Dom przy pewnej ulicy

Pewnego razu, w pewnym mieście, przy pewnej ulicy stał sobie różowy dom. Niewielki dom mieszkalny. W kolorze kremu z ptysi. W kolorze płatków róż. W kolorze truskawkowych lodów.
Cały różowy.
Dziwne, prawda?
Domy zazwyczaj są w zupełnie innych kolorach. Raczej niechętnie się wyróżniają. A w różowym kolorze to może być tort. Albo sukienka. Albo – niech już będzie – damski rower z fantazyjnie wygiętą ramą, jakby na kształt szyji łabędzia. Ale dom? Cały różowy??? Wielka rzadkość. Zwariowany pomysł! Brak smaku.
Chociaż może akurat ze smakiem miał coś wspólnego? Może właściciel jest cukiernikiem? I lubi kolor różowy? Bo kojarzy się z lukrem, kremem, słodyczami z dzieciństwa. Truskawkami z bitą śmietaną i nadzieniem truskawkowym w mlecznej czekoladzie …
Kto wie czym kierował się ten, kto zadecydował o takim właśnie kolorze domu.

Na tle innych domów ten od razu rzucał się w oczy. W każdą pogodę. O każdej porze roku. Na tle szarości,
beżu i bieli. I przybrudzonych dachówek. Różowy dom był jak… jak… jak plama na obrusie! Jak pryszcz na nosie! Albo może… jak lekki i różowy obłoczek miękkiej pianki w kubku czarnej kawy?

Ludzi drażnił trochę ten dom. Pokazywali go sobie palcami. Szeptali o nim. I chichotali czasami.

Czy różowy dom był brzydki? Czy różowy kolor jest brzydszy od beżowego? Czy może jest całkiem na odwrót?
No… ale nie o to przecież chodzi. Nie o spór o kolory. Nie o wyższość różu nad beżem czy błękitu nad szarością … Tylko o to, że nie pasował. Po prostu.
Ale do czego nie pasował? Ano … nie pasował do reszty. Do tych wszystkich szarych, beżowych i białych z przybrudzoną dachówką domów wokół. Nie pasował i tyle.

Czasami tak jest. Że się nie pasuje. Nie przystaje do reszty. Tylko, że gdyby dom był w kolorze zielonym to może to niedopasowanie nie byłoby aż takie. Albo choćby pomarańczowy. Ale różowy… to już skrajność jakaś.

Część mieszkańców postanowiła nawet udać się do burmistrza. Żeby zrobił z tym porządek. Bo tak być nie może, że ktoś tak bardzo odstaje.

Burmistrz był spokojnym człowiekiem. Nie czepiał się nikogo. Ale skoro ludziom się nie podoba to może trzeba coś z tym zrobić.
Ale co? Wyburzyć?! Czy przemalować? Przekonać cukiernika, że miejsce lukru jest w cukierni? I że różowy to może być raczej tort? Ale nigdy dom!
Albo może lepiej – ten burmistrz był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, co zdarza się niestety bardzo rzadko – może lepiej po prostu się odczepić? I zająć swoimi sprawami. Swoim życiem. Swoim domem. Lub czymkolwiek.
A cukiernik niech sobie mieszka w tym swoim różowym domu. To taki miły człowiek. I piecze naprawdę pyszne ciasta.
A że ma różowy dom…
A komu to przeszkadza???

Kolczasty dzień – czyli: czy krasnoludki są na świecie?

Czy krasnoludki są na świecie?? Co za pytanie! Są, były i będą! Zawsze…
Pewnego razu Memo wstał w bardzo złym nastroju. W nocy przyśniło mu się to niedorzeczne pytanie i może od tego się zaczęło. Wszystko go denerwowało. Macie czasami takie dni? Wszystko i wszyscy są przeciwko nam. Miałoby się ochotę wsiąść do statku kosmicznego i opuścić na zawsze tę planetę. Może gdzieś daleko jest miejsce, w którym każdy dzień jest pełen dobrej pozytywnej energii i wszystko zawsze układa się tak jak powinno? Może. Memo miał taką właśnie nadzieję.
Wsiąść do statku kosmicznego… łatwo powiedzieć ale skąd go wziąć?
– Nad czym tak myślisz- Delicjusz stanął tuż obok. Memo w ogóle nie zauważył kiedy przyszedł.
– Chciałbym czasami stąd uciec – Memo westchnął i spojrzał na Delicjusza. Czapka przesunęła mu się śmiesznie na bok. Wyglądał zabawnie. Zawsze tak wyglądał. I potrafił rozweselić każdego.
– Słuchaj Memo – powiedział nagle – mam pomysł!
Ooo! Pomysły Delicjusza bywały różne. Zwykle niezbyt mądre. Chociaż czasami ciekawe.
– Twoje pomysły nie uratują dzisiejszego dnia. Chyba już nic go nie uratuje – Memo spojrzał smętnie w okno – świat jest dzisiaj kolczasty jak jeż. Lepiej nawet nie wychodzić z domu.
– A właśnie, że wyjdziemy!- krzyknął Delicjusz i Memo aż podskoczył od tego okrzyku – zabieram cię Memoriuszu do obserwatorium mojego wuja. Może pozwoli nam spojrzeć przez lunetę. I poszukać lepszej planety dla ciebie.
Delicjusz mrugnął porozumiewawczo i szturchnął w bok kolegę.
Memo i tak nie miał nic innego do roboty.
Wuj Delicjusza był starym i mądrym krasnalem. Całe dnie obserwował gwiazdy i planety. Zbudował w tym celu całe obserwatorium. Ale nikomu nie pozwalał zbliżać się do urządzeń, które tam stały. Twierdził, że i tak niewiele ktokolwiek z tego zrozumie. A bezmyślnie gapić się w gwiazdy to każdy krasnal może równie dobrze leżąc na łące.
Delicjusz nie interesował się za bardzo gwiazdami. Ale chciał jakoś rozweselić kolegę. Wiedział, że Memo lubi niezwykłe rzeczy. Zwykłymi w ogóle nie zaprzątał sobie głowy. Nie rozmyślał o tym co powinien zjeść na śniadanie albo jaka będzie pogoda. Za to zajmowało go bardzo obserwowanie owadów i zbieranie różnych roślin. Miał w mieszkaniu całe sterty zielników, które sam zrobił.
Memo był kimś kogo mogły zainteresować gwiazdy.  Zwłaszcza dzisiaj.

Obserwatorium wuja Delicjusza mieściło się na skraju wioski krasnali. Wąskimi schodami szło się na sam szczyt pnia brzozy. A na szczycie wybudowano owalny domek, cały przeszklony. W środku znajdowało się mnóstwo bardzo dziwnych urządzeń i przedmiotów. Można było oglądać przez nie gwiazdy i planety w naprawdę dużym przybliżeniu. A resztę sobie wyobrazić lub dopowiedzieć. Albo obliczyć jeśli ktoś ma takie umiejętności.
To może wydawać się mało ciekawe- patrzeć na gwiazdę oddaloną tysiące lat świetlnych i już nie istniejącą. Ale kiedy już się zacznie, kiedy tylko myśl poleci tam wysoko, to wcale nie chce się  stamtąd wracać.

– Lubisz obserwować? – zapytał wuj Delicjusza patrząc na Memo znad okrągłych drucianych okularków, które wyglądały trochę jak mały rowerek, który zupełnie nie wiadomo dlaczego znalazł się na nosie krasnala.
– Lubię – odpowiedział Memo – lubię znajdywać odpowiedzi.
– Nie na wszystko jest odpowiedź – wuj Delicjusza uśmiechnął się lekko – ale szukać zawsze warto. Spójrz, widzisz tę jasną planetę po prawej? To planeta karłowata. Jedna z bardzo wielu krążących po orbicie Słońca. Ale jest planetą tylko z nazwy. Tych obiektów nie zalicza się do planet. I właściwie co za różnica? Co za różnica czy się zalicza czy nie? Jest tam, widać ją wyraźnie. My sobie obserwujemy, nadajemy nazwy, określamy masę.  Według naszej wiedzy a nie żadnej innej. Kto wie… a gdybyśmy stamtąd patrzyli na Wszechświat? Wszystko wyglądałoby inaczej?
I wuj Delicjusza spojrzał w niebo, które było niebieskie jak chabry. I w ogóle nie było tam widać gwiazd ani planet. Wszelkie zniknęły w oślepiającym świetle słońca, którego rządy tam wysoko są niepodważalne.
Wuj Delicjusza był naprawdę mądrym krasnalem.

Memo podszedł do największej lunety stojącej przy oknie. Zajrzał ostrożnie w okrągły otwór.
Najpierw bardzo się zdziwił bo cały Wszechświat jakby przewrócił się do góry nogami. Ale właściwie czy Wszechświat ma nogi? Czy ma górę albo dół? Czy względność wszystkiego nie jest najlepszą i jedyną sensowną odpowiedzią – na wszystko?
Wysoko, hen wśród ciemnych odłamków wirujących w pozbawionej zbawiennej grawitacji przestrzeni, planety krążyły wokół Słońca.
Była tam i planeta karłowata- niezbyt duża ale dobrze oświetlona. I gwiazdy, które zakończyły swój żywot dawno temu. Co można powiedzieć o ich realności?
Nagle coś zwróciło uwagę Memo. Był dobrym obserwatorem. Żaden szczegół nigdy mu nie umykał. Ani nieprawidłowość w poukładanym świecie przyrody.
Jedna z planet była całkiem zielona. Memo wpatrywał się w nią tak mocno, że nagle sięgnął wzrokiem aż do jej nierównej powierzchni. A potem zobaczył kratery – większe i mniejsze. A pomiędzy nimi kręte drogi. Na jednej z nich jakiś pojazd poruszał się przed siebie. Z prędkością, której nie sposób ustalić z takiej odległości. Dziwne, że w ogóle można go dostrzec. Luneta wuja Delicjusza musiała mieć naprawdę nie lada zasięg.
Nagle pojazd zatrzymał się i wysiadły z niego dwie postacie. Szczupłe i całe zielonkawe – jak planeta, na której się znajdowały. Memo zdawało się, że słyszy ich głosy.  Chociaż przecież to nie było możliwe. Jednak do jego uszu wyraźnie dobiegła rozmowa prowadzona w języku, który rozumiał dobrze:
– Kiepsko dzisiaj spałem.
– Znowu źle spałeś? Według mnie – zdecydowanie za dużo myślisz.
– Nie masz czasami dosyć tego miejsca?
– Nigdy o tym nie myślałem. Chodźmy lepiej w jakieś fajne miejsce. Mam już nawet pomysł.
– Chyba żaden pomysł nie uratuje dzisiejszego dnia.  Świat wydaje mi się dzisiaj kolczasty jak jeż. Najchętniej zaszyłbym się gdzieś i nie wychodził stamtąd.
– Dzisiaj niebo jest całkiem przejrzyste. Mój wuj kupił nowe urządzenia do obserwacji. Chodźmy do niego.
– Nie wiem czy mam ochotę…
– Przecież lubisz obserwować to co nas otacza. Może dostrzeżesz w końcu coś ciekawego. Może znajdziesz dla siebie lepsze miejsce we wszechświecie, he he…
– Bardzo wątpię. Jedynie dalekie gwiazdy i planety, na które i tak nie mógłbym się przenieść. Bo nie ma tam warunków do życia. Czasami tak bardzo miałbym ochotę uciec stąd daleko. Tam jednak nic nie ma. I najlepsze urządzenie do obserwacji tego nie zmieni.
Dwie zielonkawe postacie wędrowały przed siebie po krętej drodze wśród kraterów.
– Memo, Memo!- Delicjusz krzyczał mu prosto do ucha – chodźmy już. Jestem głodny.
– Ale tam… – Memo wskazał na lunetę szukając wzrokiem wuja Delicjusza.
– Tam nic nie ma, co?  -uśmiechnął się stary krasnal- wiem, wiem… można oczy wypatrzeć!
I zaraz dodał:
– Idźcie lepiej pobawić się gdzieś indziej. Nic tu po was.
Zanim Memo zdążył coś powiedzieć znaleźli się za drzwiami, na wąskich  schodach.
Kiedy byli już prawie na dole Memo przytrzymał Delicjusza za ramię i powiedział szybko:
– Idź, ja cię dogonię. Zapomniałem coś zabrać – i pobiegł do góry.
– Tylko szybko! – krzyknął za nim zrezygnowany Delicjusz- w brzuchu mi burczy.
Memo wpadł do obserwatorium zasapany:
– Chciałem tylko zapytać… – próbował złapać oddech – upewnić się…
– Czy krasnoludki są na świecie?? – wuj Delicjusza odwrócił się powoli i uśmiechnął do niego – co za pytanie? Są, były i będą! Zawsze… A jeśli ktoś dotąd ich nie zobaczył to przecież nie dlatego, że ich nie ma. Tylko widocznie za mało się o to starał.
A potem zamyślił się na chwilę i dodał powoli:
– Albo wcale nie patrzył…
Stary mądry krasnal spojrzał na Memo i mrugnął jakby porozumiewawczo. Albo tak tylko zdawało się Memo.
– Leć już Memo, bo Delicjusz umrze z głodu. To świetny krasnal. Zawsze umie wszystkich rozbawić i zatroszczyć się o innych.

– Tak – Memo przytaknął- to dobry przyjaciel.
– Właśnie. I wiesz co – wuj Delicjusza zawiesił głos i spojrzał na niego uważnie – i tego się trzymaj mój drogi.
A potem stary mądry krasnal  oddalił się w głąb swojego niezwykłego obserwatorium.

Memo schodził po schodach i czuł się lekko. Zły nastrój minął i wszystko znowu miało sens. Na dole czekał na niego przyjaciel – najprawdziwszy na świecie.  Czy ktoś w to wierzy czy nie. A co do wątpliwości… na wszelkie pytania wątpiących najlepszą i jedyną sensowną odpowiedzią jest względność wszystkiego i fakt, że nie na wszystko jest odpowiedź.
Gdzieś tam w górze teraz dwie zielonkawe postacie wędrowały pewnie przed siebie po krętej drodze wśród kraterów. Były tam niezależnie od tego czy ktoś na nie patrzył czy nie. I oby ich przyjaźń była tak dobra jak jego z Delicjuszem.
Stary krasnal – wuj Delicjusza – dobrze wiedział co mówi.

Magiczny kapelusz

Pewnego razu, daleko stąd, dawno temu… żył sobie bardzo ubogi człowiek. Nie miał prawie nic. Coś tam jednak miał. Miał dwa buty, spodnie i koszulę, szary ciepły płaszcz i brązowy kapelusz. I to właściwie było wszystko.
Człowiek ten niewiele jadł- tyle tylko ile potrzeba aby przeżyć. A to jest naprawdę niewiele. Niewiele pił. Tyle tylko ile potrzeba, żeby nie czuć pragnienia. Niewiele spał. Tyle tylko ile potrzeba, żeby nabrać sił przed kolejnym dniem.

Do życia naprawdę nie potrzeba wiele. Zastanówcie się. Żołądek pełen, nie czuć pragnienia ani chłodu. Jeśli do tego nic nie boli – wystarczy. Resztę można dostać od życia za darmo. Spacer po parku – nic nie kosztuje. Siedzenie na ławce w słońcu lub w cieniu – też nic. Wyobrażacie sobie??? Nikt z nas nie musi za to płacić! Płatki śniegu na języku- za darmo! Zapach kwiatów- całkiem gratis… Rozmowa z przyjacielem-bez opłat. Piękne chwile z pięknymi ludźmi- wartość bezcenna i… całkowicie darmowa. Jeśli tylko się chce i umie tak żyć.

Dlatego właśnie ten biedny człowiek wcale nie czuł się biedny. A w dodatku wcale na biednego nie wyglądał. Jego ubrania zawsze były czyste i leżały na nim dobrze. A jego twarz była pogodna.
Często spacerował ulicami i zaglądał w witryny sklepów.  Było tam mnóstwo pięknych rzeczy i można było na nie patrzeć- zupełnie za darmo!
Brak chęci posiadania tych rzeczy uważał za wielki dar, który otrzymał od losu. To taki rodzaj wolności, bezcennej.

Ten człowiek miał jeszcze jeden wielki dar. Potrafił opowiadać niesamowite historie. Pełne niezwykłych stworzeń, elfów, wróżek. Potworów i gadających roślin.
Pełne dalekich krajów i szalonych przygód. Tak jakby w jego głowie, pod brązowym kapeluszem mieszkały wszystkie te niesamowite stworzenia i codziennie przeżywały nowe przygody. Jakby płynęły pod nim rzeki i wyrastały góry. Jakby toczyło się tam życie pełne magii i czarów.
Pewien mały chłopiec codziennie przybiegał do parku, żeby posłuchać tych opowieści. Słuchał i słuchał. A potem śniły mu się one w nocy.  I chciał do nich wracać wciąż i wciąż.

Brązowy kapelusz był dla człowieka najcenniejszą z niewielu posiadanych rzeczy. Piękny, czekoladowo-brązowy. Z czarną karbowaną tasiemką wokół. Magiczny? Wyglądał na zupełnie nowy. Nosił go zawsze na głowie a głowę nosił wysoko. Co nie oznaczało, że czuł się lepszy od innych. Ale to, że nie czuł się od innych gorszy.
Kiedy ktoś spotykał tego człowieka w jego szarym płaszczu i czekoladowym kapeluszu nie mógł odgadnąć, że to jakiś biedny człowiek. Dopiero po dłuższej obserwacji mógł dostrzec, że ma na sobie jedyne ubranie jakie posiada. Spodnie, koszulę i dwa buty.
Szary ciepły płaszcz i kapelusz, który wyglądał zupełnie jak nowy.

Ponieważ człowiek nigdy nie rozstawał się ze swoim kapeluszem, po okolicy zaczęła krążyć plotka, że w kapeluszu zaszyty jest skarb. Drogocenny kamień lub coś w tym stylu. No bo jeśli ktoś jest taki zawsze zadowolony mimo bardzo skromnego życia to przecież nie może być prawdą, że jest biedny. Kto by uwierzył, że można cieszyć się słońcem, deszczem albo brakiem chęci posiadania czegokolwiek? Kto by uwierzył, że wolnością jest nic nie posiadać i cieszyć się chwilą? No?! Nikt by w to nie uwierzył!

Różne typki spod ciemnej gwiazdy zaczęły interesować się człowiekiem w brązowym kapeluszu. Niektórzy próbowali go nastraszyć i zmusić, żeby oddał kapelusz. Inni udawali przyjaciół i próbowali zdobyć go podstępem. Ale człowiek pilnował kapelusza jak pilnuje się najcenniejszego skarbu. Czym tylko podsycał pragnienia rzezimieszków.

W końcu komuś się udało! Kapelusz zniknął – nie wiadomo kiedy i gdzie.
Biedny człowiek posmutniał. Nadal spacerował ulicami i zaglądał w witryny sklepów. Nadal siadał na ławkach w parku. Ale czegoś brakowało.
Zgarbił się jakoś. Zmienił wyraz twarzy. Smutny był i przygnębiony. Jakby bez kapelusza był trochę innym człowiekiem. A w dodatku zupełnie przestał opowiadać swoje niezwykłe historie. Jakby opuściła go cała pogoda ducha i wyobraźnia.

Tymczasem złodziej zawiódł się bardzo. W kapeluszu nie było żadnego skarbu. Ani drogocennych kamieni ani pieniędzy zaszytych pod czarną karbowaną wstążką. Nic kompletnie! Ze złością kopnął więc kapelusz a potem wyrzucił.

Kapelusz toczył się pustą alejką w parku.
I tak wpadł w ręce małego chłopca, który podniósł go, otrzepał z piasku i zaniósł biednemu człowiekowi.
– Proszę- powiedział chłopiec- twój kapelusz.
Biedny człowiek rozpromienił się na widok kapelusza. Oglądał go ze wszystkich stron jakby jeszcze nie był pewien czy to na pewno ten.
– To mój kapelusz- powiedział w końcu – z całą pewnością.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Założył kapelusz na głowę i poprawił. Wyprostował się i znowu wyglądał jak dawniej.
– Dlaczego ten kapelusz jest taki ważny dla ciebie? – zapytał mały chłopiec – przecież to … tylko kapelusz.
Zupełnie zwyczajny.
– Nie jest zwyczajny – człowiek uśmiechnął się tajemniczo – jest absolutnie nadzwyczajny!
– A co w nim takiego nadzwyczajnego? – dopytywał chłopiec.
– Nikomu nie powiesz? – zapytał człowiek rozglądając się – ten kapelusz to mój największy skarb. Dzięki niemu jestem tym kim jestem.  A to coś najcenniejszego na świecie.
– Ale przecież jesteś tylko biednym człowiekiem – powiedział chłopiec niepewnie.
– Nie jestem biedny- uśmiechnął się człowiek – nie mam tylko pieniędzy. Mam za to coś dużo bardziej wartościowego…
Biedny człowiek zdjął kapelusz z głowy i odwrócił dnem do góry. A potem zachęcił chłopca żeby zajrzał do środka.
Czegoś takiego chłopiec nie widział nigdy dotąd! Kapelusz w środku wyglądał jak kolorowa mapa. Różniła się jednak od zwykłych map. Góry na tej mapie były wysokie, z poszarpanymi grzbietami. W rzekach płynęła woda- zimna i rześka. A w wodzie pływały ryby. I ryby te były różnokolorowe. Ich łuski błyszczały w słońcu jakby były ze szlachetnych metali i drogocennych kamieni.
Na mapie w niezwykłym kapeluszu były też wsie i miasteczka. Zaludnione przez niezwykłe stworzenia. Niebieskie, zielone i seledynowe. Z długimi rękami i nogami. W lasach, które rozciągały się pomiędzy miasteczkami i wsiami żyły prawdziwe wróżki i elfy. A lasy były zielone i pachniały żywicą. Wszystko to było niezwykłe i zupełnie nieprawdopodobne.

Człowiek w brązowym kapeluszu wędrował codziennie ulicami.  Siadywał w parkach i cieszył się słońcem. Cieszył się też deszczem i śniegiem. A kiedy tylko ktoś chciał słuchać opowiadał niezwykłe historie. Takie, które potem śnią się po nocach. Do których tęskni się i chce wracać wciąż i wciąż.
A pewien mały chłopiec nigdy nie miał dosyć tych opowieści. I zawsze przybiegał, żeby ich posłuchać. I słuchał ich z zapartym tchem.

Niestety mali chłopcy zazwyczaj nie umieją utrzymać języka za zębami. I nie ma to wcale związku z ich wolą, która zawsze jest dobra. Po prostu czasami fajnie jest podzielić się z kimś tajemnicą.
Wieść o niezwykłym kapeluszu rozeszła się więc po okolicznych uliczkach i zaułkach.
– Taki kapelusz to skarb – złodzieje z okolicy znowu uwzięli się na biednego człowieka.
I wkrótce czekoladowo- brązowy kapelusz znowu zniknął.

Biedny człowiek znowu zgarbił się i posmutniał. Tak niewiele miał. Jak można okradać kogoś kto nie ma praktycznie nic? Tak jakby takiemu komuś było wszystko jedno!
– To moja wina- powiedział mały chłopiec- nie dotrzymałem tajemnicy.
– Nie martw się- powiedział człowiek- na nic nie przyda im się mój kapelusz.
– Ale to co w nim jest …- zaczął chłopiec.
– Nigdy tego nie znajdą- uśmiechnął się człowiek.

Złodzieje obejrzeli kapelusz ze wszystkich stron. Zajrzeli pod każdą niteczkę. I pod karbowaną tasiemkę. Ale nie znaleźli w nim nic. Nic kompletnie! W środku była tylko szara podszewka. Ze złością kopnęli więc kapelusz a potem wyrzucili.

Kapelusz toczył się pustą alejką w parku.
I w końcu wpadł w ręce małego chłopca, który podniósł go i otrzepał z piasku. A potem odniósł biednemu człowiekowi.
– W tym kapeluszu nic nie ma! – powiedział z żalem chłopiec – jest tylko szara podszewka. Nic więcej.
– Może i tak- człowiek uśmiechnął się i włożył kapelusz na głowę – może nie ma w nim nic. A może trzeba umieć dostrzec niezwykłe rzeczy w rzeczach zupełnie zwyczajnych.
– Nie słucham już cię! To tylko zwyczajny kapelusz – chłopiec aż popłakał się ze złości.
Człowiek uśmiechnął się łagodnie.
– Nie jest zwyczajny – powiedział- jest absolutnie nadzwyczajny! Dzięki niemu jestem tym kim jestem. A to coś najcenniejszego na  świecie.

A potem biedny człowiek odszedł i więcej już nikt go nie spotkał w tej okolicy. Nikt też nie potrafił powiedzieć co się z nim stało. Mawiano, że był dziwakiem, który był bardzo przywiązany do swojego kapelusza. Bo podobno był to kapelusz po jego ojcu, który był dla niego kimś bardzo ważnym. Takie tam sentymentalne bzdury.
Mawiano też, że kapelusz był magiczny. Ale w to nikt nie wierzył. No bo kto by uwierzył w coś takiego? No? Nikt by nie uwierzył! Tak jak nikt nie wierzył, że można cieszyć się słońcem, deszczem albo brakiem chęci posiadania czegokolwiek. Albo, że wolnością jest nic nie posiadać i cieszyć się chwilą.
Tylko jeden mały chłopiec wierzył. I będzie wierzył zawsze, nawet kiedy będzie już bardzo dorosły. A potem całkiem już stary. I może nawet wtedy też będzie miał taki kapelusz? I będzie do niego tak samo przywiązany. Bo ten kapelusz będzie mu zawsze przypominał o tym kim jest. I dlaczego jest tym kim jest. I że to, kim się jest to coś najcenniejszego na całym  świecie.

 

Kalosze

Biedronka zgubiła kalosze.  Nie wiadomo gdzie dokładnie ale to było tego dnia. Tego dnia kiedy tak strasznie padało. Wszędzie zrobiły się wielkie kałuże. Niektóre były jak jeziora. Zresztą Konik Polny wodował na jednej z nich swoją łódkę z liścia.  Jemu nie przeszkadzał deszcz i kałuże. Myślał tylko o zabawie. Taaak… Konik Polny lubił się bawić. A Biedronka wiecznie się czymś zamartwiała. I teraz te kalosze…
– Ale ty się tym nie przejmuj – powiedział nagle szmaragdowy Żuk- to nie jest twoje zmartwienie.
– Wiem, wiem – smętnie stwierdził mały Robaczek Świętojański – nie zamierzam się przejmować. Ale nie lubię kiedy coś idzie nie tak.
– Nie tak – czyli nie jak? – zainteresował się szmaragdowy Żuk.
– Chyba wszyscy powinni żyć jakoś w zgodzie, obok siebie, w symbiozie czy jakoś tak…
– Naiwniak! – westchnął głośno Żuk- kto z kim w zgodzie??? Przecież oni nie wybrali sobie tego miejsca do życia. I na pewno nie obok siebie! Tak się samo ułożyło. I teraz muszą to znosić.
– Ale skoro już – to nie byłoby lepiej i łatwiej razem??? – westchnął cicho Robaczek Świętojański.

Ważka przeleciała obok lekko szemrząc skrzydełkami. Elegancka jak zwykle. Niedostępna jak zwykle.
Szmaragdowy Żuk i Robaczek Świętojański podążyli za nią wzrokiem.
– Ona niczym się nie przejmuje, tylko sobą- szmaragdowy Żuk wskazał na Ważkę – i wiesz co? Ma rację!!!
Ważka przysiadła na łodyżce i rozglądała się leniwie.
Modelka i elegantka. Ziewnęła i poruszyła lekko skrzydełkami. Absolutnie nie interesowały ją kalosze, które zgubiła Biedronka. Zresztą kalosze nie są modne w tym sezonie.
Konik Polny kołysał się na swojej łódce z liścia i pogwizdywał cicho. Podparł się wygodnie i patrzył na chmury. Będzie jeszcze padać czy przestanie wreszcie?
–  Na czym polega sens życia?- zapytał nagle mały Robaczek Świętojański.
Szmaragdowy Żuk pokręcił głową z dezaprobatą:
– Może na tym, żeby nie zadawać takich pytań?- odparł krótko i zdjął z półki książkę.

Z tymi kaloszami to było tak:
Od rana padał straszny deszcz. Naprawdę straszny bo zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie. Zielona łąka zamieniła się w ciemne zielono- brązowe bagienko. W taką pogodę większość stworzeń na świecie nie ma humoru. I złości się o byle co.
Biedronka szła szybko, skulona pod czerwonym parasolem. Parasol wyginał się na wszystkie strony. Ściskała mocno zagiętą rączkę ale deszcz wdzierał się pod parasol ze wszystkich stron. Biedronka szła więc przed siebie ale właściwie nic nie widziała. Z naprzeciwka biegł błyszczący Skorek. Spieszył się do pracy chociaż w taką pogodę to i tak niewiele się zrobi… Nie zauważył Biedronki i wpadł na nią z impetem.  Biedronka wypuściła z rąk czerwony parasol, który jakby tylko na to czekał. I odleciał, hen nad łąkę… daleko! Skorek zamiast przeprosić Biedronkę zdenerwował się na nią i krzyczał coś, co i tak wiatr unosił ze sobą. I może lepiej. A na koniec tupnął nogą i nachylił nad biedną Biedronką tak, że ta cofnęła się i pac – upadła w kałużę! A kiedy wstała nie miała już na sobie kaloszy. Skorka też już nie było. Pognał dalej przed siebie.
Ślimak drzemał pod liściem i tylko raz łypnął okiem w tamtą stronę. Zmoknięta Biedronka bez kaloszy człapała przed siebie. I bez parasola. Z miną zrezygnowaną.
Podobno Pająk widział te kalosze. Pływały w kałuży kołysząc się lekko. Ale Pająk nigdy nie interesował się niczym. Był totalnym luzakiem, którego dewizą było: martw się o siebie.
A Ważka nigdy nie przepadała za Biedronką. Nudna, wiecznie zafrasowana i zawsze źle ubrana Biedronka! Te jej grochy! Ohydne brrr…
Kogo obchodzi czyjeś nieszczęście? Małe czy duże? Byle tylko nie było zbyt blisko. No i co to za nieszczęście – zgubić kalosze?! Phi!

A co…? To nie o kalosze chodzi? A o co???

– Wiesz…- Robaczek Świętojański zaczął powoli – tutaj każdy żyje tylko dla siebie.
– A niby dla kogo mają żyć? – szmaragdowy Żuk podniósł oczy znad opasłej książki.
– Żyć tylko dla siebie to takie… puste? – Robaczek Świętojański głośno rozmyślał.
– Tak – odparł szmaragdowy Żuk – i ty też tak żyj.
– Ale tak nie można! – Robaczek Świętojański uniósł się nagle – nie można myśleć tylko o sobie! W ten sposób wyginiemy!!! Nikt nie da rady w życiu sam! Nikt!
– To chyba już nieaktualne- westchnął Żuk – inne czasy. Dziś każdy jest
samowystarczalny.

– Ratunku!!! Ratunku!!! – wołanie Konika Polnego obudziłoby umarłego – Pomocy!!!
Łódka z liścia przewróciła się dnem do góry a Konik Polny wpadł po uszy do wody. Beztroski wyraz jego  twarzy zniknął na chwilę.
Lubił się bawić a ta łódka to była kolejna zabawka. Do niczego nie potrzebna. Fanaberia. I teraz mu pomagać? A czy nie jest sam sobie winien?
A czy on – ten lekkoduch -pomógłby gdyby ktoś wołał o pomoc? Czy pomógł Biedronce kiedy zgubiła kalosze?
A jakie to ma znaczenie?

– Lecę! – Robaczek Świętojański ruszył na pomoc – Pomóżcie!- krzyknął jeszcze. Gdzieś w powietrze.
Naprężał jak mógł wątłe mięśnie. Ale Konik Polny ważył trochę. Zawsze lubił słodycze i nigdy ich sobie nie odmawiał.
– Nie dam rady sam – Robaczek dwoił się i troił.
Ślimak łypnął okiem spod swojego liścia. A potem ruszył powoli w stronę kałuży.  Zjawił się też błyszczący Skorek – nie wiadomo skąd – i elegancka Ważka. I Biedronka- też się zjawiła, z czerwonym ręcznikiem.

Wkrótce Konik Polny został wyciągnięty z wody. A jego łódka postawiona masztem do góry. Konik Polny wycierał głowę czerwonym ręcznikiem Biedronki i uśmiechał się trochę głupio.

– A widzisz?- Robaczek Świętojański pociągnął szmaragdowego Żuka za rękaw
– nikt nie jest samowystarczalny.
– Mhm – szmaragdowy Żuk spojrzał znad okularów w stronę kałuży – niektórzy nie są.
– I kalosze Biedronki się znalazły! Skorek je znalazł!
– Świetnie – uśmiechnął się szmaragdowy Żuk.
– I w tym jest sens. O! Sens życia. Z innymi i dla innych.
– Czy dasz mi w końcu poczytać?- zapytał zniecierpliwiony Żuk- cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło ale teraz już chciałbym wrócić do mojej książki.
– A o czym ta książka?- Robaczek Świętojański zajrzał przez ramię szmaragdowego Żuka.
– O sensie życia – mruknął Żuk- ale ty jesteś na nią jeszcze stanowczo za młody!

Szmaragdowy Żuk jest mądry i dobry. Tylko czasami nieco szorstki. Robaczek Świętojański przestał paplać. Patrzył jak Konik Polny przewozi na swojej łódce z liścia dzieci pani Biedronki a Ważka na łodyżce dyskutuje ze Skorkiem. Deszcz nie padał i może dlatego humor poprawił się wszystkim. A kiedy ma się dobry nastrój to życie wydaje się mieć jakiś głębszy sens. I łatwiej żyje się z innymi. Aż do następnego deszczu…?

Jesień

Jesień. W trawie czerwony liść skulił się z zimna. Chłód przenika gałęzie drzew i trzęsą się całe. W lesie całe rodziny grzybów urosły po deszczu. Woda jeszcze kapie z ich kapeluszy.
Mroczna wiedźma zaparzyła suszonych ziółek. Z jej chatki unosi się zapach – ciepły i drażniący. Nikt nie ma wątpliwości kto tu mieszka.
Lis przeciągnął się powoli i rozejrzał po swojej norze.
– Straszny tu bałagan – mruknął pod nosem.
W spiżarce pustki. Jak zwykle. Cóż, nie chciało mu się zbierać zapasów wiosną i latem. Wolał wtedy błąkać się po lesie bez celu. Taki już był.
Poprawił czapeczkę z daszkiem na rudej głowie. Trzeba znaleźć coś do jedzenia.

W lesie cisza i spokój. Tylko wiatr szarpie lekko gałęzie. Chłód i wilgoć. Brrr…
Pajęczyny wyglądają jak naszyjniki z okrągłymi kryształkami z kropelek deszczu. Wszystkie zwierzęta pochowały się w swoich norkach. Pewnie piją teraz słodką herbatę. Lis nawet herbaty nie pił dzisiaj.
Czy ktoś mógłby zaprosić go na filiżaneczkę?
Nie był lubiany. Nie integrował się z leśnymi braćmi. W zasadzie nie nazywał ich braćmi. Zające, Borsuki, Sarny … śmietanka towarzyska. On do niej nie pasował.
Teraz jednak tak bardzo burczało mu w brzuchu, że zniósłby nawet towarzystwo niedźwiedzia- hrabiego nudziarza. Ten pewnie szykuje się już powoli do zimowego snu.
Tak rozmyślając Lis dotarł do polany w lesie. Wiosną i latem tętni życiem. Zbierają się tu wszyscy, rozmawiają i biesiadują. Teraz ślad nie został po życiu towarzyskim jakie się tutaj toczy.
Lis naciągnął rękawy kurtki na zmarznięte łapki. Co będzie zimą skoro już teraz nie ma co jeść?
– Chodź tu, chodź- usłyszał nagle – dam ci coś do jedzenia.
Lis rozejrzał się uważnie.  Nie był strachliwy ale nie lubił być zaskakiwany. Czyj to głos? Niski i chrapliwy. Nie odpychający ale też nie nieprzyjemny… Nie, zdecydowanie wcześniej nigdy go nie słyszał.
– Tu jestem- odezwał się głos.
Na skraju polany stał dziwaczny wehikuł. Mało gustowny. Ale nie brzydki. Na dwóch kółkach. Bardzo kolorowy. W kształcie… dzbanka? Takiego do herbaty. Dziwaczny pojazd. U góry sterczała głowa osoby o niskim chrapliwym głosie. Długie ciemne włosy rozwiewał wiatr – ten sam, który szarpał gałęzie drzew. A w jej twarzy najpierw przykuwał uwagę długaśny chudy nos.
To była Mroczna Wiedźma we własnej osobie.
– Tobie chyba nie powinienem ufać – Lis chwycił się pod boki i patrzył zaczepnie na wiedźmę.
– Nie musisz – zaśmiała się Wiedźma – myślałam jednak, że jesteś głodny.
Lisowi zaburczało w brzuchu tak głośno, że aż drgnął na ten dźwięk.
– Wracam do mojej chatki. W razie czego… trafisz? – i Wiedźma ze śmiechem oddaliła się w swoim niesamowitym wehikule.
Lis został sam na pustej polanie. Pomyślał, że burczenie w jego brzuchu obudzi chyba zaraz nawet tych, którzy śpią najtwardszym snem.

Wieczór ciemno szarą zasłoną spadał powoli na jesienny las. Głód i samotny wieczór to perspektywa, która nie jest pociągająca dla nikogo absolutnie. Nawet dla Lisa samotnika, który zawsze kpi z dobrych relacji sąsiedzkich i wspólnych herbatek.

Chatka Mrocznej Wiedźmy stała na bagnach. Zupełnie stereotypowo. Chociaż był pewien powód takiej a nie innej lokalizacji.  Wiedźma nie życzyła sobie towarzystwa. A bagna skutecznie odstraszały nielicznych  śmiałków, którym przeszło przez myśl niepokoić Mroczną Wiedźmę.
Łatwo było tu trafić.  Zapach parzonych ziółek roznosił się po okolicy i jak niewidzialna pajęczyna oblepiał krzewy rosnące wokół bagien. Lis wahał się tylko chwilę. Czuł, że tak naprawdę bliżej mu to tej samotnicy – Wiedźmy niż do jakiegokolwiek innego mieszkańca lasu. Bliżej niż do niedźwiedzia – hrabiego nudziarza, poczciwca. Czy do zająca – zarozumialca, który zawsze wie co należy a czego nie.

– Wchodź śmiało – zachrypiała Wiedźma kiedy ujrzała go na progu chatki – kolacja prawie gotowa.
Lis poczuł przyjemny zapach ciepłej kolacji. Jego żołądek oszalał ze szczęścia na myśl o zbliżającej się uczcie. Burczało mu teraz w brzuchu tak jakby połknął całą orkiestrę dętą. Razem z dyrygentem!
– Siadaj Lisie. Zaraz podam do stołu – Wiedźma zapraszającym gestem wskazała kulawe krzesło przy drewnianym stole.

Chatka wewnątrz wyglądała dużo przyjaźniej niż zewnątrz. Meble nie były okazałe ale wyglądały na takie, które spełniają swoją funkcję. Drewniany stół, dwa nieco koślawe krzesła. Tapczanik pokryty różnobarwnym kocem. Fotel z wysokim oparciem, na którym drzemał czarny kot. I rzecz całkowicie zaskakująca! Wysoka biblioteczka wypełniona po brzegi tomami książek o grzbietach trochę poniszczonych, co świadczyło o tym, że często były z biblioteczki wyjmowane.
– Lubię książki – Wiedźma przyłapała wzrok Lisa i uśmiechnęła się pod długim i chudym nosem – wypełniają mi niemal cały czas. I nie żałuję ani chwili.

Kolacja była bardzo smaczna a Wiedźma na szczęście małomówna. Lis też nie był rozmowny i bardzo mu to odpowiadało. Chociaż cały czas miał się na baczności.  Nie ufał nigdy nikomu. Tym bardziej nie ufał Mrocznej Wiedźmie, o której krążyły niesamowite plotki po całym lesie. Nie był pewien czy teraz jego nie wrzuci na ruszt. Albo nie uwięzi i nie zmusi do ciężkiej pracy. Ściągnął go tutaj głód jakiego nie czuł od dawna. Wiedział, że nie ma w tym lesie nikogo kto podzieliłby się z nim kolacją. Nie był lubiany. Uchodził za złośliwego, niegodnego zaufania oszusta i samotnika. I nie przejmował się tym bo nie zależało mu na przyjaźni. I nie obchodziło go co myślą o nim inni.
Wiedźma tymczasem zaparzyła kawy. Bez słowa podała mu filiżankę z gorącym, mocnym napojem, którego zapach był oszałamiający.
– Czy teraz pożresz mnie albo uwięzisz? Czy to już mój koniec? – zapytał Lis.
Wiedźma zaśmiała się bardzo głośno aż kot śpiący na fotelu obudził się i wyprężył grzbiet. Zaraz potem jednak zapadł znowu w drzemkę.
– Nie jadam lisów – odpowiedziała Wiedźma – jestem wegetarianką. Nikogo też nie mam zamiaru więzić. Jedyne na czym mi zależy to na spokoju. I żeby nikt i nic go nie zakłócało.
Za oknem wiatr gwizdał. Drzewa szumiały. Księżyc wstał wysoko na czarnym jak smoła niebie a w jego bladym świetle las wyglądał nieco upiornie niezależnie od okoliczności. Lis podniósł się i wygładził kurtkę.
– Dziękuję – powiedział niepewnie – na mnie czas.
– Nie ma za co – odpowiedziała Wiedźma nie patrząc nawet na niego. Jej wzrok błądził gdzieś w ciemności nocy, w której małe okienko nad stołem wycięło niewielki kwadracik. I wyglądało tak jakby cała noc chciała pomieścić się w tym małym kwadraciku.
– Dlaczego nazywają cię Mroczną Wiedźmą – zapytał Lis.
– Tak mnie nazywają? – zdziwiła się Wiedźma – nie wiedziałam.
– Dlaczego zaprosiłaś mnie na kolację? – zapytał znowu Lis.
– Bo nikt inny nie chciałby tu przyjść – Wiedźma znowu zaśmiała się bardzo głośno – tylko ty byłeś aż tak głodny.
Nagle przestała się śmiać i dodała:
– I tak samotny. A nikt, absolutnie nikt, nie powinien spędzać samotnie jesiennych wieczorów.
W jej głosie nie było żalu czy smutku. Jej samotność nie ciążyła jej chyba wcale. Ale jednocześnie z całkowitym przekonaniem wypowiedziała te słowa. Tak jak wypowiada się zaklęcia.

Przed chatką stał zaparkowany dziwaczny pojazd Mrocznej Wiedźmy. Kolorowy dzbanek na dwóch kołach. Czyżby Wiedźma nie miała w sobie aż tyle mroku na ile ją oceniano? A może nie miała go w sobie w ogóle?
Lis ruszył powoli przed siebie, przez ciemny las, który znał jak własną kieszeń. Do swojej norki, w której panował wieczny bałagan. I w której mógł się schronić przed całym światem.

O Niczym

– Mamo, opowiedz mi bajeczkę!
– A o czym mam dzisiaj opowiedzieć?
– Hmm… może o …niczym!
🙂

… Pewnego razu był sobie Niczy. Niczy był bardzo niepozornym stworzeniem i bardzo skromnym. Natura obdarzyła go niewielką posturą i słabym głosem. Był trochę bardziej jakby swoim własnym cieniem niż właściwym sobą.
Niczy spędzał dni zwykle w jakimś kącie, rozmyślając o gwiazdach i księżycach. Wydawały mu się tak samo nierealne jak on sam a jednocześnie przecież prawdziwe.
Czy Niczy był prawdziwy? Żył i rozmyślał. To już naprawdę coś. A to, że wiecznie gdzieś na uboczu, jakby z dala od pędzącego świata i jego spraw … no cóż, nie każdy potrafi nadążyć.
Któregoś razu Niczy wybrał się na spacer. Pogoda nie była tak piękna jak w poprzednim tygodniu. Słońce skryło się za chmurami a z nieba kropił drobny deszczyk. Niczy lubił skrywać się w takiej pogodzie. Słońce oświetla ludzi i inne stworzenia i są w nim widoczne z każdym szczegółem. Ze skrzywioną miną i radosną. Niczy nie lubił być widoczny. Kiedy padał deszcz i niebo było szare czuł, jakby miał na sobie pelerynę, spod której nie wystawał ani kawałek Niczego.
Tak bezpieczniej było zwiedzać świat.
Niczy spod swojej niewidzialnej peleryny widział złożoność świata. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie tylko jemu jest czasami ciężko podnieść głowę i stawić czoła codzienności. Ale też wiedział, że łatwo jest się cieszyć życiem. Bo w swoich najprostszych przejawach jest ono pełne barw i uspokajających dźwięków.

Spacerowanie w deszczu jest bardzo przyjemne. Oczywiście nie ma tutaj mowy o ulewie i burzy z prawdziwymi piorunami. Ale o deszczyku kapiącym równo i rześkim lub nawet trochę większym. Jeśli do tego jest się odpowiednio ubranym i ma na sobie odpowiednie obuwie to naprawdę sama przyjemność. Dużo większa niż spacer w słońcu.
Niczy od zawsze lubił deszcz. Taki właśnie jest prawdziwy świat – pełen deszczu i łez. A w słońcu czasami trzeba udawać radość i szczęście żeby pasować do innych.

Niczy spacerował i obserwował. Aż nagle spod swojej niewidzialnej peleryny dostrzegł kogoś, kto jak on przemierzał ulice, lekko zgarbiony. Kto to mógł być?
Niczy pierwszy raz spotkał kogoś kto mógł być podobny do niego.
– Hej! – zawołał Niczy – czy nie podążamy w tę samą stronę?
Ten drugi zatrzymał się i spojrzał na niego.
– Jestem Niczy – powiedział Niczy – a ty?
– Niki -usłyszał w odpowiedzi.
Niki był podobnej postury i słabego głosu jak Niczy. Mieli wiele wspólnego. Niki też lubił deszcz. I też szukał swojego miejsca wśród gwiazd i księżyców. Bo wydawało mu się, że tylko tam może je znaleźć dla siebie. Stanowili duet niemal idealny. Niemal – bo idealne nic na świecie nie jest i nie będzie.

Odtąd Niczy wędrował przez świat z Nikim. A Niki z Niczym. Z jednej strony świetnie się uzupełniali. Z drugiej stanowili wspólnie doskonały brak wszystkiego co jest potrzebne do bycia kimś lub czymś. Ale przecież nie tylko bycie kimś lub czymś daje prawo do istnienia. Także gdy jest się takim Niczym i Nikim -jak ci dwaj – ma się prawo do swojego miejsca na Ziemi. Nawet jeśli się o tym nie wie i ciągle szuka. Czy nie na tym właśnie polega niezwykłość tej planety?

“Czarny źrebak” – rozmowa

(w  trakcie oglądania filmu dla młodzieży “Czarny źrebak”)

  • – I co mamo – ta dziewczynka nie znalazła swojego taty? Już w ogóle?
  • – No nie. Ale znalazła konia, który wygrywa w wyścigach.
  • – To smutny film mamo …
  • – Eee tam, Nie bądź smutny. Po co komu tata jak ma takiego konia! I na wyścigach daje czadu!
  • – No ale koń ci nie zrobi obiadu!
  • 🙂

Kotek maszynista

Pewnego razu był sobie mały kotek. Był cały szary i mieszkał pod schodami starego domu. Mieszkał pod schodami domu, który stał tuż przy torach kolejowych. I chociaż te tory również były już całkiem stare to wciąż jeździło po nich mnóstwo pociągów. W jedną i drugą stronę.
Mieszkańcy domu przez lata przyzwyczaili się do hałasu jaki towarzyszył im na co dzień. Za to mały kotek nadstawiał małe uszka kiedy tylko słyszał znajomy stukot kół. Bo bardzo lubił ten dźwięk. A odkąd któregoś dnia odważył się wyjść spod schodów i podejść pod same tory, teraz już zawsze chodził przywitać każdy z przejeżdżających składów.

Świat małego kotka kręcił się wokół przejeżdżających pociągów. Wiedział dokładnie o jakiej porze jaki pociąg będzie przejeżdżał obok starego domu. Czy to będzie pociąg osobowy czy towarowy. Jak będą wyglądały wagony i lokomotywa. Wszystko to fascynowało go bardziej niż cokolwiek na świecie.
Zastanawiał się co wprawia te wielkie pojazdy w ruch. Jaka siła sprawia, że pędzą. I kto za tym stoi…
Pewnego razu starszy kot, który mieszkał w pobliżu podszedł do niego.
– Lubisz pociągi mały? Ciągle się na nie gapisz – odezwał się kot.
– Co sprawia, że tak pędzą? Że jadą w jedną i drugą stronę? – zapytał mały kotek.
– Tak zostały wymyślone, napędza je energia i gnają – odpowiedział kot.
– Ale czy coś lub ktoś panuje nam tym? – dopytywał kotek.
– Nie martw się, ktoś czuwa nad rozkładem jazdy – zaśmiał się kot – no i w środku jest maszynista. On prowadzi pociąg.
Mały kotek aż zmrużył oczy z wrażenia. Cóż to za czarodziej ten maszynista??? Jak wygląda? Jaką musi mieć moc?
Mały kotek wypatrywał pociągów każdego dnia. I odtąd miał już tylko jedno marzenie – być maszynistą w pociągu. Marzenie nie do spełnienia dla małego kotka. Ale nikt nikomu nie może zabronić mieć marzenia. Nawet takie, które nigdy się nie spełnią. Bo właściwie… kto wie co się może zdarzyć.

Pewnego dnia kiedy kotek spacerował po okolicy, starsze koty zaczepiły go:
– Dlaczego nie bawisz się z nami?
– Co tam knujesz pod tymi schodami?
– Dlaczego wciąż kręcisz się przy torach?
Kotek nie miał ochoty rozmawiać z nimi.
– On woli pociągi niż inne koty – prychnął w końcu jeden z kotów – chodźmy stąd lepiej.
I koty poszły sobie. Został tylko jeden. Właściwie była to kotka.
– Naprawdę tak bardzo lubisz pociągi? – zapytała. Mały kotek przytaknął przyglądając się jej nieufnie.
– To nietypowe zainteresowanie dla kota – kotka z zainteresowaniem  przypatrywała się małemu kotkowi.
– Chciałbym… – zaczął kotek niepewnie – chciałbym być maszynistą.
Kotka zaczęła się śmiać. Ale szybko przestała. Kotek mówił zdaje się całkiem poważnie.
To była dobra kotka.
Popatrzyła na niego uważnie i w końcu powiedziała:
– Chodź ze mną, coś ci pokażę. No, nie bój się. Nie pożałujesz.

Wędrowali wąską uliczką, a potem jeszcze jedną. W końcu doszli na miejsce. Mały kotek stanął i patrzył oczarowany. Byli na stacji kolejowej. Niezbyt dużej ale na torach stały aktualnie trzy pociągi. Na peronie stał pan w eleganckim ciemnym ubraniu i wszystkim dyrygował.
– To zawiadowca stacji – szepnęła kotka – a tam, widzisz tego pana który wygląda przez okno lokomotywy? To maszynista.
Kotek stał i patrzył i czuł się jak we śnie.

Odtąd codziennie przybiegał na stację. Stawał w cieniu budynku stacji i obserwował. Obserwował pociągi, obserwował zawiadowcę stacji i przede wszystkim – maszynistów. Którzy machając wesoło do zawiadowcy wprawiali w ruch koło za kołem aż pociąg z ciężkim sapnięciem ruszał przed siebie a potem już lekko toczył się po torach, hen daleko…

Marzenia są wspaniałe. Potrafią przenieść nas w zupełnie inny wymiar. Dodają skrzydeł i ubarwiają rzeczywistość. I wcale nie muszą się spełniać. Wystarczy, że są. Piękne marzenia to taki masaż dla duszy.
A jeśli się spełnią… to kolejny dowód na to, że życie potrafi być naprawdę piękne.

Pewnego dnia kiedy kotek jak zwykle obserwował co dzieje się na torach i na stacji, nagle usłyszał tuż nad sobą czyjś głos :
– Cześć mały. Znowu tu jesteś. Musisz bardzo lubić pociągi.
Kotek zaskoczony podniósł głowę do góry. Zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz zawiadowcy stacji.
– Chyba zasłużyłeś na jakiś prezent.
I zawiadowca podniósł delikatnie małego kotka. I poniósł go prosto do pociągu, który właśnie szykował się do odjazdu z pierwszego peronu. Minął ostatni wagon, przedostatni i wszystkie inne aż dotarli do lokomotywy. Tam zawiadowca podniósł kotka do góry tak, że znalazł się na wysokości okna, z którego wychyliła się głowa maszynisty.
– Masz dzisiaj pomocnika – powiedział ze śmiechem zawiadowca i podał małego kotka maszyniście.
– Znam go dobrze – uśmiechnął się maszynista – wszyscy go tu znamy. A pomoc przyda się oczywiście.
I tak mały kotek wylądował w lokomotywie pociągu. Maszynista posadził go z przodu, przy samej szybie. Pociąg zagwizdał głośno i powoli ruszył po torach. A potem, stukając kołami, gnał coraz szybciej i szybciej przed siebie. Kotek zobaczył jak mijają stary dom, pod schodami którego mieszkał. Widział też inne pociągi, które mijały ich z głośnym gwizdem.
– Teraz jesteś maszynistą – uśmiechnął się do niego maszynista – i chyba pasuje ci ta rola.
Kotek miauknął tylko bo cóż miał powiedzieć. Był szczęśliwy i dumny jak chyba nikt na świecie. Bo właśnie spełniło się jego marzenie. Marzenie, które wydawało się nie do spełnienia dla małego kotka.
No i powiedzcie sami – czy nie warto jest marzyć?

 

Mały Skrzat

Mały Skrzat zakasał rękawy
Popatrzył surowo za okno
Dosyć już tej zabawy!
Dlaczego drzewa wciąż mokną?

Dlaczego deszcz ciągle pada?
A wiatr trąca liście zielone?
Dlaczego słońce swej twarzy
Znów nie odwróci w tę stronę?

Trzeba by wiatr przegonić
Wyciągnąć go z tych gałęzi
Niech sobie po polu chodzi

Trzeba by liście osuszyć
Zgarnąć drobne kropelki
I srebrny naszyjnik z nich zrobić

Wiem! – Skrzat podskoczył
– trzeba nałapać deszczu
W dzbanek biały w serduszka

Przynieść ten deszcz do domu
I dobrej zaparzyć kawy
Gdzieś jest jeszcze kawy puszka

Kawa pachnie już w domu
Skrzat usiadł w fotelu wygodnie
Za oknem kap kap

Popija łyczek po łyczku
Od deszczu mokre ma spodnie
Za oknem kap kap

Deszcz leje się strumieniami
Krople zmoczyły szyby
Wiem! – Skrzat dłonie zaciera – jutro pójdę na grzyby!

Wiatr ucichł i zasnął w gałęziach
W strugach deszczu tonie świat

Kap kap kap…

W dużym miękkim fotelu
W ciepłym objęciu lampy
drzemie smacznie Mały Skrzat…

Szarość – rozmowa

(W trakcie oglądania czarno-białego i wspaniałego filmu pt. “Podróż za jeden uśmiech”)

  • Tato, nie chcę oglądać tego filmu. Nie lubię takich “szarych” filmów …
  • A wiesz, jak ja byłem mały to lubiłem ten film. Kiedyś tak było naprawdę i auta takie były … Ten film jest dosyć stary.
  • I wtedy było tak szaro???!
  • 😉