Strach

Pewnego razu był sobie chłopiec, który niczego się nie bał. Bardzo tym imponował swoim kolegom. Bo każdy z nich, chociaż bardzo chciał być dzielny i odważny, czegoś tam jednak się bał.
Jeden na przykład bał się spać w pokoju, w którym stała bardzo stara szafa. Wielka i pękata. Jej drzwi skrzypiały straszliwie kiedy się je otwierało i zamykało. W szafie dziwnie pachniało. Ale najgorsze było to, że cała była rzeźbiona. Zdobiły ją dziwne wypukłości i zaokrąglenia. A niektóre z nich wieczorem wyglądały jak wielkie otwarte oczy. Które patrzą i nie pozwalają zasnąć.
Inny z kolei kolega tego chłopca bał się obrazów, które wisiały na ścianach w domu jego babci. Przedstawiały ludzi żyjących w innych czasach. Mieli dziwne stroje i szare twarze. Niektórzy patrzyli smutno prosto na niego. Ale najgorszy był obraz, na którym namalowano kwiaty i owoce. I jakieś dziwne muszle lub raczej wielkie larwy. A wszystko to w ciemnych i ponurych barwach. Okropny to był obraz. Jak można powiesić taki na ścianie?
Jeszcze inny kolega bał się wieczorem spoglądać w stronę okna. Kiedy za oknem było całkiem ciemno. I poruszały się za nim gałęzie wysokiego drzewa, które rosło przed domem. Gałęzie wyglądały jak długie ramiona bardzo wielkiego stwora. Z bardzo długimi paluchami, które lada moment dotkną parapetu i zastukają w szybę. Tylko kiedy okno było zasłonięte niebieską zasłonką, mógł spokojnie zostawać sam w pokoju. Jednak na samą myśl o tym co się dzieje za oknem robiło mu się zimno i strasznie. Robił więc wszystko, żeby o tym nie myśleć.
Chłopiec, który niczego się nie bał, nie bał się i już. Szafa – to tylko szafa! Stara i pękata. Skrzypiąca ze starości. A obrazy na ścianach – przecież z nich nie zejdą! I nic nikomu nie mogą zrobić. Nie trzeba się ich bać. Drzewa poruszające się za oknami mogą wzbudzać niepokój, ale nie strach. Zresztą wystarczy popatrzeć na to samo drzewo, którego boimy się wieczorem, w dzień pełen słońca. Zielone, z rozłożystymi gałęziami. Pachnące zielenią. Nic strasznego. Zwykłe drzewo.
Wszystko można przecież racjonalnie wytłumaczyć.
Chłopiec, który niczego się nie bał, nigdy nie śmiał się ze swoich kolegów. Tylko nie bardzo rozumiał jak mogą się bać? Przecież nie są już małymi dziećmi.

Latwo powiedzieć. A strach przecież pojawia się sam i czasami znienacka. Nikt go nie zaprasza. I nikt go nie chce. Przychodzi nieproszony. I rozsiada się wygodnie w pokoju. I wydaje się tak potężny, że nie wiadomo jak z nim walczyć.

Pewnego dnia mama chłopca powiedziała do niego :
– Muszę wyjść dzisiaj wieczorem. Na godzinkę. Tata późno kończy pracę i pewnie nie zdąży wrócić. Zostaniesz godzinkę sam, dobrze? Nie będziesz się bał?
– A czego miałbym się bać mamo? – zapytał chłopiec. I mama widząc jego minę już się o niego nie martwiła.
Nadszedł wieczór. Zrobiło się ciemno na dworze i zerwał się wiatr. Mama posprzątała po kolacji i cmoknęła chłopca w sam czubek głowy.
– Bądź dzielny – powiedziała – ja postaram się wrócić jak najszybciej.
I poszła, zamykając za sobą drzwi.
Chłopiec został sam. Postanowił, że włączy sobie bajki i będzie oglądać je aż do powrotu mamy. Nie bał się pustego mieszkania. Ani wiatru za oknem. Po prostu nie chciał sobie tym zaprzątać głowy. A bajki w tym pomagały.
Właśnie rozpoczynał się nowy odcinek Laboratorium Dextera. Ciekawe co Dexter wymyśli tym razem?
Nagle chłopiec usłyszał dziwny dźwięk. Zupełnie jakby ktoś – lub coś – skrobało w drzwi wejściowe. Co to? Może mysz? Niemożliwe! Musiało mu się wydawać. Może to ten wiatr za oknem?
Chłopiec wrócił do oglądania i zapomniał od razu o dziwnym skrobaniu. Ze smakiem zajadał ciasteczka, które mama zostawiła na seledynowym talerzyku w kwiatki.
Nagle aż podskoczył! Ktoś bardzo szybko i energiczne zapukał do drzwi mieszkania. Chłopiec wstał na równe nogi i poczuł, że serce bije mu mocniej. Nieeee… nie bał się. Tylko… Kto to mógł być? Powoli i najciszej jak potrafił podszedł do drzwi. Usłyszał jakby szuranie czyichś butów tuż za drzwiami. Bardzo nieprzyjemny dźwięk. Zwłaszcza kiedy jest się małym chłopcem a w domu nie ma nikogo poza nim.
Przyłożył ucho do drzwi i nasłuchiwał…
Za drzwiami panowała całkowita cisza. Ani jednego szmeru. I żadnego szurania butami. Chłopiec stał tak chwilę i już, już chciał wrócić do oglądania bajek ale w tym momencie ktoś prosto do jego ucha przytkniętego do drzwi szepnął:
– Wpuść mnie do środka.
Szept ten był tak przerażający, jakby pochodził nie zza drzwi mieszkania ale z jakiegoś innego świata! A jednocześnie był tak wyraźny, że można by go narysować. Nadać mu kształt i barwę. I był taki… to była bardzo dziwna myśl, od tej myśli chłopiec poczuł gęsią skórkę na całym ciele – jakby to drzwi szeptały do niego.

Chłopiec, który dotąd niczego się nie bał, powoli zaczął odsuwać się od drzwi w głąb pokoju. Nie spuszczał z nich oka i czuł, że ze strachu ledwo może poruszać nogami. Ale w głowie cały czas szukał racjonalnego wytłumaczenia. Musiało być jakieś!
Ale nie nadchodziło. Za to nagle w całym mieszkaniu zaczęły gasnąć światła. Po kolei. Tylko mała lampka w kontakcie – taka całkiem malutka, która w nocy oświetlała drogę do łazienki – nadal świeciła. Delikatnym niebieskim światełkiem. I rozświetlała białą ścianę w przedpokoju. I nagle na tej ścianie pojawił się cień! Duży! Ogromny! Jakby postać w kapturze na głowie. Nieruchoma. Ale obecna. I w tej samej chwili znów rozległo się pukanie. Ale nie do drzwi. Tylko w ścianie! Bardzo wyraźne i natarczywe. Okropne.
Chłopiec stał i patrzył przerażony. Bał się bardzo odwrócić za siebie i czuł, że ciarki przechodzą mu po plecach. Czy ktoś stał za nim? Cały zesztywniał ze strachu a przecież trzeba coś zrobić! Uciekać albo walczyć ze zjawą.
Tylko jak i czym? I czy nie mogłaby już wrócić mama?!
Chłopiec ruszył biegiem do kuchni i niewiele myśląc chwycił drewniany wałek do ciasta, który leżał na stole. Było ciemno więc potknął się o taboret i o mało go nie wywrócił. Wydawało mu się, że cały czas słyszy szept, w samym środku ucha:
Wpuść mnie….wpuść mnie do środka… Potrząsnął głową jakby chciał go wyrzucić z ucha i głowy. Wyszedł energicznie do przedpokoju, prosto na ścianę, na której ulokował się olbrzymi cień. Ale nie było go już na ścianie. Z całą pewnością. Za to od strony pokoju chłopiec poczuł chłód, tak jakby ktoś otworzył tam okno.
Telewizor nadal był włączony ale chłopiec nie byłby w stanie odpowiedzieć na pytanie jaka bajka aktualnie jest w nim wyświetlana. Duża zasłona na oknie poruszała się jak wielki żagiel. W jednym miejscu chłopiec zauważył wyraźny kształt pod zasłoną. Ktoś tam stał! Z całą pewnością!

Chłopiec, który nigdy niczego się nie bał zaczął krzyczeć tak głośno, że aż rozbolało go gardło. Zasłona wybrzuszyła się w miejscu, w którym ktoś najwyraźniej stał za nią i za moment dotknie chłopca a może nawet wciągnie w jakąś otchłań. Która jest za zasłoną i która teraz właśnie, kiedy rodziców nie ma w domu, musiała się ujawnić! Chłopiec cofał się trzymając przed sobą drewniany wałek. Serce waliło mu w piersi jak młot. Chciał poruszać się szybciej ale nie mógł!
Nagle znów usłyszał pukanie do drzwi, bardzo głośne. A potem wesoły śmiech, który miał jednak w sobie coś upiornego.
– Cukierek albo psikus! – zza drzwi dobiegł czyjś głos. Czy to był głos Ali z szóstego piętra? Ale były też inne głosy. I ten śmiech, który w jednej chwili wydawał się radosny a za moment złośliwy i mroczny.

W mieszkaniu było ciemno. Mała lampka w kontakcie, która świeciła niebieskim światłem, co jakiś czas mrugała jakby za chwilę miała zgasnąć. Chociaż to nie było możliwe bo prąd stale płynął w ścianie i ją zasilał. W pokoju było zimno. I bardzo cicho. Śmiertelnie cicho. Bajka w telewizorze zniknęła. W jej miejsce na ekranie pojawiło się mnóstwo bardzo drobnych punktów, które poruszały się i sprawiały, że ekran pulsował. Zasłona uspokoiła się i wróciła do swojego normalnego kształtu.
Chłopiec stał w miejscu jak skamieniały. Nagle przypomniał sobie wszystkie straszne rzeczy, o których opowiadali mu jego koledzy. Starą skrzypiącą szafę, która
musiała mieć mroczną duszę. I bardzo mroczną przeszłość. Która wracała do niej nocami. Obrazy na ścianach, które w nocy ożywały. A smutni ludzie na obrazach, których twarze były szare, poruszali się jak w kukiełkowym teatrze. Drzewo za oknem, które zamieniało się w stwora z długimi paluchami. Przypominającymi odnóża wielkiego pająka, który wspina się na parapet.
Po raz pierwszy w życiu chłopiec pomyślał, że on też się przecież czegoś bał. Czegoś o czym nie chciał pamiętać i nigdy mówić. A teraz czuł, że to coś jest bardzo blisko. Być może nawet w tym pokoju…

Człowiek, który nie był człowiekiem. Chociaż miał postać podobną do człowieka. Ale tak wysoką i chudą, jakby pozbawioną materialnego ciała. W ciemnym kapturze lub kapeluszu. I długim ciemnymi płaszczu. Z dłońmi zimnymi tak jak u zmarłych.
– Uważaj – mówiła nieprzyjemnym głosem bardzo niemiła pielęgniarka, kiedy jako bardzo mały chłopiec był kolejny tydzień w szpitalu po bardzo silnym zatruciu – jak nie będziesz spał w nocy, to On przyjdzie do ciebie. Często staje w drzwiach tych starych domów naprzeciwko szpitala. Widać je z okna. Nikt już tam nie mieszka. Tylko On włóczy się tam wieczorami. I patrzy w nasze okna. Nie ma twarzy. Chociaż może mieć każdą. Uważaj…
Dzieci na oddziale spały we wspólnych salach. Tylko on spał w osobnym pokoju. Na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że jego choroba jest poważniejsza niż sądzono. Okna jego pokoju wychodziły na stare opuszczone domy. Z ciemnymi oczodołami pustych okien. Pozbawionych szyb. Pozbawionych choćby ułamka światła. Całe noce spał przykryty szczelnie kołdrą. Mokry od potu i strachu. Bojąc się, że kiedy tylko się odkryje, zobaczy, że On stoi nad jego łóżkiem. Każdego ranka kiedy się budził pod tą kołdrą cieszył się, że ma za sobą kolejną straszną noc. I przez cały dzień starał się nie myśleć o następnej, która go tu czeka.

Nagle coś stuknęło o podłogę. Chłopiec drgnął niespokojnie. To drewniany wałek wypadł mu z dłoni na podłogę. Chciał schylić się i go podnieść. Ale wtedy właśnie go zauważył. Ciemną postać w samym rogu pokoju. Która sięgała aż do sufitu. I patrzyła prosto na niego. Chociaż mógłby przysiąść, że nie miała twarzy.
Chłopiec chciał krzyknąć ale nie mógł. Głos uwiązł mu w gardle. Zrobiło mu się słabo i zachwiał się na nogach. Straszna postać w rogu pokoju nie poruszała się. Chłopiec nie wiedział co było gorsze. Czy ta straszna cisza. Czy to spojrzenie. Którego nie widać ale czuje się je na sobie. Nieruchoma postać obejmowała coraz większą ciemnością cały pokój. Ciemnością, która jest strachem. Dławiącym. Paraliżującym. Zabierającym oddech. Ciemnością, która pochłania. Tak jakby cały pokój zapadał się w ciemny, głęboki dół.

Zupełnie nie pamiętał jak znalazł się na tapczanie, szczelnie przykryty kocem. Trząsł się cały. I szeptał rozpaczliwie do poduszki, którą obejmował z całych sił:
– Mamo, mamo. Ratunku! Pomocy.
Chociaż czuł, że to nie pomoże. Przecież mamy nie ma w mieszkaniu. Taty też nie. Dzisiaj halloween i najwidoczniej jest to dzień w którym naprawdę straszy. I jest już po nim! Zupełnie jak wtedy, w szpitalu. Kiedy był bardzo małym chłopcem.
– Mamo…
W tej chwili poczuł czyjś dotyk na ramieniu. Ktoś stał nad nim i zimną dłonią ściskał jego ramię. I znów ten głos w uchu. Ale tym razem trochę inny…

– Obudź się. Hej… Pobudka!
Mama ściskała delikatnie jego ramię zimną dłonią. Zapomniała zabrać rękawiczek a wiatr na zewnątrz był mroźny. W końcu lekko potrząsnęła chłopcem, żeby go obudzić.
Chłopiec otworzył zaspane oczy. Wokół było cicho i spokojnie. Lampa na stole obejmowała przyjaznym kręgiem światła stół i krzesła. W telewizji wyświetlano Laboratorium Dextera. Czy to ten sam odcinek, który zaczął się zanim…?
Mama patrzyła na niego.
– Miałeś chyba zły sen. Coś nawet krzyczałeś kiedy wchodziłam do mieszkania. I nie mogłam cię dobudzić.
Wszystko w porządku?
– Chyba tak – powiedział chłopiec, chociaż głos miał niepewny.
– Czyli rzeczywiście nie miałam się czym martwić. Spałeś jak zabity kiedy mnie nie było. I nie tak długo mnie nie było, prawda?
Mama uśmiechnęła się do niego. Miała nos zaczerwieniony od zimna.
Na ścianie nie było żadnych cieni. Zasłona nie poruszała się ani trochę. Nikt nie szeptał już w jego uchu. Więc to był sen?
– Spotkałam Alę z szóstego piętra – zawołała mama już z kuchni – pytała o ciebie. Dzisiaj halloween i zbierają cukierki. Podobno pukali też do ciebie ale musiałeś spać mocno i nie słyszałeś.
Chłopiec nie odpowiedział więc mama wróciła do pokoju.
– Czy na pewno wszystko w porządku? – patrzyła na niego z niepokojem – wyglądasz jakbyś czegoś się przestraszył. A przecież ty się nigdy niczego nie boisz – dodała i  uśmiechnęła się.
– No tak – odpowiedział chłopiec powoli – bo przecież nie ma się czego bać. Wszystko da się przecież jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Prawda?
– Na pewno – powiedziała mama. I podniosła z podłogi drewniany wałek. Zdziwiła się ale bez słowa zaniosła go do kuchni. A potem przygotowała gorące kakao.

Nie wiem czy wiecie ale zapach gorącego kakao odstrasza nawet największy strach! Kiedy tylko ten zapach zaczyna unosić się w całym mieszkaniu, ten nieproszony gość zmyka szybko. I wtedy naprawdę nie ma się już czego bać.
Pewnie chcielibyście wiedzieć :
Kto skrobał w drzwi?
Kto do nich pukał?
Czyj był cień na ścianie?
Czy za zasłoną naprawdę ktoś stał?!
Czy straszny człowiek bez twarzy naprawdę istnieje… ?
Ale tego przecież nigdy do końca nie wiadomo. Może ktoś tam był. A może to był tylko zły sen. Może jest coś lub ktoś kto mieszka na obrzeżach snu i czasami do nas przychodzi. Żeby nas nastraszyć. Albo trafia tu przez przypadek. A że jest z innego świata – śmiertelnie nas przeraża.

Najczęściej jednak rzeczywiście wszystko da się jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Lub prawie wszystko.
A jeśli nawet są rzeczy, które wytłumaczyć jest bardzo trudno – pamiętajcie: strach ma wielkie oczy. I najlepiej mu się nie poddawać. Chociaż czasami faktycznie jedynym rozwiązaniem wydaje się wejście pod koc. Dlatego dobrze jest mieć pod ręką zawsze przynajmniej jeden :). Tak na wszelki wypadek.

Królowa

Bajka dla Magdaleny 🙂 

Pewnego razu była sobie
zła Królowa
Zła i w dodatku
bardzo sroga!

Łatwo ją było zdenerwować
Byle okruszek psuł jej humor
Strasznie się wtedy złościła
I wielki robiła rumor

I choć budowy nie była dużej
Zarówno w tuszy
Jak i w posturze
To kiedy w swoją złość wpadała
Robiła wrażenie duże

Mysz się chowała do najdalszej dziury
Kot głowę w łapkach chował
Tak przerażała w tej swojej złości
Zła i okrutna królowa

Każdy się bał, że w takiej chwili
I na to jest gotowa
Żeby za karę poleciała
Niejedna pusta głowa

Bo pustych głów to ona wręcz
Chronicznie nie znosiła
I z chęcią by czasem niektórych
o pustą głowę skróciła

Już wieść rozeszła się plotką
O jej humorach
Szeptano więc i mówiono o niej
po okolicznych dworach

Znalazło się nawet paru
co przypodobać
jej się próbowało

Lecz łakocie, kwiatki
czy miłe słówka
To wszystko było jej mało

Za to w złość szybko wpadała
I niewiele trzeba było
By kilku śmiałków o mało
życia nie straciło!

Królowa kubek swój ulubiony miała
A był to kubek zaczarowany
I kiedy piło się z niego herbatę
To jakby się piło szampana

A kawa pita z kubka tego
To rzecz nie od parady
Smak miała najprawdziwszej
Słodkiej czekolady!

Nic więc dziwnego, że tak bardzo
Była do niego przywiązana
I że o mało nie zemdlała
Pewnego dnia – z samego rana

Kiedy to wszystko przeszukawszy
Przejrzawszy wszystkie szuflady
Doszła do wniosku
Że kubek jej zaczarowany
Zniknął bez śladu

Głowy ścinać chciała!
Księżyc wezwała do pomocy
Bo może widział z góry złodzieja
Kiedy się szwendał po niebie w nocy!

Gwiazdy wzywała na ratunek
I wszelkie moce ciemności
Nie zamierzała nikomu
Okazać dzisiaj litości !

Nie za tę grabież!
Która jej serce
Jeszcze zimniejszym skuła lodem

I teraz nikt już nie zobaczy
Tego co jest tam
Pod spodem…

Tego, że ona wcale
nie była złą królową
I muchy by nie skrzywdziła

Tylko nad wszystko
co jest na świecie
Ład i porządek lubiła

A mina jej sroga
gdy się jej przyjrzeć
mówiła przecież wszystko

Że zła Królowa
drobnej budowy
Była Perfekcjonistką

Nie złą królową
która się czepia
I która zabija spojrzeniem

Lecz kimś
Kto widzieć wszystko na swoim miejscu
Uczynił swoim pragnieniem

Kimś kto na prawość i porządek
Chętnie wprowadziłby modę

I tylko czasami za brak myślenia
Skróciłby kogoś o głowę!

🙂

 

Chochliki

Pewnego razu był sobie Chochlik. Średniej urody. O ile w ogóle o urodzie może tu być mowa. Średniego wzrostu. I w ogóle średni taki. Żył wśród wielu innych chochlików. Z których każdy odpowiedzialny był za zupełnie inną dziedzinę. Na przykład:

– Chochlik Radości – odpowiedzialny za to, żeby w różnych miejscach na ziemi nigdy jej nie zabrakło. A zwłaszcza tam, gdzie są dzieci.
– Chochlik Miłości – odpowiedzialny za to, żeby ludzie się kochali. Żeby kochali swoje dzieci, swoich przyjaciół, swoje życie i świat, który ich otacza.
– Chochlik Porządku – bardzo porządny gość! Blisko związany ze swoim bratem bliźniakiem Chochlikiem Czystości. Obaj nie cierpieli brudu i rozgardiaszu. Gdyby mogli zaprowadziliby porządek wszędzie. I usunęli wszelki brud, kurz i inne tego typu nieznośne rzeczy. Ale niestety nie byli w Chochlikowie sami.
– Chochlik Zabawy – w głowie miał głównie psoty. Ale też całkiem przyjemne zabawy i zajęcia. W których chętnie brał udział Chochlik Radości.
Wiele jeszcze było Chochlików. Każdy innej specjalności. Choć niektóre podobnej. Ale każdy ręce zawsze miał pełne roboty. Bo to do nich należało takie zorganizowanie dnia wszystkim i wszędzie, żeby wszystkiego było w nim chociaż po troszkę. Choćby szczyptę – dla odpowiedniego smaku.
Chochlik średniej urody przemykał pomiędzy kolegami i starał się nie zwracać na siebie uwagi. Nie bardzo pasował do tego towarzystwa. Bo choć był niby jednym z nich to jednak był zupełnie inny. Inny niż chciałby być…

Pewnego razu Chochliki postanowiły zorganizować przyjęcie. Żeby się spotkać. Pogadać. Spędzić czas razem. W Chochlikowie od czasu do czasu odbywały się mniejsze lub większe przyjęcia. Jak to w życiu. I właśnie przyszedł czas na kolejne. Naprawdę duże. Na którym mogłyby się pobawić wszystkie Chochliki z Chochlikowa. Lub – prawie wszystkie.

Wszyscy zabrali się do przygotowań. A pracy było sporo. Wiecie na pewno jak to jest. Sami chcielibyście na pewno żeby było idealnie na przyjęciu, które organizujecie. Ale wymaga to dużo zaangażowania. I czasami ciężko jest zapanować nad wszystkim.
Chochlik Radości podszedł do pracy jak zwykle z zapałem i uśmiechem na twarzy. W końcu przyjęcie to wesołe wydarzenie. A jeśli coś nie wyjdzie – no to trudno.
Chochlik Porządku z Chochlikiem Czystości uwijali się jak w ukropie. To był ich żywioł! Wszystko zorganizować, zaplanować, poustawiać w odpowiednich miejscach. Pięknie przygotować salę, stoły i nakrycia.
Chochlik Zabawy nie mógł się doczekać zabawy. Uwielbiał przyjęcia. Miał pomysł na kilka konkursów. I na oprawę muzyczną. Zawsze zresztą miał głowę pełną pomysłów.
Mnóstwo Chochlików zaangażowało się w przygotowania. I wszystko szło dobrze. Aż do momentu, kiedy pojawił się Chochlik średniego wzrostu…
– O nie – mruknął Chochlik Porządku – tylko nie to. Żeby nam znowu wszystkiego nie popsuł.
Chochlik Zabawy spojrzał zdumiony:
–  Kto go tu zaprosił???
– Jest jednym z nas – odparł Chochlik Miłości – ma prawo tu być. Trzeba go tylko czymś koniecznie zająć!
– Wiesz dobrze jak to się skończy… – mruknął Chochlik Czystości – jak zawsze.
Chochlik średniej urody, o ile w ogóle o urodzie może tu być mowa, rozglądał się dookoła. Bardzo chciałby wziąć udział w przyjęciu. Chciałby też pomóc w przygotowaniach. Tylko – czy zdoła?

– Chodź tu do mnie – zawołał Chochlik Miłości – przygotowuję kanapki. Pomożesz??
– Jesteś pewien? – zapytał Chochlik – przecież mnie znasz, wiesz jakim jestem Chochlikiem.
– Wiem, wiem, ale dzisiaj chyba wszyscy chcemy dobrze się bawić? – uśmiechał się Chochlik Miłości.
Przygotowanie kanapek to żmudne zajęcie. Szynka i ser nie chcą się równo układać, pomidor nie chce się dać przekroić. Chleb rozsypuje się w okruszki. Chochlik średniej urody zrobił się zielony na twarzy i już już miał wybuchnąć! Ale w tym momencie podszedł do niego Chochlik Porządku i chwycił pod ramię.
– Widzę, że kucharzenie to nie twoja bajka – mrugnął do niego – może więc pomożesz mi przy ustawianiu krzeseł? Już naprawdę niewiele zostało. To będzie wspaniałe przyjęcie! Nie możemy się już doczekać.
Chochliki zabrały się za ustawianie krzeseł przy długich stołach. To bardzo łatwe. Nie wymaga specjalnych umiejętności. I żadnej specjalnej zręczności czy cierpliwości. Ale… to trochę nudne zajęcie. Chochlik średniego wzrostu westchnął pod nosem. A potem już całkiem głośno.
– Nuda – burknął – po co w ogóle to przyjęcie…?
– Hej! – nie wiadomo skąd tuż obok znalazł się nagle Chochlik Zabawy – potrzebuję pomocy. Nie jestem pewien, który utwór będzie odpowiedni na rozpoczęcie przyjęcia. Mógłbyś posłuchać ze mną?
Chochlik średniej urody odstawił krzesło. Dał się poprowadzić do stolika, na którym leżały całe sterty płyt. Chochlik Zabawy powinien nazywać się Chochlikiem dobrej zabawy. Zawsze dbał o każdy szczegół i zabawa z nim zawsze była udana. No chyba, że ktoś akurat nie miał ochoty na zabawę…

Wszędzie dookoła wszyscy uwijali się. Stoły i krzesła przygotowano. Rozwieszono kolorowe baloniki i girlandy z kolorowego papieru. Kanapki pachniały świeżym ogórkiem i słonecznymi pomidorami. Wszyscy byli podekscytowani.
Poza jednym Chochlikiem. Średniego wzrostu. I średniej urody. O ile w ogóle o urodzie może tu być mowa. Który nagle stanął na środku sali, w pozycji bojowej i z miną wrogą. I krzyknął tak głośno jak tylko potrafił:
– Głupie przyjęcie! Nie cierpię takich przyjęć! I was też nie z tymi waszymi zadowolonymi minami! Nie umiem robić kanapek. Nie lubię ustawiać krzeseł. Nie podoba mi się ta muzyka!!!
Po tej przemowie chwycił pierwsze z brzegu krzesło i cisnął nim z całej siły o podłogę.
Wszystkie Chochliki patrzyły na niego strapione. Bo chociaż każdy mógł się tego spodziewać to jednak przecież – był jednym z nich. Chociaż nie lubili go w duchu i chętnie by go usunęli ze swojego grona.
– Tak to jest kiedy wpuszcza się na przyjęcie… Chochlika Złości – mruknął Chochlik Zabawy – nie rozumiem jak to możliwe, że jest jednym z nas?
– Ciii… – uciszał go Chochlik Miłości – mieliśmy nie wymieniać jego imienia. Żeby nie wywoływać wilka z lasu, jak mówią.
– Kto tak mówi?! – zapytał nieco już poirytowany Chochlik Zabawy – w życiu nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił!
I Chochlik Zabawy ze złości kopnął stolik, na którym leżały sterty płyt.
– Pewnie – zezłościł się teraz z kolei Chochlik Porządku – wszystko teraz porozrzucajmy! Możemy też połamać krzesła i stoliki! Przecież i tak chyba już nikt nie ma ochoty na zabawę!
– Ja mam – odparł Chochlik Zabawy – ale nie w takim towarzystwie!
– A niby nie w jakim?! – zainteresował się Chochlik Czystości i ze srogą miną podszedł do Chochlika Zabawy – kto konkretnie ci się nie podoba?
No i się zaczęło. Wszyscy już byli źli. Wszyscy zaczęli się kłócić. I szczerze powiedziawszy przyjęcie w Chochlikowie wisiało na włosku.
Tak to już się działo kiedy w pobliżu zjawiał się Chochlik Złości – średniego wzrostu i średniej urody. Jeśli w ogóle o urodzie może tu być mowa.
Chochlik Złości oddalił się tymczasem. Bo nie bardzo wiedział co teraz miałby ze sobą zrobić. A pozostałe Chochliki wkrótce doszły do porozumienia. Chochlik Miłości i Radości wystąpiły w roli mediatorów. A Chochlik Porządku zarządził ciąg dalszy przygotowań do wspaniałego przyjęcia.

Wieczorem Chochliki zasiadły do długich stołów. Kanapki pachniały świeżym ogórkiem i słonecznymi pomidorami. Skoczna muzyka dobrze wpływała na nastroje. Przyjęcie zapowiadało się cudownie! Chochliki potrafią przygotowywać naprawdę fajne przyjęcia. I frekwencja była bardzo dobra. Przyszły niemal wszystkie Chochliki z Chochlikowa. Nawet te od spraw najmniejszych, jak Chochlik Pogody. Albo Chochlik Błędów Ortografiicznych. A nawet Chochlik Zagubionych Skarpetek. No naprawdę wszyscy!
Nie było tylko jednego Chochlika. Chochlika Złości.

– Drogie Chochliki – przemówił Chochlik Miłości – nie możemy nikogo wykluczyć z naszego grona. Nawet jednego Chochlika. Skoro żyjemy tu razem, widocznie tak musi być. Jestem za tym, żeby zaprosić Chochlika Złości na przyjęcie.
Szmer szeptów przebiegł po sali. Niektórzy mieli miny niezbyt zadowolone. Inni zdziwione. Chochliki były zgodne i rozsądne. Ale kwestia Chochlika Złości zawsze budziła emocje.
– Czy nie popsuje nam zabawy? – zapytał Chochlik Zabawy.
– I czy nie zacznie rzucać czymś w innych? – zaniepokoił się Chochlik Porządku.
Inne Chochliki kiwały głowami na znak, że też je to niepokoi.
– Myślę, że powinniśmy spróbować – mówił Chochlik Miłości – spróbować się z nim zaprzyjaźnić. Dotąd nie próbowaliśmy tego zrobić. Każdy odsuwał się od niego i unikał jak mógł. A potem kiedy zjawiał się nagle, nikt nie chciał i nie potrafił z nim porozmawiać. A przecież w gruncie rzeczy to taki sam Chochlik jak my. Zapewne. Skoro żyje tu z nami i jest Chochlikiem. Zresztą przekonamy się tylko wtedy jeśli go zaprosimy…

I Chochlik Złości został zaproszony na przyjęcie. Usiadł pomiędzy Chochlikiem Miłości i Chochlikiem Radości. Zaproszenie sprawiło mu ogromną radość i obiecał, że nie będzie psuł zabawy. A bliska obecność Chochlika Miłości dodawała mu otuchy bo czuł, że ten Chochlik naprawdę go wspiera.

A Wy? Czy znacie Chochliki z Chochlikowa? Te miłe i te trochę mniej? Te, które sprawiają, że dni są jasne i przyjemne? I te, które psocą ciągle i wystawiają na próbę naszą cierpliwość? Czy poznajecie Chochlika Złości? Który potrafi popsuć najfajniejszy dzień, najfajniejszą zabawę a nawet… miłość? Bywa wyjątkowo natrętny. I nie wiadomo jak z nim walczyć.

Złości nie da się wyeliminować z naszego życia. Jest częścią nas. Ale można się z nią spróbować zaprzyjaźnić. I nauczyć ją, żeby znikała jak najszybciej. I pojawiała się nie za często. I wtedy nie będzie taka niszczycielska. A jeśli w pobliżu jest Miłość i Radość, to jest szansa na to, że złość nie popsuje wszystkiego. I że w naszym Chochlikowie wszystko będzie szło zawsze zgodnie z planem i bez zbędnych nerwów.
Lub prawie wszystko – jak to w życiu ;).
Jak sądzicie?

Wyspa

Pewnego razu była sobie wyspa
Na samym środku Oceanu Liściastego
Piaszczysta i pełna dziwnych stworów
Od najmniej strasznego do najstraszniejszego

Pewnego dnia okręcik z papieru
Piękny, czerwony i całkiem nowy
Wypłynął śmiało, pełen zapału
Na oceanu niespokojne wody

Lekko kołysząc się na dwie strony
Z sercem bijącym tuż obok steru
Płynie przed siebie okręcik czerwony
Z kawałka zdobnego zrobiony papieru

A gdy się zmęczył to zawrócił
W stronę przystani z której wypłynął
I płynął teraz długo przed siebie
Tak długo aż dzień długi minął

Na niebie gwiazdy zawisły beztrosko
Zerkają z góry na okręcik mały
A on na nie zerka i się zachwyca
Jaki świat wielki i wspaniały

I tylko bratniej duszy brakuje
Kogoś bliskiego i przyjaznego
Żeby okręcik miał dokąd wracać
Do przyjaciela – choćby jednego!

Wieczór rozpostarł szerokie zasłony
Szare i ciężkie na nieba tle jasnym
Okręcik dotarł do swej przystani
Tam przycumował i zaraz zasnął

A kiedy rano otworzył oczy
To aż zakrzyknął przerażony
Bo straszne stwory szły powoli
Prosto na niego z każdej strony

Bo mały, dzielny okręcik z papieru
Cały czerwony jak liść jesienią
Pomylił wyspę na oceanie
Z brzegiem i cichą, spokojną przystanią

Ocean Liściasty wzburzone ma wody
Z liści, patyków, z deszczu i burzy,
okręcik czerwony jest taki młody
I na dodatek bardzo nie duży

Nie chciałby zginąć i dać się pożreć
Przez straszne stwory co tu się zbliżają
Lecz… może nie są takie straszne?
I może papieru nie jadają?

Na wyspie okropne stwory mieszkają
Dziwne i straszne, trochę jak duchy
Lecz jeden całkiem jeszcze jest mały
I nigdy nie skrzywdziłby nawet muchy

I jak to maluch nudzi się trochę
Pośród tych stworów większych od niego
Chciałby się bawić a nie strach wzbudzać
I mieć przyjaciela – choćby jednego!

Może być mały okręcik z papieru
Co drogę pomylił i przystań zgubił
Byleby tylko z małym stworkiem
Chociaż troszeczkę się polubił

Bo chociaż dziwnym był on stworkiem
I mieszkał na wyspie z innymi stworami
To przecież tak jak ten okręcik
Lubił ocean i niebo z gwiazdami

Na wyspie stworów, wśród piasku i liści
Mieszka okręcik z papieru czerwony
A mały stworek co muchy nie skrzywdzi
Nie czuje się już osamotniony

Jak to możliwe, że choć tak różni
Zupełnie inni, z tworzywa innego
A jeden tak przepada za drugim
A drugi nie może żyć bez pierwszego?

Na przekór burzom i żółtym liściom
Z dala od nudnej spokojnej przystani
Tak bardzo inni, różni od siebie
Za to już nigdy nie będą sami

Liściasty ocean spokojne ma wody
Z liści, patyków, deszczu i słońca
Na wyspie pełnej dziwnych stworów
Przyjaźń prawdziwa trwa bez końca
🙂

Człowiek

Dla Kamili W. B. :)

Pewnego razu był sobie człowiek
Który się nie wyróżniał
Nigdy nie bywał nigdzie przed czasem
Nigdzie się nigdy nie spóźniał

Ubrania miał gładkie, w szarych kolorach
Takie co z tłem się zlewają
I nigdy nigdzie w żadnym wypadku
Niczym nie wyróżniają

Nigdy nie mówił zbyt głośno lub cicho
Zbyt dużo albo zbyt mało
Zawsze tak samo, byle to także
W niczym go nie wyróżniało

Nie wyróżniały go także
Żadne znaki szczególne
zupełnie zwyczajne na wszystkich
Robił wrażenie ogólne

Włosy i oczy, buty i plecak
Wszystko w kolorze tła
Jakby go spowijała
Poranna szara mgła

I jakby żył w niej od zawsze
I nigdy z niej nie wychodził
Jakby miał zniknąć w niej kiedyś
Tak jak się w niej urodził

Lecz… kiedy dzień szarzał
I deszcz spadał grubymi kroplami
Słońce zmarznięte kryło się całkiem
Za brunatnymi chmurami

Ów człowiek wychodził na spacer
Zupełnie odmieniony
A w dłoni dzierżył wielki parasol
Calutki czerwony!

Nie szary, mały i skromny
Jak on sam na codzień
Nie przemykając szybko
Jak jakiś przeciętny przechodzień

W deszczu był inny niż zawsze
Jak nowo narodzony
A wszystko przez ten parasol
Calutki czerwony!

Na codzień w kąt wciśnięty
Lub w szafie głęboko schowany
Dostał go kiedyś w prezencie…
Od swojej kochanej mamy

Dla której zawsze wszystkim
Różnił się od każdego
Więc dała mu coś takiego
Jak on wyjątkowego

I ten parasol go chronił
Przed wiatrem i przed deszczem
Przed świata smutną szarością
I pewnie przed czymś jeszcze…

Czerwony parasol w deszczu
Mokrym, szarym i burym
Zupełnie jak kwiat niezwykły
Na tle deszczowym ponurym

Kto by się na to odważył
Tak bardzo się wyróżnić?
Od tła szarego nieba
Czerwienią się odróżnić!

Czy nie był to dowód na to
Że życie to jednak czary
I że ten pan z mgły utkany
Nie był tak całkiem szary?

Czy nie był to dowód na to
Że ten pan zagadkowy
Na codzień taki zwyczajny
Był… bardzo wyjątkowy?

Bo serce tego Pana
Który się nie chciał wyróżniać
Nigdy nie mówił zbyt głośno
I bardzo nie lubił się spóźniać

O każdej porze roku
Czy słońce czy deszcz na dworze
Zawsze było i będzie
W bardzo czerwonym kolorze

🙂

Dwóch Królewiczów

Pewnego razu był sobie Królewicz. Nie taki co to wszystko mu przynieś i podaj. Nie taki co to ma wstążki przy portkach i patrzy na wszystkich z góry. Nie. To był normalny Królewicz. Miły i dobrze wychowany. Odważny i dzielny. Wesoły i przyjacielski. A przy tym… bardzo biedny.
Myślicie, że gdyby był bogaty to byłby inny? Stałby się może zarozumiały? I nie chciał zadawać z nikim?
Może tak, może nie. Kto to wie.

Królewicz żył sobie spokojnie w skromnej chatce na skraju lasu. Tuż przy szerokiej drodze prowadzącej do zamku. Tak, tak. Nieopodal stał wysoki i wspaniały zamek. Który można było dojrzeć z daleka. Bo sięgał ponad czubki drzew.

W zamku mieszkał drugi Królewicz. Ale pierwszy Królewicz nigdy go nie widział. I nie potrafił powiedzieć czy i ile wspólnego mogli mieć ze sobą. W ogóle nie zajmował sobie tym głowy. I my też na razie nie będziemy.

Dni mijały biednemu Królewiczowi szybko i pracowicie. Ustalmy może już teraz, że jego bieda nie polegała na tym, że nie miał co jeść i chodził w jednej tylko koszuli. Nie… miał ich kilka, całkiem porządnych. I zawsze miał co jeść. Tylko, że sam sobie gotował i sam kupował sobie te koszule. Ot, taka bieda! Według niego samego – żadna tam bieda. Normalne życie. Problem tylko w tym, że był Królewiczem. I ktoś mógłby uznać, że nie takie życie powinien mieć Królewicz. Ale to już jest problem tego kogoś, prawda?

Królewicz pracował. Bo musiał. Inaczej nie mógłby jeść tego co lubi i nosić codziennie świeżej koszuli. I lubił. Bo nie lubił bezczynności. A to co robił było naprawdę niezwykłe.
Otóż Królewicz produkował lampy. Zupełnie niezwykłe. Lampy z witraży. Małe i duże. Owalne i okrągłe. Jasne i kolorowe. Jak barwne ptaki. Lub kwiaty. Lub motyle o różnobarwnych skrzydłach.
Piękne to były lampy. I świeciły najjaśniejszym światłem. I najcieplejszym. Takim, które potrafi z mrocznego i ciasnego pomieszczenia uczynić pałacową komnatę. Lub przytulny kącik. W którym miło jest spędzić wieczór.
Królewicz był pracowity ale miał też do tego talent. Bo w każdej lampie, jaką wykonał, było coś niezwykłego. Co sprawiało, że żadna nie była podobna do innej. A jednocześnie każda była piękna.

Lampy rozchodziły się jak świeże bułki. I tak samo szybko wieść o nich. Do skromnej chatki Królewicza przybywali ciągle nowi chętni na zakup jednej lub kilku lamp. Ale też byli tacy, którzy chcieli je tylko zobaczyć bo tyle słyszeli o ich niezwykłej urodzie.
Teraz może zapytacie dlaczego Królewicz był biedny skoro miał taki świetny fach w ręku? Przecież sprzedawał niezwykłe lampy, ręcznie robione. Mógł je tak wycenić, żeby stać go było na nowy dom i może kogoś, kto gotowałby mu obiady?
Ale Królewicz najwyraźniej nie miał aż tak wielkiego zapału do zbierania pieniędzy jaki miał do robienia lamp. Zdarzało się, że wręczał czasami komuś lampę zupełnie za darmo. Kiedy widział, że ten nie ma czym zapłacić. A lampa rozświetli mu szare i podobne do siebie dni, pełne trudu i ciężkiej pracy. Cieszyło go to bardziej niż pieniądze.
Pieniądze są potrzebne w życiu. Każdemu. A Królewiczowi powinny być potrzebne zwłaszcza. Ale czy wiecie że nie każdy chce ich mieć dużo? I że są tacy, którzy naprawdę wiedzą o tym, że za pieniądze nie da się kupić wszystkiego? A najważniejszych rzeczy w życiu to już w ogóle nie? Czy wiecie, że uczeni ciągle zadają sobie pytanie, badają i sprawdzają – co ludziom daje szczęście? I czy wiecie, że ciągle im wychodzi, że wcale nie pieniądze???
Dziwne, wiem. Ale tak właśnie jest.

Najwyraźniej Królewicz należał do tych, którym na pieniądzach nie zależało. Lubił za to mieć towarzystwo. I kochał swoje zajęcie. W każdą z wykonanych własnoręcznie witrażową lampę wkładał serce i duszę. I każdy kto taką lampę zapalał, od razu to czuł.

W związku z tym wszystkim skromne progi ubogiego Królewicza, zawsze pełne były gości. Wnętrze jego domu było jasne i przytulne – nie tylko za sprawą niezwykłych lamp ale i przyjaciół, których miał wielu. A Królewicz zawsze miał dobry nastrój. I nigdy nie zastanawiał się nad tym dlaczego musi pracować. I dlaczego nie mieszka w dużym zamku. A jego życie wydawało mu się takie, jakie życie Królewicza powinno być.

Jak już zostało wspomniane, nieopodal stał zamek. Wysoki i obszerny. Z daleka widoczny, nad czubkami drzew. I mieszkał w nim drugi Królewicz. Inny niż ten pierwszy.
Otoczenie w jakim się rodzimy i wychowujemy, kształtuje nas. I to jest zupełnie naturalnie. Inaczej żyje się w małej chatce na skraju lasu. Kiedy do lasu jest tak blisko. Inaczej w wielkim zamku – w którym daleko jest nawet do drzwi prowadzących na dwór. A za drzwiami dopiero zaczyna się droga. I potrzeba odwagi, żeby na nią wstąpić. Kiedy mieszka się w małej skromnej chatce to tak jakby miało się świat cały tuż za ścianą. Kiedy mieszka się w wielkim zamku – zamek wydaje się całym światem. A wszystko co poza nim – to, co jest światem prawdziwym, realnym – wydaje się tak dalekie i obce, że po prostu nieosiągalne.

Drugi Królewicz mieszkał w zamku prawie zupełnie sam. Z nieliczną służbą, która dbała o zamek i Królewicza. Był bogaty więc nie musiał pracować. Nudził się więc czasami. I włóczył po zamku jak duch. Z miną strapioną. Drugi Królewicz czasami czuł się bardzo samotny. Ale nigdy się do tego nie przyznawał. Nawet przed samym sobą. I nigdy nie zastanawiał się nad tym czy jego życie mogłoby być inne. Radośniejsze. Pełniejsze – czy jak to tam nazwać. Jego życie wydawało mu się właśnie takie jakie życie Królewicza powinno być.

Tym bardziej był zdumiony kiedy doszły go wieści o pierwszym Królewiczu. I o jego
niezwykłych lampach. O tym, że są piękne i niepowtarzalne. I że potrafią z najbardziej mrocznego i samotnego wnętrza uczynić wnętrze pełne ciepła i mniej samotne.
Zapragnął nie tylko mieć taką lampę. Która rozjaśniłaby mu długie wieczory i pochmurne dni w zamku. Ale także poznać Królewicza, który cieszył się taką sympatią wśród ludzi. Ale przede wszystkim – mieszkał poza dużym zamkiem, blisko ludzi i świata. Pracował. Żył… zupełnie inaczej niż on. Mimo, że też był Królewiczem.

Pierwszy Królewicz przyniósł ze sobą do zamku nie tylko kilka najpiękniejszych lamp. Ale też zapach lasu. I też sposób bycia zupełnie dotąd nieznany drugiemu Królewiczowi. Oznaczało to w każdym razie, że Królewiczem można być na różne sposoby.

– Jestem bardzo bogaty – powiedział Królewicz z zamku – mogę dać ci mnóstwo pieniędzy za twoje lampy.
– Dziękuję – odpowiedział pierwszy Królewicz – aż tak dużo za nie nie żądam.
– Zapłacę ile zechcesz – powiedział Królewicz z zamku – jeśli sprawisz, że moje życie będzie ciekawsze, mniej samotne, weselsze. Inne.
– Nie jestem czarodziejem! – zaśmiał się pierwszy Królewicz.
– Ale twoje lampy podobno to potrafią – odpowiedział Królewicz z zamku – podobno przyciągają do ciebie ludzi. Przysporzyły ci wielu przyjaciół. I zawsze masz dobry nastrój…
– Jeśli tak – uśmiechnął się pierwszy Królewicz – zostawię tu ich kilka. I zobaczymy. Jeśli sprawią to czego sobie życzysz – wtedy mi zapłacisz.
Umowa została zawarta. Najpiękniejsze lampy witrażowe zostały w zamku. Rozświetliły kilka najważniejszych komnat. Zrobiło się weselej i przytulniej. Ale to zupełnie nie było to, czego życzyłby sobie drugi Królewicz. Bo przecież chciał przestać czuć się samotny. A przez te lampy… z dnia na dzień czuł się samotny coraz bardziej.

Kiedy po kilku dniach pierwszy Królewicz zgodnie z umową zjawił się w zamku, drugi Królewicz przywitał go chłodno.
– Nic ci nie zapłacę. Twoje lampy są do bani. Nie są czarodziejskie. To po prostu… tylko lampy!
– Od początku tak było – odpowiedział pierwszy Królewicz – nigdy nie twierdziłem inaczej.
– Nie dostaniesz za nie ani grosza!
– Trudno – odpowiedział pierwszy Królewicz – taka była umowa.
Pożegnali się więc i więcej już nie zobaczyli.

Biedny Królewicz żył dalej skromnie, w otoczeniu przyjaciół. I nadal robił lampy witrażowe. Coraz piękniejsze. Coraz więcej. Kiedy potrzebował – kupował sobie nową koszulę. A kiedy miał ochotę – jadł coś smakowitego. I był przekonany, że takie właśnie powinno być życie Królewicza.

Drugi Królewicz nadal mieszkał w dużym zamku. Codziennie wędrował po pustych korytarzach, jak duch. Niczego mu nie brakowało – bo był bardzo bogaty. A jednocześnie – brakowało mu wszystkiego. Ale nigdy by się do tego nie przyznał. Nawet przed samym sobą. Poza tym był przekonany, że właśnie takie powinno być życie Królewicza.

I wiecie co? Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi? Może należałoby odłożyć na bok żmudne badania badaczy? I zaprzestać poszukiwań odpowiedzi na pytania o szczęście i nieszczęście? Może wcale nie trzeba być szczęśliwym? Bo co to właściwie oznacza? I co dla kogo?
Może chodzi o coś zupełnie innego? O to właśnie i mianowicie : Żeby być przekonanym, że nasze życie jest dokładnie takie jakie ma być! I nic więcej!
Może właśnie o to chodzi???
Czy może nie…?

Nad pięknym jeziorem

Pewnego razu była sobie Ważka. Piękna! Fioletowo – szmaragdowa. Jak prawdziwy klejnot. Jej skrzydełka poruszały się tak szybko, że każdy kto na nią spojrzał mógłby przysiąc, że nie poruszają się w ogóle. Były delikatne i rozłożyste. Piękniejsze niż skrzydełka motyla. Jakby ktoś utkał je ze srebrnej nici. Przetkane promieniami słońca. Błyszczące od kropelków rosy.
Wszyscy w okolicy znali i podziwiali piękną Panią Ważkę. Z przyjemnością na nią patrzono. Była prawdziwą ozdobą okolicy. I wiele owadów chciało być jak najbliżej niej.

A Pani Ważka? Absolutnie nic sobie z tego nie robiła. Wszyscy wokół byli jej zupełnie obojętni. Bez wyjątku. Była piękna i wyjątkowa. Niepowtarzalna. Cóż mogli ją obchodzić inni? Wystarczyło jej całkowicie jej własne odbicie w wodzie. Blask jej srebrnych skrzydełek. Mieniące się w słońcu kolory fioletowo – szmaragdowej smukłej sylwetki. Była najpiękniejsza w całej okolicy. I każdy musiał to przyznać spojrzywszy na nią choć raz.

Biada temu kto zadłuży się w kimś takim. Kimś kto wystarcza sam sobie. I widzi tylko siebie. I nic poza tym.

Ale nie mogło być przecież inaczej. Znalazł się nieszczęśnik. Marzyciel i romantyk. Wytworny Polny Konik. W długim zielonym fraku i białych rękawiczkach. Namiętnie grający na saksofonie. Tak, że serce się rozdzierało. Każde… poza sercem pięknej Pani Ważki. Miłość nie widzi jednak przeszkód. W ogóle zresztą nic nie widzi. Bo często jest kompletnie ślepa. I pełna wiary w spełnienie.

– Ta Ważka… Taka ważna. Że niby najpiękniejsza! Phi…- plotkowała Komarzyca na bazarku – Konik Polny to naiwniak. Ona nigdy go nie zechce!
– Nie wiadomo – Biedronka przeglądała ze znawstwem towary, które Żuk przywiózł na swój straganik – te mszyce to na pewno świeże?
– Oczywiście, że świeże! – obruszył się Żuk – świeżuteńkie.
– Wie pani – Biedronka zwróciła się do Komarzycy – Konik Polny to bardzo dobra partia. Jego rodzina jest od pokoleń znana i szanowana w całej okolicy.
– Myśli pani, że ona na to zważa? – Komarzyca zapakowała nektar z czerwonych kwiatów – ma się za lepszą od nas wszystkich, ot co!

I cóż z tego, że rodzina Konika Polnego znana była i szanowana? Cóż z tego, że niejedna z okolicznych panien Motyli czy Błękitnych Muszek z chęcią oddałaby serce Konikowi! On kochał tylko jedną. Piękną i niedostępną Ważkę. A ona – wcale nie kochała jego.

Pewnego razu Konik Polny, w długim zielonym fraku i białych rękawiczkach, stanął pod liściem, na którym wygrzewała się Pani Ważka. I zaczął grać. Nie za głośno. Delikatnie. Z wielkim uczuciem. Z prawdziwym talentem. Dźwięki, które wydobywał ze swojego saksofonu poruszały serca i dusze. Wkrótce wokół zebrała się spora gromadka mieszkańców brzegu jeziora. Żuczki, Pajączki, Mrówki i Żabki. Muszki i Motyle zapatrzone miłośnie w Polnego Konika.
Jednak nie dla nich był to koncert. Nie dla nich piękne dźwięki. Nie dla nich muzyka prosto z serca płynąca.

Cóż na to piękna Ważka? Nawet nie poczekała aż muzyka ustanie. Wstała z liścia i przeciągnęła się z miną obojętną na wszystko. A potem… odleciała. Nawet nie spojrzawszy na Konika Polnego.

Teraz plotkowali już wszyscy. Nie tylko na bazarku.
– Co za charakter! Okropny! – złościł się Żuk – ten Konik to taki porządny młodzian. Zawsze grzeczny.
– Za wysokie progi – zaśmiała się Mrówka – wszyscy przecież jesteśmy gorsi od niej.
– Oj tak… – westchnął gruby Pająk – może i jest piękna. Ale to tylko piękno zewnętrzne. A w środku? Nic z czym chciałbym mieć do czynienia.
Tak powiedział gruby Pająk. Z którym mało kto chciał mieć do czynienia jeśli znał go tylko z widzenia. Ale serce miał wielkie i czyste jak złoto.

Konik Polny nie chciał słuchać plotek. I dobrze. Plotki to nic dobrego. Każdy dodaje od siebie ziarenko. I potem już nie wiadomo co było na początku.
Lepiej samemu sprawdzić sprawy. O ile można. I o ile jest się przygotowanym na wszystko. Także na wielkie rozczarowanie.

Konik Polny nie był z tych, którzy łatwo się poddają. Jeszcze kilka razy dawał koncert dla pięknej Ważki. Zbierał przy tym zawsze sporą publikę. I wielkie owacje. Tylko jedna pani jawnie i ostentacyjnie okazywała brak zainteresowania. Co nie zrażało zakochanego Konika. Za to smuciło wszystkich wokół. Bo Konik Polny tak bardzo się starał. I tak wiele uczuć wkładał w swoją grę.

W końcu odważył się. I przyszedł się oświadczyć. Pięknej Pani Ważce. Zielono – szmaragdowej. Przyniósł bukiet kwiatów. I pierścionek po babce. I klęknął przed nią – jak należy.
Sama odmowa to mógłby jeszcze nie być cios najgorszy. Ale te słowa…
– Ty??? Zielony Konik Polny??? Może Motyle i Błękitne Muszki mdleją na twój widok! Może je rozczula to twoje trąbienie. Ale ja? Ja jestem inna. Lepsza od nich. Chyba przyznasz! Dlaczego miałabym chcieć ciebie???
Konik Polny zniósł to dzielnie. Ale serce połamało mu się całkiem. Na kawałki. I było już do niczego. A melodie, które odtąd grał na swoim saksofonie, były tak smutne. I tak piękne. Że wszyscy, którzy ich słuchali – płakali.

Pewnego razu na brzeg jeziora wprowadził się Jelonek Rogacz. Żuk nad żukami! Król owadów. Przynajmniej tak zwykle go traktowano. Piękny był jak królewicz z bajki. Pewny siebie i swobodny. Arystokrata. Lub taki się urodził. Urodziwy na zewnątrz. Ale i w środku.
Ale nie obnosił się z tym. Równy był z niego gość. Przyjacielski i sympatyczny. Szybko zjednał sobie wszystkich wokół i polubili go tak, jakby żył z nimi od dawna.
Nic sobie z tego nie robił, że robił wrażenie na wszystkich. A zwłaszcza na pannach Motylach i Błękitnych Muszkach. Także Mrówki, Żabki, Pająki i Biedronki z podziwem patrzyły na Jelonka Rogacza. I wszyscy się cieszyli, że ktoś tak wyjątkowy zamieszkał w sąsiedztwie.

I ktoś jeszcze zwrócił na niego uwagę. Ktoś kto zadłużył się po uszy. Chociaż nie chciał się do tego przyznać.
Piękna Ważka, szmaragdowo – zielona, ze srebrzystymi skrzydełkami. Zadłużyła się w Jelonku. Przystojnym i tak innym od wszystkich, których znała dotąd. Oto był ktoś dla niej! Partner idealny. Piękny jak z bajki.
I chociaż dumna była i wyniosła, to kiedy tylko zjawiał się w pobliżu, wykonywała popisowe loty. A jej smukłe ciało połyskiwało w słońcu.

– Widziała Pani? – szeptała Komarzyca do Biedronki nad straganem pana Chrząszcza – piękni są oboje. Przyznać trzeba. A ona bez wstydu go adoruje.
– Szkoda go dla niej – odpowiadała Biedronka – co z tego, że piękna? Czy do życia razem piękno jest potrzebne? Czy wystarczy go za wszystko czego w środku brak?

Znowu plotkowano. Bo każdy lubi plotki. Chociaż one nigdy nie przynoszą nic dobrego. Ale Rogacz Jelonek nic sobie z nich nie robił. Owszem, zauważył piękną Panią Ważkę. Zauważył jej spojrzenia i zaloty. Ale co miał poradzić na to, że zupełnie nie była w jego typie. Zbyt błyszcząca. Zbyt wyraźna. Wolał skromność i prostotę. A w ogóle to miał jeszcze czas na amory. Życie przed nim. I spotka jeszcze nie jedną owadzią piękność na swojej drodze. A nawet jeśli nie – czy po to żyje, żeby się tym teraz zamartwiać?

Na nic Ważki zaloty. Na nic srebrne skrzydełka. Piękny Jelonek Rogacz uśmiechał się grzecznie do niej. Czasami prawił komplementy. Ale na nic więcej nie mogła liczyć.

Nad brzegiem jeziora. Połyskującego w blasku zachodzącego słońca. Pachnącego latem. Piękna Ważka usychała z miłości. Która nie mogła się spełnić. Niezwykły Jelonek Rogacz wiódł żywot kawalerski – otoczony przyjaciółmi. Wytworny Konik Polny z sercem połamanym na kawałki grał wieczorami na saksofonie. I była to najlepsza maść przeciwbólowa. I nie tylko dla niego.

Biedronka rozsiadła się wygodnie na zielonym leżaku.
– Spokojnie tu, prawda? – zagadnęła Komarzycę, która rozkładała na trawie kolorowy koc – gdzie może być lepiej niż nad brzegiem jeziora?!
– Oj tak – przytaknęła Komarzyca – nigdzie nie jest spokojniej. I piękniej…

Pajączek

Pewnego razu żył sobie Pajączek. Niewielki i szczupłej sylwetki. Nogi miał chude i raczej długaśne. I miał ich aż osiem.
Mając osiem nóg można zajść daleko! Tak przynajmniej myśli wielu. Osiem nóg to nie to samo co zaledwie dwie nogi. A długie nogi to już majątek. Z takimi nogami to kroki są dłuższe. Można też biegać szybko. Lub po prostu – dobrze się na nich prezentować. Co przecież też nie jest bez znaczenia.
Tak to wygląda z boku. A jak jest naprawdę?
Naprawdę to natura tak to rozdzielała, że akurat pająkowi dała osiem nóg. A on się wcale o to nie prosił. I teraz wszyscy oczekują, że te cztery pary długaśnych odnóży zaprowadzą go gdzieś daleko, wysoko… gdzieś gdzie nie da się dojść mając tylko dwie nogi albo nawet cztery.

I tu się zaczyna cała historia. Bo ten pająk akurat nigdzie nie zamierzał dojść. W dodatku kiedy szedł za szybko na swoich długich nogach to zdarzało mu się potknąć o którąś i o mało nie wywijał kozła. Może też dlatego, że był z natury trochę marzycielem. I zdarzało mu się zamyślić na chwilę.
Tak to już jest. Inaczej sprawy wyglądają z zewnątrz. A inaczej u ich sedna.
Zapanowanie nad czterema nogami to już jest wyczyn. A spróbuj z ośmioma!
Nie to, żeby mu to utrudniało życie. Życie brał takim jakie jest i nie zamierzał narzekać. Ani na ten dar od natury w postaci ośmiu długaśnych, wiecznie plączączych się nóg. Ani na nic innego.
Życie upływało mu zwyczajnie. Po części na wypełnianiu codziennych pajęczych obowiązków. Jak tkanie misternych pajęczych sieci. Po części na przyjemnościach. Jak włóczenie się bez celu to tu to tam. Wygrzewanie na słońcu. Czy… pisanie wierszy.
Tak, tak. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – ten oto Pajączek był poetą. Zupełnie niechcący i nie zaplanowanie. I nie od zawsze. Któregoś dnia odkrył, że rymy składają mu się same w głowie. A każdy listek, płatek, słoneczny lub deszczowy poranek, przynoszą natchnienie i wielką potrzebę opiewania tego wszystkiego w wierszach i rymowankach. A nawet we fraszkach czasem!
Tak właśnie było.
Ale nikogo to nie obchodziło. Bo pająk nie po to jest na świecie, żeby być poetą! Nie po to natura dała mu długie i szybkie nogi, żeby pisał wiersze. Bo to tak jakby marnował ten dar. Zamiast zrobić z niego użytek. A wiersze… wiersze to niech piszą dżdżownice. One nie mają nóg. I może mają czas na tworzenie.

Pewnego razu Pajączek jak zwykle wędrował przed siebie. Niezbyt szybko – bo nikt go nie gonił. Niezbyt składnie – no bo osiem nóg! Niezbyt tym zmartwiony, żeby nie zauważyć, że wiatr porusza trawy i wyglądają jak zielone morze. I że drzewa kłaniają się sobie wytwornie. A białe chmury mkną przed siebie po błękitnej polanie niebios jak małe rozbrykane owieczki.
Pająk zatrzymał się i rozejrzał powoli. W głowie zaczął opisywać sobie piękne obrazy, na które patrzył. Powoli wyjął z kieszeni mały notatniczek, który zawsze nosił przy sobie. I na pewno byłby z tego piękny wiersz. Ale w tym momencie ktoś całkiem blisko – bo nad samym uchem pajączka – całkiem głośno powiedział :
– Ależ masz długaśne nogi! I jaki jesteś szczupły! Musisz szybko biegać. A ja właśnie szukam biegacza. Ty może szukasz trenera? Chyba nie przypadkiem nasze drogi zbiegły się w tym miejscu. Trener Skoczkowski jestem! – i trener Skoczkowski schylił lekko głowę mrużąc przy tym oczy. Był brązowy i dość rosły. I był polnym pasikonikiem.
Ale zanim Pajączek zdążył odpowiedzieć cokolwiek pasikonik Skoczkowski już biegał z długą miarką dookoła i mierzył każde z jego ośmiu odnóży mrucząc coś pod nosem.
– Długie… szybkie… i aż osiem! Zawody już za tydzień. To będzie bieg. To dopiero będzie bieg! – tak mruczał pod nosem trener.
– Przepraszam… – zaczął Pajączek – ale ja nie…
– Spokojnie spokojnie! Nic się nie martw. Pewnie chciałbyś się jakoś odwdzięczyć. Ale nie trzeba. Nie trzeba. To dla mnie przyjemność. Naprawdę. Po prostu kocham te emocje! Te tłumy na trybunach. Gładką bieżnię… Tak jest brachu. Wiesz pewnie o czym mówię. Pewnie nie raz widziałeś. A może biegałeś już nawet po bieżni?
Pajączek nigdy nic takiego nie widział. Raz chyba coś słyszał. Ale się nie zainteresował. Bo bieganie go nie interesowało. Ani troszeczkę.
Tymczasem trener, klepiąc go po plecach i nawijając bez żadnej przerwy, prowadził go  dokądś. I to tak, że pająk w ogóle się nie zorientował. I zupełnie niespodziewanie zobaczył przed sobą długą bieżnię w kolorze czerwonym. Jak czerwoną wstążkę pośród zielonych traw.
– Zaraz zobaczymy co potrafisz – powiedział pasikonik i ustawił Pajączka na linii, pod którą ktoś wymalował duży napis: START.
– Ale ja nie potrafię biegać… – zaczął Pajączek. Ale trener uciszył go ruchem ręki i zapatrzył w mały stoper, który wydostał z jednej z kieszeni swojej brązowej kurtki.
– Iiii… Start! – krzyknął z mocą i entuzjazmem w głosie a Pajączek – ze strachu chyba – ruszył na swoich długaśnych chudych ośmiu nogach przed siebie.
Niewiele jednak potrzebował czasu by… potknąć się o swoje długie nogi i runąć jak długi na czerwoną bieżnię.
Bieganie nie pociągało go nigdy. A to że ma długie nogi to przecież jeszcze nie oznacza, że urodził się biegaczem. Chociaż niektórym może się to nie mieścić w głowie.

Trener Skoczkowski po paru kolejnych próbach – podczas których Pajączek udowodnił mu już ostatecznie kompletny brak talentu do biegania – zrezygnował. Z rozczarowaniem i żalem spojrzał na długie nogi swojego niedoszłego podobiecznego i w końcu dał za wygraną.
– Przepraszam – bąknął nieco speszony Pajączek – to chyba nie dla mnie. Wie pan, wolę pisać wiersze…
– Wiersze??? – wykrzyknął trener z odrazą – z takimi nogami? Z tyloma nogami?! Mógłbyś zrobić karierę!

Ale przecież nie każdy chce robić karierę, prawda?
Pajączek mógł wrócić do swojego spokojnego i zwyczajnego życia. I mógł znowu patrzeć w niebo i układać wiersze…

No ale nie… Jednak nie mógł! Jego długaśne nogi i sylwetka musiały budzić zainteresowanie. Jakże by inaczej.
– Ależ Pan ma imponujące nogi! – cmoknęła Mucha poprawiając na nosie wielkie okulary przeciwsłoneczne – pewnie stawia pan siedmiomilowe kroki. Osiem na raz! Wybieram się do siostry za lasem. Może wybrałby się pan ze mną. A właściwie… zaniósł mnie tam?
Nim Pajączek zdążył zareagować już mucha gramoliła się na jego wątły grzbiet. A że Pajączek spokojne miał usposobienie i nie chciał kłótni – ale też trochę był nieśmiały – pomyślał, że właściwie może by mógł…
Mógłby. Gdyby swoje nogi traktował jak dar natury dzięki któremu może wiele dokonać. A nie jak zwykłe nogi, które służą co najwyżej do spacerowania. I czasami do biegania – ale tylko dla przyjemności.
W dodatku Mucha nie była najlżejsza. A on nie jest psem czy kotem, żeby móc ją nosić jak piórko.
– Phi – prychnęła Mucha – mieć tyle nóg i żadnego z nich pożytku.
Pajączek patrzył na nią z miną dobrotliwą. Czy wszyscy w końcu dadzą mu spokój?
– Wolę pisać wiersze – powiedział – a nogi potrzebne mi są do chodzenia po świecie.
– Wiersze??? – Mucha spojrzała na niego uważnie znad swoich wielkich okularów – eee nie… daj już spokój – machnęła ręką – przecież te nogi mogą dać ci sławę!

Nooo… ale przecież nie każdy chce być sławny prawda? Niektórzy nawet bardzo by tego nie chcieli. Bo wtedy to się już w ogóle nie ma spokoju. Ani czasu na pisanie wierszy.

– Piękne nogi – westchnęła pani Motyl – długie i chude. Kto by takich nie chciał? Pan powinien szczycić się nimi. Chodzić tu i tam i obnosić z nimi! Chwalić się!
– Ale proszę pani, to tylko kłopot – powiedział Pajączek podnosząc głowę znad swojego notatniczka – ciągle się plączą. I jest ich aż osiem. Muszę nad nimi wszystkimi zapanować. A poza tym… to zwykłe nogi. Przydają się. Bez nich nie mógłbym tkać sieci. I wędrować po łące. I opisywać potem wszystko co zobaczyłem – w moich wierszach.
– W wierszach??? – pani Motyl odchyliła się nieco w tył zdumiona – ależ pisanie wierszy to marnotrawstwo! Czasu. I tego wyjątkowego daru – ośmiu wspaniałych nóg! Dzięki którym mógłbyś tak daleko zajść!
– Ale kiedy ja kocham tworzyć! Moje wiersze dają mi tyle radości. I myślę, że niektóre są naprawdę dobre.
– Niemożliwe – skrzywiła się pani Motyl – jesteś pająkiem. A pająki nie piszą wierszy. Jesteś jeszcze bardzo młody. Kiedyś może wreszcie to zrozumiesz. Że w życiu ważna jest kariera, sława! A ty masz już zadatki. Bo dostałeś od natury takie nogi! Chyba nie chcesz być taki… bezużyteczny???
– Przepraszam – powiedział nagle stanowczym tonem Pajączek – a czy skoro już je dostałem to czy nie są to moje nogi? I czy nie ja powinienem decydować do czego chcę ich używać? Czy nie tak?
Pani Motyl zdziwiła się tą nagłą stanowczością. Patrzyła przez chwilę na Pajączka zamyślona a potem powiedziała:
– Sama nie wiem. Jesteś jeszcze taki młody… Skąd możesz wiedzieć co jest dobre dla ciebie?

No właśnie. Skąd ktokolwiek ma wiedzieć co jest dla niego dobre? I czy słuchać rad starszych, mądrzejszych, innych? Czy słuchać serca i tego co w duszy gra?

Pajączek przyjrzał się z zadowoleniem pięknej sieci, którą właśnie utkał. Tak – to zdecydowanie leżało w jego naturze. A teraz wybierze się na spacer. Na swoich długaśnych ośmiu nogach. Starając się ich nie poplątać. Na pewno w końcu zapanuje nad nimi. I kto wie – może nawet będzie biegał! Jeśli zechce.
A tymczasem napisze wiersz. Pewnie nie jeden. Świat taki piękny dookoła. Dary natury nieprzebrane. I rozbrykane chmurki na niebie. I pająki z długaśnymi nogami. Ośmioma na raz! Same cuda :). Czy nie można po prostu cieszyć się tym wszystkim zamiast od razu robić ze wszystkiego użytek?

W mrocznym parku

Pewnego wieczora Gniewek siedział przy oknie. Szary wieczór rozpościerał szare zasłony na niebie i rozwieszał je na gałęziach drzew. Drzewa w parku wyglądały jak pokręcone rzeźby z rozpostartymi ramionami. Brama do parku wyglądała jak magiczne wrota. Wysoka. Cała ozdobiona poskręcanymi listkami, które ktoś pewnie ręcznie wykonał z grubego metalu. A wyglądały tak, jak wycięte z cieniutkiego czarnego papieru. Tata mówił kiedyś, że ma ze 100 lat! Wyglądała na tyle. I że ma duszę. Tak się wyraził. I że teraz już nie robi się takich rzeczy. Gniewek nie bardzo rozumiał o co chodziło z tą duszą. Ale od tego czasu patrzył na tę bramę z wielką czcią.
Gniewek nie był w ogóle śpiący chociaż pora snu zbliżała się z każdą minutką. Nagle wpadł na dziwaczny pomysł: miał ochotę na spacer!
Wieczór był chłodny a spać mu się nie chciało. Po ciepłym dniu taki spacer to super pomysł!
Tylko… tylko, że się trochę bał. Cienie tańczyły w parkowej alejce tam gdzie pomiędzy drzewami rosły latarnie. Drzewa wyciągały swe ciemne ramiona jakby  chciały kogoś w nie złapać.
Wiatr co jakiś czas pogwizdywał lekko. Nietoperze zataczały kręgi nisko, na wysokości koron drzew… Pójść tam samemu??? Brrr…
Ale przecież mógłby pójść z kimś! Obok mieszka Ali. Ona jest wspaniała! Miła, wesoła i bardzo dzielna. Ona na pewno się nie boi. Gniewek lubił spędzać z nią czas. Może będzie miała ochotę na spacer?
Ali oczywiście miała ochotę na spacer. Na nią naprawdę zawsze można było liczyć.
– Tylko weź latarkę – poinstruowała Gniewka przez telefon – niedługo zrobi się całkiem ciemno i łatwiej będzie nam wrócić.
Spotkali się na ulicy pod blokiem. Dookoła było cicho i spokojnie. Od czasu do czasu przejechał samochód. Od czasu do czasu z któregoś okna dał się słyszeć czyjś głos.
A w parku… w parku było zupełnie jak w innym świecie. Trochę zaczarowanym. Trochę strasznym.

– Ty się nigdy nie boisz? – zapytał Gniewek.
– Czasami się boję – odpowiedziała Ali rozglądając się z zaciekawieniem po mrocznym parku. – Boję się dentysty – dodała.
– A nie boisz się ciemności? Dziwnych dźwięków w zaroślach? Nagłego szelestu liści???
Ali zamyśliła się na chwilę.
– Nie – odpowiedziała – tego się nie boję. To zawsze da się jakoś wytłumaczyć.
W tej chwili z góry, prosto pod ich stopy, spadł z drzewa z szelestem gruby powyginany konar. Gniewek odskoczył z przerażoną miną.
– Ktoś jest tam na górze – szepnął zadzierając głowę.
– Eee…- Ali machnęła ręką – nic takiego. Pewnie ptak strącił.
– Ptak??? Taki gruby konar??? – Gniewek wytrzeszczył oczy.
Ale konar nie był ciężki
W środku był całkiem pusty. Spróchniały.
– Pewnie spadł kiedyś na niższe gałęzie i leżał tam sobie pomiędzy nimi. Aż ptak czy inne żyjątko strąciło go przez przypadek – Ali ominęła konar i powędrowała dalej.
Było już całkiem ciemno i wszystko wyglądało teraz zupełnie inaczej niż za dnia. Cienie porozłaziły się po całym parku chwiejąc się lekko na chudych nogach. Wiatr kołysał park do snu a ptaki i zwierzątka krzątały się przed nocą robiąc mały harmider w zaroślach.
– Wracajmy – powiedział Gniewek – rodzice będą się niepokoić… Słyszałaś???!  – zatrzymał się nagle przerażony i chwycił Ali za rękę – co to było???
Krzew tuż obok nich poruszył się z szelestem jakby skrywał się tam jakiś stwór. Straszny, z pazurami!
– To pewnie jakiś mieszkaniec parku. Mysz może…? – zastanawiała się Ali spokojnie.
– Mysz??? Mała mysz ma taką siłę???
W tym momencie spośród gałęzi krzewu prosto na ścieżkę wybiegła ruda wiewiórka. A zaraz za nią druga. Popatrzyły na dwoje małych wędrowców i pobiegły na pobliskie drzewo.
Gniewek rozdziawił buzię ze zdziwienia. A Ali uśmiechnęła się i pociągnęła go za rękaw kurtki.
– Wszystko da się wytłumaczyć – rzekła.
Szli powoli ramię w ramię po ciemnej alejce wieczornego parku. Żwir szeleścił pod butami i ten dźwięk świdrował uszy.
Zastanówcie się: w dzień tysiące dźwięków mieszają się ze sobą. Jedne giną w drugich i powstają zupełnie nowe. Kiedy jest tak zupełnie cicho wtedy ten jeden dźwięk, który się usłyszy, nareszcie może zaprezentować się w całej swojej złożoności ale i prostocie. Szelest żwiru pod butem nagle urasta do rozmiarów piania koguta lub nawet klaksonu samochodu. A im dłużej się w niego wsłuchujemy tym bardziej wydaje nam się, że nigdy dotąd tak naprawdę nie słyszeliśmy szelestu żwiru. No to po prostu tak, jakby ze ścieżki wziąć jeden mały kamyczek, spośród tysięcy innych, i obejrzeć go dokładnie ze wszystkich stron.

Byli już blisko wyjścia z parku kiedy nagle z drzewa zerwała się chmara nietoperzy i niespokojnie zaczęła krążyć nad ich głowami. Ich skrzydła szumiały – albo Gniewkowi się tak wydawało – a ostre pazurki połyskiwały na tle kremowej kuli księżyca.
– Wyruszają na łowy- szepnęła Ali – jak co wieczór.
– Dzisiaj pełnia – powiedział Gniewek z przejęciem – wyglądają jak małe wampiry w czarnych pelerynkach.
Ali zaczęła się śmiać.
– Trochę to są takie małe wampiry. Ale nam raczej nic nie zrobią.
Smugi światła z latarek Gniewka i Ali obejmowały fragmenty chropowatych pni drzew, kępy wysokiej trawy, gałęzi zarośli. W świetle latarek wszystko wyglądało magicznie i strasznie. Dla Gniewka. Ale nie dla Ali. Ali na wszystko znajdywała wytłumaczenie. A to że wiatr, a to że ptak. Kiedy indziej – że wiewiórka albo mysz.
Gniewek słuchał co mówiła i cieszył się, że jest obok. Bo było mu dużo raźniej. Ale czasami przestawał słuchać i tylko wpatrywał się w dziwne kształty i faktury. I widział wyciągnięte ramiona, dziwne twarze i oczy, peleryny i szpony… i nie chciał słuchać tłumaczeń Ali. Bo o ile przyjemniej czasami jest się trochę bać w ciemnym parku wieczorem. Niż na każdą rzecz, za każdym razem, znajdywać najzwyklejsze na świecie wytłumaczenie.

Parkowa brama wyglądała w świetle książyca jak zaczarowana. Monumentalna. Najeżona i sroga. I jednocześnie jakby narysowana cienkim pędzelkiem na tle kremowej kuli księżyca. Misternie zdobiona poskręcanymi listkami, które w ciemności zdawały się lekko poruszać na wietrze. Musiała mieć 100 lat. Dzisiaj z pewnością nikt już nie robi takich bram. Takich, które mają w sobie duszę… Przeszli pod nią w milczeniu i z lekką trwogą. W pewnym momencie oboje poczuli dziwne muśnięcie na twarzach. Nie był to dotyk wiatru. Był to zupełnie inny dotyk… coś bardziej jak nić pajęcza ale nie tak lekkie.  Bardziej jak dotyk dłoni. Która głaszcze po policzku przed snem. Tylko taki ledwie odczuwalny…
Biegiem puścili się przed siebie nie oglądając ani razu. Zdyszani wybiegli do bloku i zatrzymali dopiero na korytarzu.
– Co to było Ali? Jak myślisz – zapytał Gniewek.
– Nie wiem…- Ali próbowała złapać oddech – nie mam pojęcia.
Pożegnali się krótko i rozeszli do swoich mieszkań. Zmęczeni i lekko oszołomieni.

Zanim Gniewkowi udało się usnąć, długo wpatrywał się w ciemność. Myślał o parku i o bramie, która ma duszę i trochę się bał. Ale gdzieś bardzo głęboko czuł podekscytowanie. I pewną
satysfakcję. Bo przecież wiedział to na pewno i czuł od zawsze. Że jednak… Jednak nie wszystko da się wytłumaczyć. I że to wcale nie jest prawdą. To – że nie ma się czego bać!

Zły dzień

Dla mojego Synka, który bardzo polubił tę bajeczkę 🙂 

– Zły dzień, zły dzień… dzisiaj będzie zły dzień…
– Co tam mruczysz?
– Zdaje się, że wstałem dzisiaj lewą nogą – powiedział Grysik i spojrzał ponuro na kolegę.
– Może nie będzie tak źle? – Marvin dawno nie widział Grysika w tak złym nastroju. Ale próbował jak mógł.

Szli do szkoły w milczeniu, Grysik nie miał ochoty rozmawiać. O niczym. Jego przyjaciel szedł więc obok i starał się być tak cicho jak to tylko możliwe. Tylko żwir na ścieżce szeleścił.
W progu szkoły spotkali Pat. Miała włosy związane w kucyk i niebieską koszulkę. Grysik bardzo ją lubił. Podobał mu się jej kucyk i miły głos. Chociaż nie przyznawał się do tego, Marvin wiedział że przyjaciel podkochuje się w Pat.
– Cześć Grysik  – Pat uśmiechnęła się promiennie.
– Odczep się- warknął Grysik – nie mam nastroju na pogawędki.
Pat była dziewczyną. A dziewczynom w takich chwilach robi się po prostu przykro. Pat odwróciła się gwałtownie i pobiegła do klasy. Na odchodne powiedziała coś jeszcze, w stylu:
– Czasami bywasz naprawdę okropny!
Grysik wzruszył tylko ramionami.

Podczas lekcji wiercił się i kręcił. Wyjątkowo nie mógł dzisiaj usiedzieć w ławce
Pani od matematyki – zwana przez nich Sinusoidą – spojrzała na niego znad okularów.
– Grysik – zwróciła się do niego – przypomnij nam proszę na jakim zadaniu skończyliśmy ostatnio?
Grysik miał pustkę w głowie. No tak! Wczoraj nawet nie zajrzał do zeszytu. Jakoś nie znalazł czasu. Kątem oka zauważył, że Marvin daje mu jakieś znaki. Pewnie próbuje mu pomóc. Ale on prycha na jego pomoc. Sam stawi czoła Sinusoidzie.
– Nie pamiętam – powiedział powoli i dobitnie patrząc nauczycielce prosto w oczy.
Sinusoida zsunęła okulary niżej, na czubek nosa, i spojrzała na niego badawczo. A potem pokręciła głową z dezaprobatą. Co się dzieje z tymi chłopcami? Przecież to miłe dzieciaki. A czasami coś jakby w nich wstępowało. Tyle lat pracy i doświadczenia a czasami człowiekowi brakuje odpowiedzi – co ma o tym myśleć?
– W takim razie dostaniesz dzisiaj dodatkowe zadanie domowe. Żebyś sobie utrwalił i poćwiczył pamięć.
Kiedy tylko skończyła się lekcja Grysik energicznie wyszedł z sali nie poczekawszy na Marvina. A kiedy po kolejnej lekcji rozpoczęła się przerwa obiadowa, poszli na obiad osobno. Co prawda Grysik rozglądał się za kolegą niosąc w ręku talerz zupy. Ale Marvin widocznie zjadł już i sobie poszedł. Grysik szedł rozglądając się na wszystkie strony. Nie zauważył idącego z naprzeciwka chłopca, który jak on niósł talerz z ciepłą zupą. Wpadli na siebie zupełnie niespodziewanie.  Zupa wylała się na podłogę. Zrobiło się zamieszanie…
I Grysik nie zdążył już zjeść obiadu. Ale i ten drugi także nie. Ale Grysik zdążył jeszcze  powiedzieć mu kilka przykrych słów bo przecież mógłby uważać bardziej jak chodzi i w ogóle!
Taki to był dzień.

W końcu lekcje skończyły się i Grysik z Marvinem wyszli ze szkoły. Pat minęła ich na swojej niebieskiej hulajnodze ale nawet na nich nie spojrzała. Jej kucyk oddalał się szybko podskakując wesoło. Marvin szedł obok przyjaciela milcząc. Nie wiedział jak poprawić mu nastrój. I nie chciał popsuć mu go bardziej. Ale szedł obok bo przecież to był jego najlepszy przyjaciel. Nie miał lepszego.
Grysik westchnął w pewnym momencie ciężko i powiedział:
– Co za okropny dzień! No mówię ci! Od rana wiedziałem, że będzie taki! Na szczęście już jest trochę lepiej. Już nie czuję się tak okropnie jak wcześniej.
– Mhm… – mruknął Marvin.
– No powiedz! – Grysik zatrzymał się i przytrzymał przyjaciela za ramię – sam powiedz! Tylko mi może się zdarzyć coś takiego! Prawdziwy pech! Same złe rzeczy od rana! Czy ktoś jeszcze wie jakie to uczucie?
Marvin patrzył na niego i się nie odzywał.
– Dlaczego nic nie mówisz? Co z tobą? Jeszcze ty…?!
No i wtedy już Marvin nie wytrzymał. I wyparował do kolegi:
– Chcesz??? To ci powiem! Proszę bardzo! Wymyśliłeś sobie rano, że masz zły dzień! Całą drogę do szkoły nie odezwałeś się do mnie ani słowem! Potem odezwałeś się brzydko do Pat – a ona chciała się tylko z tobą przywitać! Następnie byłeś niemiły dla Sinusoidy! I za co??? Za to, że się nie przygotowałeś do lekcji. Już nawet nie wspomnę, że kiedy chciałem ci pomóc odwróciłeś się ode mnie… wolałem już przez resztę czasu cię unikać bo bałem się, że znowu będziesz niemiły…
A podczas obiadu wpadłeś na tego chłopca. Przez ciebie nie zdążył zjeść obiadu a ty jeszcze go zwymyślałeś…
I może powiesz mi teraz : kto miał dzisiaj zły dzień? Ty??? Czy może te wszystkie osoby, dla których byłeś dzisiaj taki okropny???
– Widziałeś jak na niego wpadłem??? – zapytał Grysik kompletnie zaskoczony słowami przyjaciela – myślałem, że już sobie poszedłeś…
– Widziałem wszystko – odpowiedział Marvin – i
przez ciebie… miałem dzisiaj naprawdę zły dzień – dodał smutno.
Grysik stał teraz z bardzo głupią miną. Patrzył na przyjaciela smętnie. Marvin miał rację. Teraz dopiero to zrozumiał. Zachowywał się dzisiaj okropnie. Myślał, że ma zły dzień. Ale zdaje się, że to on go zepsuł.
A mimo to… jego przyjaciel był obok i znosił jego humory. I nawet próbował mu pomóc podczas matematyki. A teraz wygarnął mu wszystko – zupełnie słusznie. Zasłużył sobie na to bez dwóch zdań!
– Wiesz co Marvin, prawdziwy z ciebie przyjaciel. Przepraszam cię za dzisiejszy dzień.
– Nie tylko mi jesteś winien przeprosiny – odpowiedział Marvin.
– Wiem…- odpowiedział Grysik potulnie – jutro wszystko naprawię.
– Tylko żebyś znowu nie miał złego dnia – Marvin zmarszczył czoło.
– Miałeś rację – powiedział Grysik – to nie dzień był zły. To ja go zepsułem wszystkim dookoła.
Marvin pokiwał tylko głową a potem poklepał przyjaciela po ramieniu.

I więcej już do tego nie wracali. Bo nie było po co. Wszystko zostało już wyjaśnione i mogło być znowu tak jak zawsze.
Zwyczajne dni pełne dobrych rzeczy. A czasami trudniejszych – jak to bywa. Które jednak łatwiej znieść dzięki przyjaciołom i życzliwym ludziom wokół. A przecież każdy kogoś takiego gdzieś tam obok siebie ma. Chociaż może nie zawsze to zauważa.