Lampy i lampki z kloszami ze szkła lub wzorzystych tkanin. I jeszcze dużo innych, które trudno było objąć wzrokiem i spamiętać.
Dziewczyna stała oszołomiona i przez chwilę zapomniała po co właściwie tu przybyła. W jej mniemaniu to wszystko świadczyło o kompetencjach Czarodzieja i kazało jej zaufać mu bezgranicznie.
W końcu Czarodziej klasnął w dłonie i spojrzał na nią wyczekująco.
– Mam marzenie… – zaczęła dziewczyna – właściwie kilka.
– Mogę je spełnić – uśmiechnął się Czarodziej.
– Jeszcze nie powiedziałam jakie – zdziwiła się dziewczyna.
– Mogę spełnić każde – odparł Czarodziej.
Dziewczyna zamyśliła się na krótko. Ale zaraz potem wyrecytowała jednym tchem:
– Chciałabym być najpiękniejsza na świecie!  Chciałabym umieć latać. I chciałabym żyć wiecznie.
– Taaak… – Czarodziej patrzył na nią a właściwie bardziej jakby na coś za nią. To znaczy poczuła się tak, jakby była przeźroczysta a za jej plecami było coś wartego obejrzenia.
– Czy w takiej właśnie kolejności? – zapytał w końcu.
– Tak – odpowiedziała dziewczyna – a zresztą jakie to ma znaczenie?

– Może nie ma znaczenia – westchnął Czarodziej. Podniósł do góry obie ręce i przymknął oczy. Jednocześnie szepcząc coś pod nosem.
Nagle w gabinecie zrobiło się bardzo jasno i wszystko zawirowało. A po chwili dziewczyna nie była już tą, która tu przyszła. Stała się tak piękna, że każdy kto na nią spojrzał nie mógł oderwać wzroku. Włosy miała jak jedwab, długie i mocne. Cerę jasną i gładką. A w jej oczach był blask.
Czarodziej nie zapomniał o pozostałych dwóch marzeniach. Dziewczyna nie dość, że była piękna, to jeszcze potrafiła latać, jak motyl. A do tego miała żyć wiecznie.
Dziewczynie ze szczęścia łzy popłynęły po policzku. Uściskała Czarodzieja i poszła sobie. To znaczy – przeszła parę kroków i nagle przypomniała sobie, że umie latać. Wtedy uniosła ramiona i poleciała!

Czarodziej stał przez chwilę w oknie swojego niezwykłego gabinetu. Patrzył na swoje dzieło zachwycony. Dziewczyna naprawdę była piękna. Trudno było oderwać od niej oczy. O mały włos nie zakochałby się w niej. Ale przecież zdawał sobie sprawę, że to tylko czary. Zbyt wiele wyczarował już marzeń, żeby mieć jakiekolwiek złudzenia…

Świat kręcił się dalej i Czarodziej nadal czynił swoje. Zapomniał o dziewczynie, która była piękna i latała jak motyl.
Miał tyle innych spraw na głowie. Ktoś ciągle prosił go o czary a on czarował. Chociaż coraz częściej dziwił się tym prośbom. Marzenia ludzi dotyczyły głównie rzeczy materialnych. A przecież materia to tylko jedna ze sfer życia. Dużo więcej miejsca w życiu zajmuje sfera ducha. Rzadko tylko ktoś chciał znaleźć się w jakimś dalekim niezwykłym miejscu lub polecieć kolorowym balonem wysoko do chmur. Albo stać się lepszym lub mądrzejszym. Zresztą kto wie czy moce Czarodzieja były wystarczające na takie czary.
Ale o ducha nikt nie chciał zadbać. Jedynie elfy, które z nim mieszkały dbały o to, by ich dusze miały powód do radości. I prosiły Czarodzieja o piękne kwiaty w ogrodzie i kolorowe sny.

Pewnego razu ktoś zapukał do drzwi pałacu bardzo późnym wieczorem. Czarodziej chciał uniknąć spotkania z intruzem ale kiedy elfy próbowały odprawić go z kwitkiem, ten ktoś bardzo stanowczo domagał się spotkania z Czarodziejem. W końcu trzeba było ustąpić.
Kto mógł domagać się spotkania z Czarodziejem o tak późnej porze? Godziny urzędowania Czarodzieja są znane wszystkim w okolicy! O tej porze Czarodziej wypoczywa.
W drzwiach gabinetu stanęła piękna dziewczyna. Była piękna choć wyglądała na zmęczoną. Czarodziej z początku w ogóle jej nie rozpoznał. Aż w końcu przypomniało mu się!
– Co tutaj robisz o tej porze? – zapytał niezbyt miło – czyż nie spełniłem już twoich życzeń?
– Spełniłeś – westchnęła dziewczyna i opadła na fotel – ale chcę żebyś mnie… odczarował.
– Nigdy nikogo nie odczarowywałem – zdziwił się Czarodziej – mogę najwyżej spełnić twoje kolejne życzenia. A dlaczego chcesz być odczarowana? Czyż nie jesteś najpiękniejsza na świecie, nie potrafisz latać i twoje życie nie będzie wieczne??
– Zgadza się – odpowiedziała dziewczyna – ale myślałam, że to wszystko pomoże mi być szczęśliwą.
Czarodziej przyjrzał się jej uważnie. Rzeczywiście nie wyglądała na szczęśliwą. Raczej na zmęczoną i zrezygnowaną.
– Myślałaś, że uroda, skrzydła i życie wieczne dadzą ci szczęście? – zapytał Czarodziej ziewając ukradkiem. Był trochę zmęczony i chętnie położyłby się już spać. Rozterki tej dziewczyny nie zajmowały go za bardzo. Dawno już doszedł do wniosku, że marzenia ludzi są dziwaczne i w ogóle ich nie rozumiał. A jeśli ktoś oczekiwał, że od spełnienia dziwacznych marzeń zależy poczucie szczęścia, to chyba po prostu nie wiedział zbyt wiele o świecie.

– Myślałam, że dzięki urodzie znajdę miłość. I że miłość da mi szczęście. I że będzie wspaniale żyć wiecznie będąc szczęśliwą… Ale uroda nie wystarczy. A miłość nie zawsze oznacza szczęście.
– A po co były ci skrzydła? – zdziwił się czarodziej.
– Chyba każdy chciałby móc latać… – dziewczyna zamyśliła się.
Czarodziej nie był co do tego przekonany. Chyba zupełnie nie rozumiał ludzi.
– Dlaczego po prostu nie poprosiłaś o szczęście? – mruknął kpiąco Czarodziej  zwiewając już bardzo szeroko. Dobrze widział, że szczęścia nie da się wyczarować. Nie potrafi tego nawet najpotężniejszy Czarodziej na całym świecie.
Na drugi dzień Czarodziej sprawił, że dziewczyna znowu była zwyczajną dziewczyną. Nie miała już skrzydeł i nie czekało ją życie wieczne na ziemi. Jej wdzięczność była jeszcze większa niż poprzednim razem. Ale czy teraz uda jej się znaleźć to czego szuka? I czy w ogóle wie czego szuka? Kto to wie…
Czarodziej zupełnie się tym nie interesował. Każdy powinien sam mierzyć się ze swoimi marzeniami. A co do szczęścia… to dopiero trudna sprawa. Nawet dla takiego Czarodzieja.

Elfy patrzyły na chmury przez małe okienka wieżyczek, które zdobiły kolorowy pałac Czarodzieja. Wróżyły z nich przyszłość i teraźniejszość chociaż nikogo to nie interesowało. Chociaż były drobnej budowy i wyglądem przypominały dzieci, były mądrymi elfami i wiele wiedziały, bo żyły już bardzo długo na tym świecie.  Widziały bardzo wiele osób przybywających do Czarodzieja po spełnienie marzeń. I wiedziały, że przyszłość i teraźniejszość niewiele różnią się od przeszłości, jeśli ktoś liczy na to, że machnięcie  czarodziejskiej różdżki rozwiąże wszystkie jego problemy i da mu szczęście.

 

Tyci tyci kotek

Pewnego razu był sobie tyci tyci kotek. Był taki malutki, że nie można go było dostrzec gołym okiem. Mimo to był jak inne kotki na świecie – mięciutki i milutki. Miał oczywiście tyci tyci pazurki ale rzadko ich używał.
Tyci tyci kotek jadł bardzo niewiele i bardzo niewiele potrzebował od życia. Mógł zasnąć w najmniejszym kąciku a takich malutkich kącików jest pełno wszędzie. Mógł wędrować długo, biegać i skakać i nikomu nie wadził. Ale też nikt nie przeszkadzał jemu. Nie musiał się nawet obawiać, że ktoś go zdepcze. Był tak tyci jak ziarenko piasku, którego nie da się rozdeptać. Najwyżej wejdzie gdzieś w szczelinę w bucie.
Tyci tyci kotek żył jeszcze niezbyt długo na świecie i nie do końca jeszcze potrafił ocenić walory bycia tycim tycim kotkiem. Zauważył już jednak jedną poważną wadę. Nigdzie jak dotąd nie spotkał drugiego takiego tyci tyci kotka. Czuł się więc nieco osamotniony. Nie bardzo w ogóle widział towarzystwo dla siebie. A raczej – nikt jak dotąd nie dostrzegł tyci tyci kotka. Jakiekolwiek kontakty z kim lub czymkolwiek nie mogły więc wchodzić w grę.

Kimkolwiek i czymkolwiek się nie jest, samotność nigdy nie jest miła. I chociaż tyci tyci kotek miał co jeść i gdzie spać, to przecież nie wszystko, prawda???
Tyci tyci kotek czasami miauczał jak to jest w kocim zwyczaju. Nikt jednak nie mógł usłyszeć jego miauczenia. Ponieważ było ono – odpowiednio do postury tyci tyci kotka – bardzo ciche.

Jak myślicie co dzieje się z kimś lub czymś co jest niedostrzegane i nie słyszane przez nikogo? No oczywiście! Ten ktoś lub coś robi się jeszcze bardziej tyci i istnieje zagrożenie, że niedługo zniknie całkiem.
Tyci tyci kotek nie wiedział o tym ale coś jakby przeczuwał. Z jednej więc strony cieszył się swoim życiem i tym, że było jednak trochę wyjątkowe. Ale też czasami przez sen miauczał żałośnie, jakby smutek wypełniał całą jego drobną tyciowatość.

Czasami też świat wydawał się tyci tyci kotkowi ogromny i bardzo odległy. Bo niby był jego częścią ale kiedy jest się takim tycim i właściwie niewidzialnym to tak, jakby w ogóle się nie było. A już na pewno nie mogło się mieć żadnego wpływu na funkcjonowanie świata lub jego części.
Tak wyglądało życie tyci tyci kotka.

To, że w życiu zdarzają się niespodzianki wie każdy. I że czasami są bardzo miłe, też.
I że los potrafi się odmienić to też się zdarza.
Pewnego razu tyci tyci kotek bawił się jak zwykle na zielonym trawniku. Trawa była wysoka ale jeszcze nie tak wysoka, żeby tyci tyci kotek mógł się w niej zgubić. Podskakiwał więc radośnie, biegał i przewracał się jak na zielonym miękkim dywanie.
Nie dość, że był tycim tycim kotkiem to był też jeszcze bardzo małym kotkiem. A małe kotki są jak małe dzieci. Można je szybko rozweselić dobrą zabawą.
Nagle zupełnie niespodziewanie tyci tyci kotek usłyszał nad swoim tycim tycim uszkiem : kici kici koteczku ….
Zdziwił się bardzo i nastawił uszu. Dookoła nie było żadnego innego kota. Czyżby ktoś wołał właśnie jego?
W drugim końcu trawnika przycupnął mały chłopiec. Dużo większy od tyci tyci kotka – wielkości normalnej dla dziecka w jego wieku.
– Kici kici – powtórzył chłopiec i wyciągnął dłoń w kierunku tyci tyci kotka – witaj tyci tyci kotku.
Tyci tyci kotek był zdziwiony, zaciekawiony i w głębi serca poczuł radość – czy aby nie przedwcześnie? Czy ten chłopiec widzi go i chce się z nim pobawić???
Chłopiec powoli podszedł bliżej do tyci tyci kotka i pogłaskał go po tycim tycim łebku. Teraz już nie było wątpliwości. Chłopiec widział go dobrze mimo, że kotek był taki tyci. Widocznie to musiał być wyjątkowy chłopiec.

Odtąd tyci tyci kotek i chłopiec nie rozstawali się ani na moment. Jak to możliwe? A tak-kiedy ma się tyci tyci kotka można go schować w kieszeni i zabrać ze sobą wszędzie. A nawet grać w piłkę mając go w kieszeni. A w domu chłopiec urządził tyci tyci kotkowi wygodne spanie w małym pudełeczku po zapałkach. Wypełnił je mięciutką tkaniną, w której tyci tyci kotek spał jak tyci tyci król. Na śniadanie tyci tyci kotek dostawał przesmaczne kąski a potem przez cały dzień był ze swoim przyjacielem, małym chłopcem.
I tak to tyci tyci kotek stał się dla kogoś widzialny i nie był już skazany na całkowite zniknięcie. Nigdy już nie czuł się samotny. I nawet tak jakby zaczął mieć wpływ na funkcjonowanie malutkiego kawałka świata. Tego, który należał do małego chłopca. Ale i chłopiec nigdy już nie był sam. Bo tak to już jest, że na prawdziwej przyjaźni zawsze korzystają obie strony.

A Wy? Widzieliście kiedyś takiego tyci tyci kotka? Albo inne tyci tyci stworzonko? A próbowaliście zobaczyć? Jeśli bardzo mocno i dokładnie się rozejrzycie dostrzeżecie ich całe mnóstwo wokół. Spróbujcie dać szansę chociaż jednemu z nich i zauważcie je. Żeby chociaż przez chwilę poczuło się ważną częścią świata, na którym żyje. I nie zniknęło z niego, nigdy nie dostrzeżone i nie usłyszane przez nikogo.

Pociąg z klocków

Pewnego razu był sobie pociąg. Nie taki zwyczajny. Tylko cały zbudowany z klocków. I podobno są to najlepsze i najfajniejsze klocki na świecie. Można się nimi bawić przez wiele lat. Dlatego pociąg był bardzo pewny siebie. I w ogóle nie martwił się tym, że na przykład mógłby się rozsypać na kawałki.
Codziennie jeździł po torach, które zakręcały co jakiś czas w jedną lub drugą stronę. Miały też rozjazdy i zwrotnice, zupełnie jak prawdziwe tory.
Pociągiem podróżowali maleńcy, niewidzialni pasażerowie i niewidzialni konduktorzy. Tylko maszynista był “prawdziwy”. To znaczy – również cały z klocków.

Pociąg nie przejmował się tym, że nie jest prawdziwym pociągiem bo w swoich snach nim był. Szybkim i eleganckim intercity lub jeszcze szybszym i nowoczesnym pendolino.
Kiedy nadchodził kolejny dzień pociąg z klocków pędził po torach jak szalony i czuł się tak, jakby spełniał marzenia ze swoich snów.

Wagony kołysały się, niewidzialni pasażerowie kiwali głowami i wołali niewidzialnego konduktora:
-Ten pociąg jedzie za szybko – skarżyli się – proszę coś z tym zrobić.
– Proszę państwa – odpowiadał konduktor – to pociąg z najlepszych klocków na świecie. Nic nam nie będzie. To pewne.
– Przecież klocki mogą się rozsypać. I nie będzie już pociągu, tylko góra klocków, do niczego nie podobna – odezwał się cieniutkim głosem chłopiec, który siedział w kąciku przedziału.
Niewidzialni pasażerowie popatrzyli ze zgrozą.
– Ależ chłopcze! – zaśmiał się  konduktor – przecież to nie byle jakie klocki. I nie byle jaki pociąg.
I wyszedł śmiejąc się bardzo głośno.

Cóż, może konduktor miał rację? Może nie warto było się martwić? Jednak niektórzy z niewidzialnych pasażerów wiedzieli swoje. Nie takie już pociągi zgubiła pycha!
Ale nikt nie chciał ich słuchać.

Pewnego dnia pociąg jak zwykle pędził jak szalony po torach. W którymś momencie tak szybko przejechał przez jeden z rozjazdów, że uszkodził żółtą plastikową zwrotnicę. Część pasażerów najchętniej wysiadłaby na pierwszym lepszym peronie. Ale pociąg wcale się nie zatrzymywał. Tymczasem tuż przy torach stały dwa wyścigowe auta i czekały na dobry moment, żeby przejechać przez tory. Śpieszyły się na wyścigi. Ale ze względu na dużą ilość zakrętów widoczność nie była dobra i żaden moment nie wydawał się odpowiedni. Jedyna nadzieja w tym, że maszynista prowadzi pociąg ostrożnie i zwraca uwagę na to, co dzieje się wokół. Niestety! Nic bardziej mylnego. Jedno z aut powoli wjechało na tory, żeby przez nie przejechać. Wtedy nagle zza zakrętu wyskoczył pociąg jadący z ogromną prędkością!
Auto w ostatniej chwili zdążyło uskoczyć i dzięki temu uniknęło rozjechania. Jednak pociąg nie dał rady przyhamować i zahaczył o tył samochodu.
Wtedy stało się to co było nieuniknione. Pociąg zachwiał się na torach i nie mógł odzyskać równowagi. W końcu więc spadł z nich i wszystkie wagony wraz z lokomotywą przewróciły się. Niewidzialni pasażerowie poprzewracali się na siebie. Niewidzialni konduktorzy poupadali. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało i wkrótce wszystkim udało się wysiąść.
Pociąg leżący obok torów wyglądał żałośnie. W dodatku odpadła spora część od lokomotywy a klocki potoczyły się po dywanie w różne strony. Czy ktoś teraz potrafi to naprawić?
Naprawa trwała przez jakiś czas. I nie było to wcale takie łatwe. Trzeba było poszukać wszystkich części a potem jeszcze instrukcji. Bo przecież nikt dotąd nie budował pociągu od tej strony, tak jakby od końca – kiedy trzeba odpowiednio połączyć ze sobą gotowe już elementy. Na szczęście żaden klocek nie zginął i udało się doprowadzić pociąg do porządku.

Niewidzialni pasażerowie mogli kontynuować podróże do swoich niewidzialnych stacji. A pociąg nadal mógł jeździć każdego dnia po swoich torach. Jednak teraz starał się już tylko w snach być szybkim i eleganckim intercity lub jeszcze szybszym i nowoczesnym pendolino. Zrobił się ostrożniejszy i już nie pędził jak szalony przed siebie. W końcu chciał pozostać pięknym pociągiem z najfajniejszych klocków na świecie. A nie pociągiem z uszkodzoną lokomotywą lub co gorsza – górą klocków zupełnie do niczego nie podobną.

Przyczepność – rozmowa

– Synku, przewrócisz się kiedy autobus zahamuje. Chwyć się tej poręczy może …

– Ja nie muszę się trzymać mamo! Bo mam … dobrą przyczepność do podłoża!

🙂

Pasterz

Pewnego razu był sobie pasterz. Mieszkał w małej chatce a tuż obok, w zagrodzie, mieszkały jego owce. W chatce z pasterzem mieszkał też pies. Duży i jasny. Tak jasny, że kiedy biegł za stadem owiec to z daleka czasami trudno go było od nich odróżnić. Bo i one były jasne, jak obłoki na niebie.
Pasterz mieszkał sobie pośród gór i lasów, codziennie doglądał swoich owiec i wyprowadzał je na pastwiska.
Przed chatką pasterza był mały ogródek, w którym rosły warzywa. Dzięki temu pasterz nigdy nie był głodny. Przed domem była też studnia. Z tej studni pasterz brał wodę, czystą i pyszną. Nadawała się doskonale do picia.
Chatka pasterza urządzona była bardzo skromnie. Jednak było w niej wszystko, co potrzeba do życia. Było łóżko, przykryte miękkim kocem i wygodne. Był drewniany stół i krzesła. Był też piec, w którym wieczorami śpiewał wesoło ogień – jedyny towarzysz pasterza obok jasnego psa. Czy to może wystarczyć do zadowolenia z życia? Pewnie niektórym tak.

Któregoś dnia pasterz obudził się wcześnie rano i przeciągnął się powoli. Już chciał wstać kiedy nagle… poczuł, że już nie chce być dłużej pasterzem. Nie chce już dłużej pilnować owiec i mieszkać samotnie w tej pustej chacie. Chce wyruszyć w drogę.
Zostawił więc owce i psa, mając nadzieję, że pies przypilnuje owiec pod jego nieobecność. I wyruszył z niewielkim tobołkiem przed siebie.

Długo wędrował. Mijał wioski i miasta. Czasami zatrzymywał się gdzieś na krótko, myśląc że może jakiś znak na niebie pojawi się i wskaże to miejsce, jako jego nowe miejsce zamieszkania. Ale znak nie pojawiał się. Pasterz – który teraz już nie był pasterzem – ruszał więc w dalszą drogę. I wędrował przez kolejne miasta i wioski.
Aż któregoś dnia zmęczył się tą wędrówką. Usiadł i zamyślił się…
– Czyżby nie było dla mnie miejsca na świecie? Czyżbym miał być skazany na bycie pasterzem do końca życia? Czy w życiu jest nam przeznaczone tylko jedno miejsce i jedna przypisana rola?

Kiedy tak rozmyślał nagle spadł deszcz… mokry i zimny, jak to deszcz. Były pasterz zerwał się na równe nogi. Chwycił tobołek i schował pod drzewem, które rosło nieopodal a gałęzie miało szerokie i rozłożyste.
Deszcz padał i trawa zieleniła się. Pod drzewem było sucho, chociaż zimno przenikało przez ubranie i docierało aż do kości.
Pasterz pomyślał o swojej chatce i ciepłym ogniu śpiewającym wesoło pod piecem. Przestał być pasterzem. Stał się wędrowcem. Ale ta rola nie podobała mu się za bardzo.

Czasami nie wie się czego się chce. Albo tylko tak się wydaje. Zwykle przecież wiemy. Pytanie brzmi, czy możemy to mieć. I co już mamy.
Czasami potrzebujemu trochę czasu, żeby na to wpaść.

Pasterz w tej właśnie chwili chciał być spowrotem w domu. W swojej chatce, obok zielonych pastwisk. Ale zanim tam wróci musi przejść długą drogę. Bo odszedł bardzo daleko. I może się też okazać, że kiedy będzie już na miejscu to tam wszystko jest już inaczej.

Teraz pasterz wędrował w przeciwnym kierunku. Wracał do domu. Postanowił jednak, że w drodze powrotnej będzie bardzo dokładnie przyglądał się wszystkiemu, żeby móc opowiedzieć o tym swoim owcom i jasnemu psu. Może chociaż na to przyda się jego wędrówka. Zatrzymywał się więc w każdym miasteczku i przyglądał ludziom, którzy wykonywali różne prace.
Część z nich bardzo lubiła swoje zajęcie a część wręcz go nie cierpiała. Jednak wszyscy traktowali swoje role jako jedyne im dane i nawet nie myśleli o zmianie. To co robili, traktowali bardzo poważnie. Bardzo się też dziwili kiedy pasterz opowiadał im o sobie.
– Zostawiłeś owce i psa? Bez opieki? Co z ciebie za pasterz?
Rzeczywiście. Kiepskim był pasterzem. Chociaż kiedyś tak nie uważał. I może właśnie dlatego nie mógł być nim dłużej.

Tak minął rok jego wędrówki. I wkrótce znalazł się na drodze prowadzącej do jego chatki. Już w myślach cieszył się na to, że usiądzie przy drewnianym stole. A przedtem zapali w piecu. I pogłaszcze po głowie wiernego psa. I będzie żył tak jak przedtem chociaż jednocześnie wszystko będzie inaczej.

Jednak kiedy doszedł na miejsce zobaczył, że chatki nie ma. Ani psa i owiec. Tylko puste miejsce, w którym nie urosła trawa. Bo nie mogła kiedy stał tam dom.

Pasterz stał na drodze zamyślony. Nie rozumiał co mogło się stać. Gdzie podziało się jego życie. Nie było go tylko przez rok. Czy tak wiele może się zmienić przez jeden rok życia?
– Z niektórych dróg nie można zawrócić – usłyszał nagle głos za sobą. Na drodze stał starzec i patrzył na niego z lekkim uśmiechem.
– Znasz mnie? – zapytał pasterz zdumiony.
– Widzę cię pierwszy raz – odparł starzec – ale to nie ma przecież znaczenia.
– A co ma znaczenie? – zapytał pasterz, który nie wiedział dokąd powinien się teraz udać.
– Droga ma znaczenie – odpowiedział starzec – i to, co na niej spotkasz.
– Nie chcę być wędrowcem! Chcę być pasterzem!
– Ale rok temu o tym nie wiedziałeś – odpowiedział starzec.
– Teraz wiem na pewno. Czy nadal mogę nim być?
– Możesz być kim zechcesz. Jeśli wiesz, kim chcesz być, to dużo więcej niż ci się wydaje.

I starzec odszedł zostawiając pasterza na środku drogi.

Drogi, która prędzej czy później zaprowadzi go do domu. Do miejsca, w którym będzie żył i pełnił swoją rolę. Najlepiej jak potrafi. I może także do wielu innych miejsc. Bo kiedy ma się przed sobą drogę to tak jakby miało się przed sobą jeszcze wiele innych, różnych możliwości.
Wystarczy tylko ruszyć się z miejsca.

Robaczek

Bajka dla Kasi R. – na Urodziny i w ogóle … 🙂

– Życie jest piękne! – mały Robaczek, nie większy niż główka od szpilki, stał na zielonym liściu i patrzył zadowolony prosto w słońce – jest takie pełne barw i niezwykłych zapachów i dźwięków…
– Znowu zaczynasz? – odezwał się ponury głos – od rana pleciesz bzdury. Spać nie można.
– Za długo śpisz – westchnął mały Robaczek – nie widzisz wschodów słońca.
– A ty widzisz??? – żachnął się ten z ponurym głosem – wszystko zasłaniają drzewa, krzewy no i te domy wokół.
– Widzę, jeśli tylko zechcę – odparł Robaczek – widzę jak słońce podnosi się nad dachami. A jego promienie docierają aż tutaj przez te zielone zarośla.
– Jesteś dziwny – ponury głos nie przestawał narzekać – dopiero co burza zniszczyła ci dom, twój najlepszy przyjaciel wyprowadził się daleko, na łąkę i jeszcze kilka dni temu nie mogłeś znaleźć wolnego liścia, na którym mógłbyś się przespać. A dzisiaj : życie jest piękne…
Mały Robaczek zeskoczył z liścia i stanął na wprost długonogiego, ponurego pająka. Znali się od bardzo dawna. Mogli już się przyzwyczaić, że są zupełnie różni. Ale i tak ciągle toczyli te same dyskusje o życiu.
– Chodź, znajdziemy coś do jedzenia. Zapolujemy razem! – Robaczek szturchnął długonogiego i mrugnął konspiracyjnie.
– Przecież ty nie polujesz! Jesteś roślinożercą!
– Ale ty nie jesteś. Jakie to szczęście, że jeszcze mnie nie pożarłeś!- Robaczek udał przerażenie.
– Nie jadam takich jak ty. Za dużo gadasz. Miałbym niestrawność!
– Chodźmy na polowanie! Proszę! Albo połazić po okolicy! Pogoda taka piękna!
Długonogi ruszył powoli z miejsca. Zgłodniał i też miał ochotę na spacer.

Wędrowali. Ponury długonogi pająk i Robaczek wielkości główki od szpilki, który cieszył się życiem. Pogoda była wspaniała. Słońce grzało ale nie za mocno. Lekki wiatr poruszał liśćmi i kołysał wysokie trawy. Gdzieś w pobliżu brzęczał bąk, który już o świcie zerwał się do pracy.
W powietrzu unosił się zapach kwiatów.
– Życie jest piękne – westchnął Robaczek.
Ponury pająk spojrzał na niego z góry.
– Świat jest pełen złych stworzeń. Zjadamy się nawzajem, niszczymy nasze domy. Czasami bardzo długo szukamy czegoś do jedzenia. Ciągle jesteśmy narażeni na to, że nas rozdepczą, rozjadą. Lub zjedzą więksi i silniejsi od nas.
– I bardziej głodni – zaśmiał się Robaczek.
– Czy możesz być przez chwilę poważny? – zdenerwował się pająk – czy widzisz tylko słońce i kwiaty?!
– I gwiazdy! – krzyknął Robaczek – kiedy w nocy nie śpię kładę się na wznak i patrzę w gwiazdy. Widziałeś ile ich tam jest? Widziałeś jak mocno świecą?
– Uważaj – odburknął pająk – żeby nie pospadały ci na głowę.
Robaczek zaśmiał się i poklepał pająka po jednej z jego długich nóg.
– Lubię twoje poczucie humoru – powiedział.
-To nie poczucie humoru, tylko zdrowy rozsądek – odparł pająk – nie mam poczucia humoru. Nie mam też dzisiaj humoru.
-Nigdy nie masz humoru. A mimo to lubię spędzać z tobą czas. Kto wie, może lubię ten twój zdrowy rozsądek?
– Albo go potrzebujesz, bo tobie go brak – powiedział pająk spokojnym głosem.

Wędrowali dalej aż dotarli do małej knajpki na skraju trawnika. Za barem jak zwykle uwijała się mucha, chociaż ruch był niewielki. Zawsze się tak uwijała, tak już miała. Nawet kiedy w barze nie było nikogo. Energia ją rozpierała.
Zamówili po kufelku nektaru z mlecza i rozsiedli się wygodnie w zielonych hamakach z liści.
– Dobry nektar co? – Robaczek znowu mrugnął do pająka porozumiewawczo.
– Dobry – westchnął pająk.
– I przyjemnie tu, co?
– Przyjemnie…
– Długonogi, a boli cię coś albo martwi?
– W tej chwili nic a co?
– A czujesz to???!
– Co??? – pająk podniósł się na swoim hamaku i rozejrzał nie wiadomo za czym.
– No to! – zaśmiał się Robaczek – że życie jest piękne!!!
Pająk popatrzył na niego. Przy takim zwariowanym Robaczku trudno było nie czuć tego, choćby czasami. I teraz też to czuł. Patrzył na muchę, która krzątała się za barem dbając o wszystkich gości. Patrzył na zadowolonego z siebie kolegę. I czuł, że życie bywa bardzo piękne. Nawet dla takich najmniejszych robaczków na ziemi jak oni. Ale oczywiście w życiu się do tego nie przyzna.