Listopadowa Wiedźma

To był dziwny poranek. Wszystko działo się jakby wolniej. A przedmioty wypadały z rąk. Najpierw Nino upuścił talerz. Talerz spadł z hukiem na podłogę. Jednak wcale się nie rozbił. Ali najpierw podskoczyła zaskoczona hałasem, a potem długo wpatrywała się w leżący na podłodze talerz.
– Co tak patrzysz? – zapytał Nino – przecież jest cały. Nic się nie stało.
– Właśnie – wyszeptała Ali.
– Zdarza się, czasami upadają szczęśliwie – uśmiechnął się Nino i podniósł talerz.
Potem w powietrzu zaczął tańczyć widelec. Wiecie może jak to jest. Widelec wypada wam z rąk jakby z impetem i przez chwilę zupełnie jak w cyrku wiruje w powietrzu, zanim w końcu upadnie. Jednak widelec nie tyle upadł, co wbił się zębami w podłogę.
– Tuż obok mojej stopy! – zakrzyknął Nino – o centymetr! Taki jesteś ostry?
To było dziwne. Ale przecież też się zdarzało. Ali nie miała nastroju na żarty. Skrzywiła się patrząc na Nino.
– Znowu nie w humorze? – zapytał Nino – ostatnio często ci się zdarza. Ciągle masz ponurą minę.
– Daj mi spokój – odburknęła Ali – nie mam ochoty na rozmowę.
– Właśnie – odparł Nino – zauważyłem przecież.

Po chwili Ali zapomniała o talerzu i widelcu. Chciała już tylko wyjść z mieszkania, w którym faktycznie ostatnio wszystko ją denerwowało. Meble, dywany, poduszki i naczynia. I tańczące widelce. O rodzicach i Nino nie wspominając. Też tak czasami macie?
Jednak to był zaledwie początek bardzo dziwnych zdarzeń. W szkole Ali była zupełnie rozkojarzona. W ogóle nie mogła skupić się podczas lekcji. Ale najgorsze było to, że jej tornister był niemal całkowicie pusty tego dnia. Była pewna, że wczoraj pakowała do niego książki i zeszyty. A tymczasem nie było ich tam. Nauczyciele z niedowierzaniem kiwali głowami, a Ali zupełnie nie wiedziała co ma na to powiedzieć.
Po lekcjach wracała do domu dziwnie przygnębiona. Było chłodno – chociaż był dopiero 31 października zimno było jak w środku listopada. Ali nigdy nie lubiła listopada. Dłużył jej się przed grudniem, który przynosił ze sobą ciepły przedświąteczny nastrój. Dzisiaj czuła w powietrzu listopad – taki, jakiego najbardziej nie lubiła. Pełen smutku, mokrych liści i zimnego, huczącego wiatru wieczorami. Takiego wiatru, który w przychodzi po ludzkie dusze.

O tym, że wiatr zabiera ludzkie dusze usłyszała po raz pierwszy kiedy była mała. Leżała wtedy kilka dni w szpitalu na oddziale dziecięcym. Było nawet sympatycznie. Dużo dzieci. Na co dzień nie myślało się o tym, że wszyscy tu są na coś chorzy. W świetlicy były zabawki, gry, kredki i telewizor. A wieczorami pielęgniarki stawały w drzwiach świetlicy i opowiadały sobie niestworzone historie. Nie zważały na to, że mali pacjenci wszystko słyszą i w nocy mają koszmary. Pewnego wieczoru za oknem wiał bardzo silny wiatr. Huczał w ścianach i suficie oddziału. A zwłaszcza w nieprzyjemnej, zimnej łazience. Wtedy właśnie jedna z pielęgniarek zaczęła opowiadać, że wiatr to sługa złych mocy i że zabiera ludzkie dusze. Nie na zawsze. Czasami tylko na chwilę. Ale czasami odmienia je całkiem, a potem dopiero oddaje. Takie odmienione.

Ali przez lata nie myślała o tej historii. Teraz nagle jej się przypomniała. I w tej właśnie chwili silniejszy podmuch wiatru zerwał jej szalik z szyi. Szalik poszybował jak latawiec unosząc się dość wysoko. W końcu jednak powoli opadł na stojącą nieopodal ławkę, jakby czyjaś życzliwa ręka odłożyła go tam po prostu. Ali podeszła do ławki i niepewnie chwyciła swój szalik. Czuła się naprawdę coraz dziwniej. Chociaż przecież nie było powodu.

Wkrótce zrobiło się ciemno i na ulicach pojawiły się grupki dzieci poprzebieranych w najdziwniejsze stroje. Niektórzy mieli na sobie długie białe prześcieradła i to wyglądało niesamowicie w bladoniebieskim świetle spoglądającego z nieba Księżyca. Inni ubrani byli na czarno i ich sylwetki chwilami całkowicie ginęły w mroku. Bardziej kreatywni na czarnych strojach wymalowane mieli sylwetki kościotrupów i w ciemnej ulicy zdawało się, że to one poruszają się i spacerują po ulicach w ten wyjątkowy wieczór.

Nino też wybrał się dziś dokądś. Na pewno nie w poszukiwaniu cukierków – na to był już za duży. Raczej straszyć młodsze dzieci w jakimś dziwnym przebraniu. Razem z tym jego kolegą miewali głupie pomysły. W mieszkaniu było całkiem pusto i to było bardzo przyjemne. Ciepłe światło kuchennej lampy obejmowało jasnym kołem stół w kuchni i dawało poczucie bezpieczeństwa. Zza okna dochodziły dźwięki ulicy – dowód na to, że dookoła toczy się zwyczajne życie. Dookoła ciepłej wyspy, pełnej kolorowych dywaników, zabawnych poduszek i miękkich koców i zapachów domu. Ali zaparzyła sobie kubek gorącej herbaty i zamyśliła się nad obrusem w kratkę na kuchennym stole. “Ciekawe gdzie są rodzice… ” – przemknęło jej przez myśl, ale za moment już odpłynęła myślami w swoją stronę. W miejsca w głowie gdzie mogła być sama. Cieszyła się, że nikogo nie ma w domu. Czasami chciałaby, żeby wszyscy zniknęli. Denerwowali ją ostatnio często. Ich pytania, niepotrzebne troski, czasami pretensje. I Nino też, z tymi jego głupimi dowcipami. Czasami myślała nawet: a niech by tak zniknęli! Na zawsze! Miałaby święty spokój. Po co w ogóle ktoś wymyślił rodzinę? Ludzi, którzy ciągle kręcą się wokół ciebie i coś od ciebie chcą. Najczęściej w chwili, kiedy zupełnie nie masz ochoty na rozmowy i w ogóle kontakt z kimkolwiek. Na opowiadanie o tym, co było w szkole i jakie masz plany na popołudnie. Jakby to była ich sprawa!
– No i stało się – odezwał się nagle jakiś obcy głos z przedpokoju.
Ali zupełnie niespodziewanie poczuła dreszcz na plecach. Mogło jej się tylko wydawać, a jednak…
– Nie, nie wydawało ci się – odezwał się ponownie głos – mówię do ciebie!
Teraz już Ali nie mogła mieć wątpliwości. Ktoś był w mieszkaniu i przemawiał do niej. Głos nie był jej znany. Nie mówiąc o tym, że w ogóle nikogo nie powinno tu przecież być.

Ali powoli i niepewnie wyjrzała z kuchni do przedpokoju. Panował tam półmroku, ale nie było wątpliwości, że ktoś siedział na krześle w kącie. Szczupła postać w długim płaszczu, który sięgał do podłogi. Długie włosy spadały jej na ramiona i przesłaniały twarz. Jednak Ali była pewna, że na nią patrzy. Poczuła chłód i ścisk w żołądku.
– Cukierek albo psikus – zaskrzeczała wiedźma (bo była nią z pewnością)
– cukierków nie cierpię, ale psikusy bardzo! – i zaśmiała się bardzo głośno.
– Kim jesteś i co tu robisz? – Ali jakimś cudem zebrała się na odwagę.
– A jak sądzisz? – przedrzeźniała ją wiedźma – jestem psikusem na Halloween. A nawet więcej. Spełniam… złe życzenia. Takie, które powstają w głowach ludzi pod wpływem złości. W chwilach zdenerwowania. Tych życzeń jest naprawdę dużo i niektóre są okropne. Wierz mi – twoje życzenie, żeby zniknęli rodzice i brat nie jest najgorsze. Mam nadzieję, że jesteś zadowolona – stwierdziła nagle syczącym głosem.
– Nie… – zaczęła Ali, ale nie bardzo wiedziała co jeszcze mogłaby powiedzieć. Niespodziewanie zrobiło jej się przykro. Przez te złe myśli i życzenia, które niestety pojawiały jej się czasami w głowie.
Wiedźma machnęła ręką i wyciągnęła z szerokiego rękawa fajkę. Wsadziła ją sobie do ust i w tym momencie z fajki popłynęły pod sufit obwarzanki dymu, najpierw całkiem małe, a potem coraz większe i większe. Wkrótce wypełniły cały przedpokój, a Ali zaczęło się robić niedobrze. W pewnym momencie poczuła, że coś ściska ją w pasie, a potem podrywa z podłogi do góry. Jeden z wychodzących z fajki “dymnych” krążków opasał ją jak dmuchane koło do nauki pływania i unosił nad podłogą.
– Puść mnie! – krzyknęła głośno.
Ale wiedźma znowu zaczęła się śmiać i odparła
– Muszę dokończyć zadanie i trochę tu… posprzątać.
Ali zaczęło kręcić się w głowie i w dodatku rozbolał ją brzuch. Nic już nie była w stanie powiedzieć. Tymczasem wszystkie meble i sprzęty w mieszkaniu zaczęły unosić się w powietrzu i wirować coraz szybciej i szybciej. Wiedźma wstała z krzesła w przedpokoju i wciąż trzymając fajkę w zębach zaczęła rozrzucać książki, ubrania i inne przedmioty, ze złośliwym uśmiechem chwytała też filiżanki i talerze i zrzucała je na podłogę, śmiejąc się głośno kiedy tłukły się na drobne kawałki.
– Nie rób tego – zdołała zawołać Ali – mama będzie bardzo zła. Robisz straszny bałagan!
– Twojej mamy tu nie ma – odparła wiedźma – i raczej szybko nie wróci. Możemy robić bałagan i psuć wszystko bezkarnie. Niech wszystko zniknie z powierzchni ziemi. Zgodnie z życzeniem!
Ali nagle strasznie zatęskniła za mamą i tatą. I nawet za Nino. Gdyby był tutaj na pewno rozprawiłby się z tą okropną wiedźmą! Gdzież oni są?
Tymczasem wokół wszystko wirowało i wszystko rozsypywało się w drobny mak. Podłoga pokryta była kawałkami naczyń, kartkami wydartymi z książek, ubraniami i tysiącem różnych drobiazgów. Wszędzie panował wielki nieład i Ali już nie była pewna czy to na pewno jest to mieszkanie, w którym mieszkała jej rodzina. Było zupełnie do niego niepodobne.
Nagle wiedźma chwyciła ulubioną filiżankę mamy. Taką z delikatnej porcelany, ozdobioną barwnymi, misternymi wzorami. Mama bardzo ją lubiła i odstawiała zawsze wysoko na półkę, żeby nikt jej nie potłukł. Sama ją myła i wycierała. Piła z niej białą i niebieską herbatę.
Wiedźma przez chwilę przyglądała się filiżance. A potem schowała ją szybkim ruchem do swojego szerokiego rękawa.
– Tę zabiorę – mruknęła – przyda mi się do ziółek.

W tym momencie ktoś zaczął z całych sił szarpać za klamkę drzwi do mieszkania. Ali zdawało się, że słyszy głos Nino. Nic jednak nie mogła zrobić ponieważ unosiła się pod sufitem przedpokoju po przeciwnej stronie. Nie wiedziała w jaki sposób mogłaby dostać się w pobliże drzwi.
Jednak ktoś właśnie zmierzał w tę stronę ze złowrogą miną. Ali nawet nie zdążyła krzyknąć. Wiedźma raptownie otworzyła drzwi, za którymi stał zdziwiony Nino.
– Ali! – zawołał, kiedy zobaczył swoją siostrę unoszącą się pod sufitem. Jednak nie zdążył dodać nic więcej bo w tym momencie z fajki, którą miała w ustach wiedźma wydobył się obłok, który podpłynął w stronę Nino i po chwili Nino znalazł się w czymś na podobieństwo bańki mydlanej, tylko nie tak przejrzystej i błyszczącej. Bańka – nie – bańka uniosła Nino wysoko i najpierw przepłynęła przez mieszkanie, a potem wypłynęła przez otwarte okno gdzieś w stronę wieczornego nieba. Nino patrzył przez tę bańkę na Ali smutno – a przynajmniej tak jej się wydawało.
– Nino!!! – zawołała Ali i poczuła, że dłużej nie wytrzyma – zaraz się popłacze. Poczuła jak pieką ją oczy i ściska ją w gardle – Nino!!!
– Cukierek czy psikus – mruczała tymczasem wiedźma chwyciwszy ramkę ze zdjęciem z wakacji, na którym byli wszyscy czworo – rodzice, ona i Nino – i wyrzuciła ją za okno.
Ali poczuła, że wszystko wokół zaczyna się kołysać jak łódź na wzburzonej wodzie, a ściany i podłoga mieszkania rozpływają się w jakiejś szarej mgle aż w końcu znikają zupełnie. Tak jakby szarość zrobiła sobie ucztę i pożerała wszystko.
– Mamo – zawołała smutno Ali – tato!!!
W tej chwili wiedźma chwyciła ją za ramiona i zaczęła potrząsać bardzo mocno. Śmiała się przy tym i wołała:
– Ali! Ali! Cały świat się zaraz spali!
Psikus czy cukierek, nie cierpię takich gierek! Wszystko znika, widziałaś… czy nie tego właśnie chciałaś?

Ali czuła, że zaraz całkowicie odpłynie gdzieś daleko a jej dusza wypłynie z niej i zostanie wchłonięta przez tę szarość, która pożerała wszystko wokół. I będzie pusta w środku jak jej tornister dziś w szkole. Wszystko to było bardzo dziwne. I zrobiło jej się naprawdę smutno. Strasznie tęskniła za rodzicami i Nino – nigdy w życiu tak za nimi nie tęskniła! Gdyby byli obok na pewno to wszystko by się nie zdarzyło…
– Ali, Ali… ! – wołała tymczasem wiedźma…

– Ali, Ali, obudź się… – mama lekko ściskała ją za ramię – hej, pobudka.
Obok mamy stał Nino i uśmiechał się do niej.
– Dlaczego śpisz na siedząco? – śmiał się – wygodnie tak?
Ali podniosła głowę. Cała była obolała.  Rozejrzała się trochę nerwowo po mieszkaniu, ale wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Ciepłe światło kuchennej lampy obejmowało jasnym kołem stół w kuchni i dawało poczucie bezpieczeństwa. Musiała zasnąć na stole w kuchni. Wciąż bolał ją brzuch i trochę ją mdliło. Chyba z głodu, nic przecież nie zjadła po przyjściu ze szkoły. Zza okna dochodziły dźwięki ulicy – dowód na to, że dookoła toczy się zwyczajne życie. Chociaż…
– Ali! Ali! Cały świat się zaraz spali!
Psikus czy cukierek, nie cierpię takich gierek! Ali, Ali… – dobiegło gdzieś zza okna. Albo tylko jej się zdawało. Ali potrząsnęła mocno głową i wreszcie całkiem się obudziła.
– Czas na kolację – powiedziała mama, a jej głos wydał się Ali tak miły, jak nigdy – i żadnych psikusów już dziś – zaśmiała się mama nagle.
W tym momencie do mieszkania wszedł tata i wniósł ze sobą listopadowy chłód z ulicy.
– Ależ ziąb – zatarł zmarznięte dłonie – i wiatr! Ciekawe, ile dziś dusz porwie i potem odda odmienione. W końcu dziś wszystko jest możliwe…
I nagle mama, tata i Nino zaczęli się śmiać bardzo głośno. I ten ich śmiech wydał się Ali bardzo dziwny. Spojrzała na nich zaskoczona bo przypomniał jej się śmiech, który już dzisiaj słyszała. Przyjrzała się uważnie rodzicom i bratu jednak wyglądali tak, jak zawsze. Przynajmniej z zewnątrz.

Ali odpędziła szybko wspomnienie złego snu (bo to był przecież sen? ) i pomyślała o tym, jak to dobrze, że są tutaj obok. I zdaje się, że jej dusza też była na swoim miejscu. I to było najważniejsze. A ona chyba nie powinna się już niczemu dziwić po takim dniu. Naprawdę niczemu… Tak myślała, patrząc na kręcących się po mieszkaniu i rozmawiających ze sobą o czymś beztrosko rodziców i Nino. I czuła się trochę tak, jakby widziała ich po raz pierwszy w życiu…
– Ali – z zamyślenia wyrwał ją głos mamy – nie wiesz, gdzie może być moja ulubiona filiżanka? Ta porcelanowa. Nie ma jej tam, gdzie zawsze ją odstawiam. Zupełnie nie rozumiem…
– Znajdzie się – wtrącił tata zanim Ali zdążyła otworzyć usta – a jeśli nie, to kupimy nową. To tylko filiżanka!
W tej chwili wzrok Ali powędrował w stronę półki, na której zawsze stała ramka ze zdjęciem z wakacji, na którym byli wszyscy czworo – rodzice, ona i Nino. Ale ramki i zdjęcia nie było. Zniknęła tak, jak filiżanka mamy.
– Ali! Ali! Cały świat się zaraz spali!
Psikus czy cukierek, nie cierpię takich gierek! Wszystko znika, widziałaś… czy nie tego właśnie chciałaś… ?
– dobiegło w tej samej chwili gdzieś zza okna. Ali spojrzała niepewnie na Nino i na rodziców, ale wyglądało na to, że nic nie usłyszeli. Tata pocieszał mamę, która martwiła się zagubioną filiżanką. Nino przeglądał jakieś czasopismo. A Ali miała wrażenie, że te słowa na stałe już zapisują się w jej głowie i że będzie je tam słyszeć bardzo długo. Jak taki cichy głos sumienia, który co jakiś czas przypomina nam nasze grzeszki. Nie tylko te popełnione – jak małe kłamstwa lub zaniechania, ale także te tylko “pomyślane”. Każdy przecież ma czasami takie. Prawda?

I one nie są tak całkiem bez znaczenia. Jak sądzicie?

Czarny kot

Pewnego razu był sobie czarny kot. Tak czarny, jak smoła. Tak czarny, że w ciemności w ogóle nie było go widać. Wtapiał się w nią miękko i całkowicie, a że do tego jego koci chód był właściwie kompletnie niesłyszalny, potrafił nieźle nastraszyć kogoś, kto przypadkiem się na niego natknął. Czarny jak smoła i jak najczarniejsza noc kot miał oczywiście zielone oczy. Zielone i połyskujące w blasku Księżyca. Dlaczego oczywiście? Bo koty bardzo często mają zielone oczy. I one  błyszczą w nocy jak drogocenne kamienie, jakby Księżyc, który bardzo lubi koty, wypełniał je swoim światłem. Tak zazwyczaj przecież jest. Czyż nie?

Koty wywołują w ludziach różne skojarzenia. Niektórym kojarzą się z domem i ciepłem. Z przyjemnym miauczeniem i ocieraniem się miękkiego jak koc zwierzątka o nogi, przez które przebiega wtedy przyjemny dreszcz. Niektórym koty kojarzą się z łazęgostwem. Z wędrowaniem przed siebie bez celu, chociaż być może cel jest jakiś, tylko skryty głęboko w sercu “łazęgi”. Przez to jeszcze inni kojarzą koty z niezależnością. Z całkowitą wolnością – decyzji, sądów, wyborów. Wolnością, o której wielu marzy, ale niewielu by się odważyło, by ją mieć. Bo to wielka odwaga być wolnym i w dodatku demonstrować swoją wolność innym.

Czarny jak smoła lub jak najciemniejsza noc kot o zielonych oczach kojarzył się ludziom z czymś jeszcze. Mianowicie z magią. Taką prawdziwą, dostępną tylko wtajemniczonym. Nie żadnym wróżeniem z fusów czy innymi gusłami, tylko z taką magią, dzięki której dociera się do tajemnicy istnienia. Do istoty wszelkich spraw. Do odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Do ciemności, która zamienia się w jasność dzięki poznaniu tego co nierozpoznane. I bardzo możliwe, że nie były to tylko i wyłącznie skojarzenia. Możliwe, że czarny kot z zielonymi jak kamyki oczami faktycznie z magią miał coś wspólnego. Zresztą sami to sądźcie.

Przenieśmy się teraz do pewnej niezbyt dużej miejscowości. Miejscowość ta znajdowała się gdzieś na końcu świata, gdzie nie docierają autokary z turystami i ledwo udaje się tam dotrzeć od czasu do czasu samochodom dostawczym z różnego rodzaju asortymentem, który może być przydatny mieszkańcom. Ale i samochody dostawcze rzadko się tu zjawiały. Na co dzień w miasteczku nie działo się nic i to w nieznośnie dosłownym tego słowa znaczeniu. Oczywiście w tym “nic” zawierało się mnóstwo codziennych czynności związanych z ludzką egzystencją, tak bardzo podobnych do siebie, powtarzalnych i wykonywanych bardzo często machinalnie, że dawno już wpisały się w rytm życia  i nikt się nad nimi nie zastanawiał. Były czymś tak oczywistym, jak wschód i zachód słońca codziennie o podobnej porze, jak przychodzące po sobie i przemijające pory roku, jak deszcz w porze deszczowej i słońce w porze upałów. Jednym słowem: nie były niczym, co zasługiwałoby choćby na wzmiankę.

Takie życie, w którym wszystko jest powtarzalne i przewidywalne, wielu osobom może wydać się szczytem marzeń. Tak, tak, bardzo wiele osób nie lubi zmian, nie lubi wciąż od nowa przystosowywać się do czegoś, a już o niespodziankach w ogóle nie ma co wspominać – to dopiero okropieństwo! To, że można dokładnie przewidzieć, co i o której godzinie wydarzy się następnego dnia, jest dla wielu osób warunkiem prawdziwego szczęścia i spełnionego życia. I – może was to zdziwić – takich osób jest naprawdę sporo. Zresztą rozejrzyjcie się wokół – sami się przekonacie.

Dni w miejscowości zagubionej gdzieś na końcu świata, mijały spokojnie i bez znaczących wydarzeń. A jeśli nawet jakieś wydarzenie miało miejsce, to zwykle i tak nic nie odbiegało od dawno ustalonego planu i porządku. Zupełnie jak w dobrze działającym, nakręconym zegarze. Gdyby jakiś malarz postanowił – zupełnie nie wiadomo po co i dlaczego – namalować to miasto, to wszystko na jego obrazie byłoby w kolorze szarym,  postacie nie poruszały by się, a perspektywa byłaby umowna, przez co obraz byłby jednowymiarowy. I tak byłoby pewnie już zawsze gdyby nie… No właśnie.

Pewnego dnia na ulicach miasta ktoś zauważył czarnego jak smoła albo jak najczarniejsza noc kota. W mieście mieszkały oczywiście koty i psy i zdarzały się także w czarnym kolorze, jednak ten kot był inny. I tylko niech wam nie przychodzi do głowy pewien znany kot o imieniu Behemot – ten był zupełnie do tamtego nie podobny. Był z zupełnie innej bajki. Zastanawiano się czyj to kot i skąd się tu wziął. Kot tymczasem spacerował ulicami miasta zupełnie tak, jakby był u siebie. Widziano go, jak szedł środkiem chodnika i rozglądał się z zaciekawieniem dookoła. Czasami przystawał przed witrynami sklepów i gapił się na nie przez dłuższą chwilę, zupełnie, jakby był zainteresowany zakupem tej, czy innej rzeczy. Ktoś widział go w parku, paradującego główną aleją, ale też wysiadującego na ławce. Zupełnie, jakby po prostu wybrał się na przechadzkę i łapał chwile oddechu wśród wysokich i zielonych, jak jego oczy, drzew. To nie było zachowanie typowe dla kotów.
Ale najgorzej było w nocy. Ludzie, którzy bardzo późną porą spieszyli ulicami miasta, natykali się na niego przypadkiem i wielu z nich nie przyprawiło to o mały włos o zawał serca. Kot nagle wyrastał przed nimi na chodniku, w miejscu, którego nie obejmowało światło latarni. Albo nie stąd ni zowąd wyskakiwał im spod nóg, a potem nagle znikał w ciemnej bramie. Bywało też, że jego sylwetka, niewidoczna w ciemności na tle ściany, nagle odrywała się od niej i nie można było mieć pewności, czy to czarny kot czy też może jego cień. Ci, którzy byli bardziej strachliwi i przyzwyczajeni do tego, że w ich życiu wszystko jest ustalone i niezmienne, nagle poczuli się niepewnie, a to było coś zupełnie nowego.

Czy wierzycie w magię? Czy jesteście w stanie uwierzyć, że czarami, talizmanami, rytuałami można zmienić rzeczywistość? A czy wierzycie w przesądy? A może w przeznaczenie? Czy też może jesteście osobami tak mocno stąpającymi po ziemi i tak racjonalnymi, że absolutnie nie wierzycie w takie rzeczy? Byłaby to wielka szkoda, ale i tak przecież bywa. Ja sama nigdy nie wierzyłam w duchy, aż do czasu…

Odkąd w miejscowości pojawił się czarny kot, zaczęły dziać się bardzo dziwne rzeczy. Na początku oczywiście nikt nie kojarzył tych zdarzeń z jakimś tam kotem. Z dnia na dzień jakby ktoś nad miastem rozciągnął mgłę, która wywołała u wielu osób dziwne uczucie melancholii i tęsknoty – coś zupełnie dotąd niespotykanego w tym miejscu. Ludzie zatrzymywali się na ulicy i zaczynali patrzeć w niebo. Niektórzy długo tak stali, potrącani przez innych. Niektórzy stawali nagle bo zapominali, dokąd idą. I po co właściwie. Te dziwne zachowania przynosiły oczywiście negatywne skutki: spóźnienia do pracy, odwołane spotkania, pominięte ważne daty. Raz nawet o mało co nie skończyło się wypadkiem, kiedy nagły przypływ melancholii zdarzył się jednemu z mieszkańców na przejściu dla pieszych na jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta.

To wcale nie było zabawne. Wiecie na pewno doskonale, jak wygląda efekt domina. Kiedy przewróci się jeden klocek, popycha on kolejne, a kolejne przewracają się na następne. Z tego mogą wynikać bardzo poważne i nieprzewidziane problemy. Ale… czy tylko problemy?

W miejscowości na końcu świata, zagubionej gdzieś daleko i zapomnianej przez wszystkich, po latach, w których nie działo się nic – nagle zaczęły się dziać rzeczy, które dotąd nigdy nie miały miejsca. Ktoś na przykład zrezygnował ze swojej – wykonywanej od lat, powtarzalnej i mało satysfakcjonującej – pracy. Tak z dnia na dzień, bez uprzedzenia. Ktoś inny postanowił przeprowadzić się bliżej parku, żeby częściej w nim bywać. Natychmiast się spakował i był gotów do przeprowadzki. Jeszcze ktoś wpadł na pomysł, żeby wybrać się w daleką podróż! Tego nikt tutaj nigdy nie robił. Trudno było dotrzeć do tej miejscowości i tak samo trudno było się z niej wydostać. Niektórzy zaczęli zastanawiać się nad wprowadzeniem zmian w życiu – jakichkolwiek. Na ulicach pojawili się ludzie z włosami pofarbowanymi dziesiątkami kolorów albo bardzo dziwnie ubrani. Ktoś stanął na rogu jednej z ulic i głośno śpiewał piosenki. Ktoś się z kimś pokłócił, a ktoś inny z kimś po latach pogodził. Trochę z tym wszystkim było zamieszania, ale na pewno nikt nie mógł już powiedzieć, że nic się nie dzieje. Działo się dużo i nie wiadomo było, co może zdarzyć się jeszcze.
I w tym wszystkim nie byłoby nic dziwnego. Raczej należałoby się cieszyć, że teraz zacznie być normalnie. To znaczy – coś zacznie się nareszcie dziać. Coś poza “nic”, które zawiera w sobie tyle samo spokoju i stabilności, co nudy i zniechęcenia, ale też swego rodzaju ucieczki od pragnień. Jednak są tacy – i była już o tym mowa – dla których brak zmian i podobieństwo, a nawet identyczność kolejnych dni w mieście, były wyznacznikiem dobrego życia. Nieprawdopodobne, a jednak. Lubili być częścią szarego obrazka, na którym postacie nie poruszają się i nawet perspektywa jest tylko umowna, przez co obrazek jest jednowymiarowy. Tym osobom bardzo nie podobało się to wszystko. Dla nich to były cuda nie z tej ziemi i w dodatku wcale ich tutaj nie chciano. Te osoby zaczęły gorączkowo szukać przyczyn i wkrótce wszystkie oskarżenia padły na czarnego jak noc kota, który nie wiadomo skąd i kiedy pojawił się w mieście.

W ciągu jednego dnia na wszystkich słupach ogłoszeniowych rozwieszono ogłoszenie: “Poszukiwany jest czarny kot z zielonymi oczami. Każdy kto go spotka powinien natychmiast zadzwonić pod podany niżej numer telefonu. Dla tego, kto pojmie kota i dostarczy pod podany niżej adres, przewidziana jest nagroda”.

Jak to dobrze kiedy można tak precyzyjnie określić, opisać, wskazać przyczynę wszelkich kłopotów! Wtedy można ją złapać, wsadzić do worka i wywieźć z miasta. I będzie po problemie. Każdy by chciał mieć taki prosty sposób na rozwiązanie swoich problemów. Ale nawet w najstarszych bajkach tak się nie zdarza. A co dopiero w życiu. Kiedy coś się zmienia, bardzo trudno, o ile to w ogóle możliwe, jest wrócić do tego, co było. A jeszcze trudniej – do tego, kim się było. I nawet wyłapanie wszystkich czarnych kotów w okolicy i przesiedlenie ich hen daleko nic na to nie pomoże.

Tymczasem czarny jak noc kot zniknął nagle, tak jak nagle się przedtem pojawił. Zupełnie jakby rozpłynął się któregoś dnia w powietrzu. Albo jakby noc ukryła go na zawsze w kieszeni swojego zamaszystego płaszcza by mógł bawić się w niej gwiazdozbiorami jak włóczką z babcinego koszyka. I być może gdyby ktoś bardzo chciał, dostrzegłby czasami na nocnym niebie dwie maleńkie gwiazdki, które były w nietypowym, bo zielonym kolorze. Niektórzy teraz bardzo wypatrywali czarnego kota na ulicach, licząc na to, że uda im się go złapać i dostać nagrodę. Ale znacznie więcej było tych, którzy rozglądali się za nim tęsknie, bo jego widok powodował u wielu miłe zaskoczenie, kiedy już oswojono się z jego obecnością w mieście. Niektórzy traktowali go jak swego rodzaju amulet, znak szczęścia, obietnica spełnienia jakiegoś życzenia. Ludzie bardzo lubią przypisywać znaczenie różnym rzeczom – chociaż to trochę jak szukanie usprawiedliwienia dla swoich decyzji. Ale może też po po prostu… potrzeba odrobiny magii w życiu?
Tak czy owak – więcej już nikt czarnego kota z zielonymi oczami w tym mieście nie spotkał. Chociaż byli tacy, którzy twierdzili, że mignął im gdzieś w ciemnej bramie. Albo że w nocy widzieli jego cień na ścianie swojego domu. Były to jednak raczej opowieści wyssane z palca lub po prostu wyobraźnia opowiadających.

Czy kot może być magiem? Czy może być wysłannikiem sił piekielnych, który chce wprowadzić zamęt w miejscach, w które przybywa? Czy jego zielone jak szmaragdy, błyszczące oczy, mogą działać na ludzi jak dobry czar lub zły urok, który odmienia ich zupełnie?
A może to nie są żadne czary! Tylko po prostu nagła zmiana punktu widzenia,  spojrzenie pod innym kątem na oglądany na co dzień obrazek. Małe pękniecie w znanym obrazie, szczelina, przez którą dusza może uciec w inne światy. Nieznane i nie wymarzone – a jednak gdzieś w głowie, pod tysiącem myśli o sprawach przyziemnych i codziennych – drzemiące w postaci niewypowiedzianych życzeń. Może w ogóle nie tylko nie ma magii, ale nawet nie jest nam ona do niczego potrzebna? Bo przecież nikt inny poza nami nie zadecyduje o naszym życiu. I o tym, czy chcemy w nim zmian, czy też zupełnie nie. Czy chcemy być takimi trochę więźniami naszych przyzwyczajeń, codziennie powtarzanych czynności, ale też lęków i obaw, czy też może chcielibyśmy poczuć się wolni. Jak kot, który wędruje przed siebie nie oglądając się na innych. I lubi zaskakiwać swoją obecnością w miejscach, w których nikt się go nie spodziewał. A czasami znika zupełnie lub raczej przenosi się w tylko jemu wiadome miejsce i nie zastanawia nad tym, co ktoś o tym pomyśli. Bo to przecież nie jest jego sprawa. Skoro jest się wolnym, to przecież można żyć tak, jak się chce. Do tego wcale nie są potrzebne żadne czary.

Nikt nie mówi, że to łatwe: radzić sobie samemu w życiu. Czasami przydałyby się czary lub wstawiennictwo Księżyca. Jednak to możliwe jest tylko w bajkach. W życiu czarów nie. Ale mimo to, także w życiu, zdarzają się cuda nie z tej ziemi. I to wcale nie tak rzadko. Ciekawe, prawda?

Plecak

– Szybko, pośpiesz się! Jest już prawie dziewiąta, a ty ciągle w proszku!
– Wcale nie jestem w proszku. Dzisiaj wyjątkowo szybko udało mi się zebrać. Jeszcze tylko kilka rzeczy i możemy iść.
– Czas najwyższy! Wiesz dobrze, że droga zajmie nam kilka minut.
– Wiem, wiem … nie martw się, zdążymy.

Dwa małe Eregungi były gotowe do drogi. Posi jak zawsze od wczesnego ranka pełen energii. Tiv jak zwykle trochę zaspany i nie do końca zorientowany co się dzieje. Poranki to zawsze była dla niego najgorsza pora dnia.
Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły. Do szkoły nie było daleko, a jednak trzeba było przejść przez las, a potem minąć staw z kaczkami i starą szopę Leśnika. To wszystko były pokusy trudne do przezwyciężenia. Ale dzisiaj naprawdę nie było na to czasu, ani nawet wielkiej chęci.
Pierwszy dzień w szkole raczej nigdy nie był zły. Po długich wakacjach Eregungi spotykały się z kolegami z klasy. Na pewno będzie co opowiadać i może nawet będzie wesoło. Chociaż…
Szkoła to miejsce i fajne i trochę nie. Na zabawę czasu jest niewiele, za to obowiązków z dnia na dzień przybywa. W dodatku nie wszyscy są tak sympatyczni, jak by się chciało. Czasami bywa trudno. Nie każdy radzi sobie z tym dobrze.
Eregungi to na ogół przyjazne stworzenia. Starają się żyć w zgodzie ze sobą, ale też z całym otaczającym je światem. W tym są trochę podobne do skrzatów. Jednak nie obce są im także gorsze dni i słabszy nastrój. W tym bardziej przypominają ludzi. I z tym podobieństwem jest najgorzej. Skrzaty nie rozdzielają tak zwanego włosa na czworo. Ludzie często tak. Skrzaty nie kręcą nosem na złą pogodę, krzywy chodnik czy nie działającą windę. Ludzi takie rzeczy potrafią wyprowadzić z równowagi.
A jak jest z Eregungami?

– Hej, jesteś dzisiaj jakiś markotny – Posi szturchnął Tiva w ramię – ciągle nie wyspany?
Było już po pierwszej lekcji i powoli powakacyjny kurz opadał ze wszystkiego i wszystkich po to, by odsłonić całkiem nowe możliwości nadchodzących miesięcy. Jednak nie tylko możliwości pojawiały się na widnokręgu, ale także wątpliwości, niepewność, jakieś małe lęki obok niespodziewanych radości. Dużo rzeczy zupełnie niewiadomych.
– Sam nie wiem – odparł Tiv – czuję się jakiś nieswój. Trochę jednak przytłacza mnie to miejsce. Tyle przed nami dni wśród innych Eregungów. Z ich nastrojami, humorami, pomysłami…
– Damy radę – zaśmiał się Posi – dotąd jakoś dawaliśmy. Musimy tylko skupić się na priorytetach. Pamiętasz?
– Jakich priorytetach? – zdziwił się Tiv – nic o tym nie wiem.
Posi uśmiechnął się wesoło do kolegi. Ten uśmiech Posi wygrał chyba na jakiejś loterii! Zawsze poprawiał nim nastrój Tivovi. Wokół po prostu robiło się jaśniej, kiedy Posi się uśmiechał.
– Mam nadzieję, że wszystko dzisiaj spakowałeś do swojego plecaka i masz przy sobie to, co najważniejsze?!
– Sam nie wiem – odparł Tiv – rano tak mnie poganiałeś…
Posi chwycił szybko plecak przyjaciela i zanurzył w nim swoją lekko jajowatą głowę.
– Czekaj… – mruczał pod nosem z głową wciśniętą w plecak – czegoś brakuje…
Tiv patrzył na to widowisko lekko rozbawiony. Posi był zabawny. Zawsze zabawny, śmiały, dzielny. Nie to, co on… Tiv.
– Tiv… – nagle głowa Posi wyskoczyła z plecaka – wiesz, że słyszę, co myślisz (Eregungi faktycznie mogły słyszeć myśli kogoś, kto siedział blisko, ale tylko, jeśli tego chciały. Nie byłoby łatwo funkcjonować, słysząc wciąż w głowie myśli wszystkich wokół).
– Słyszę, że włączył ci się… człowiek! Wyłącz go od razu. Takie myślenie nie pomaga. Nigdy. Przecież wiesz.
Tiv wiedział, ale czasami nic nie mógł poradzić. A kiedy sobie to uświadamiał, czuł się jeszcze gorzej.
– I muszę cię zmartwić. Chyba coś zgubiłeś. Przeszukałem twój plecak dokładnie. Nigdzie nie ma. Sam popatrz. – i Posi zaczął wyciągać z plecaka Tiva zeszyty, każdy w innym kolorze:
– dobre chęci – jest; kreatywność – jest; energia, dobra wola – są; zainteresowanie – jest; dobre relacje – ok, na pewno się przyda. Chociaż te twoje zeszyty…
– Co z nimi nie tak? – zapytał Tiv ze smętną miną.
– Nie za cienkie? – zapytał Posi – czy na pewno wystarczą na cały rok szkolny? Na przykład ten: energia. W grudniu skończą ci się w nim wolne kartki i co wtedy? Przecież to będzie dopiero połowa roku szkolnego! A energia przydałaby się raczej na cały. – Posi kręcił głową i cmokał zabawnie – no i brakuje najważniejszego. I dlatego masz dzisiaj taką minę!
Posi sięgnął teraz po swój plecak i jednym ruchem wyjął z niego bardzo gruby, bardzo kolorowy zeszyt i pomachał nim przed nosem kolegi.
– Można nawet wyrzucić resztę, jeśli ma się ten – zawołał radośnie i zaczął głośno literować napis na zeszycie: – Pozytywne nastawienie! Bez tego ani rusz.
– Ale przecież miałem – bąknął Tiv zaniepokojony – rano jeszcze sprawdzałem.
– Być może – odparł Posi spokojnie, chowając gruby kolorowy zeszyt do plecaka – a może tylko ci się zdawało. Tak bywa.
I znowu wysłał do kolegi swój słynny uśmiech.
– Chodź, poszukamy. Może gdzieś zostawiłeś. Na pewno się znajdzie.
– Okej. Ale wiesz… Z tymi zeszytami…  Pozytywne nastawienie… Sam nie wiem. Nie zawsze działa.
– No pewnie, że nie zawsze! Tak, jak wszystko. Ale nie zaszkodzi mieć przy sobie, prawda?
– No tak. Lepiej mieć i nie używać, niż nie mieć wcale.
– A najlepiej mieć i używać! Wtedy jest szansa, że zadziała. Zaraz znajdziemy twój i sam zobaczysz! I tylko mam nadzieję, że nie jest taki cienki, jak pozostałe. Ten musi ci wystarczyć na cały rok szkolny, a nie tylko do grudnia!
Śmiech Eregunga rozdźwięczał się na szkolnym korytarzu.

Dwaj przyjaciele – Posi i Tiv – oddalali się powoli, prowadząc tę jakże interesującą rozmowę.
Wkrótce pierwszy dzień w szkole minął i przyszły kolejne. Niektóre łatwe, inne trudne. Czasami tak trudne, że na początku wydają się nie do udźwignięcia. Jak to w życiu.
Czy pozytywne nastawienie może pomóc dźwigać takie trudne dni? Czasami tak, a czasami nie do końca. Jednak tego nigdy tak na pewno nie wiadomo. Dlatego najlepiej mieć je zawsze przy sobie. I spróbować użyć. A nuż zadziała? I warto mieć go tyle, żeby starczyło na co najmniej cały rok. Chociaż lepiej by było, żeby na dłużej. W każdym razie – nie zaszkodziłoby.
I wcale nie trzeba być Eregungiem, żeby o tym wiedzieć. Nieprawdaż?

Pewnego razu

Pewnego razu był sobie człowiek, który nigdy niczego nie planował. Ufał dobrym zrządzeniom losu i ścieżkom, które wybierał i nigdy nic z góry nie zakładał. Lubił wędrować przed siebie. Lubił wieczorem gapić się w gwiazdy. Lubił wstawać wcześnie, ale kiedy miał ochotę pospać dłużej, to lubił sobie pospać. Nie lubił sobie niczego narzucać. Jadł to, na co miał ochotę i wtedy, kiedy czuł głód. Nie miał żadnych ustalonych pór posiłków czy przerw na kawę. Oczywiście czasami musiał zrobić coś, co wymagała od niego dana sytuacja czy zobowiązania – każdy ma jakieś, bez tego nie da się żyć w żadnej społeczności. Ale podchodził do tego ze spokojem i bez niepotrzebnych nerwów. Nerwy w życiu nie są potrzebne niemal w żadnej sytuacji. Zwłaszcza, że większość z nas ma skłonność do denerwowania się na zapas, a to jest w ogóle bez sensu.
Czuł się trochę jak liść na wietrze i dobrze mu z tym było. Chcielibyście być, jak taki liść? Czy może czujecie niepokój na myśl o braku kontroli? Ale czy – tak naprawdę – możemy mieć kontrolę nad naszym losem? Do jakiego stopnia?
Nasz bohater też niegdyś bardzo bał się utraty kontroli. Nie zawsze był taki, jak teraz. Do pewnych rzeczy dochodzi się z czasem. I całe szczęście…

Niegdyś, kiedy był młodszy, wszystko planował z zegarkiem i kalendarzem w ręku. Wszystko chciał zawsze zrobić na czas, a ten czas sam sobie wyznaczał. Pracował ciężko i jednocześnie bardzo chciał, żeby wszyscy wokół byli z niego zadowoleni. Tak jakby to w ogóle było możliwe, żeby zadowolić wszystkich. Ale przez jakiś czas to działało.
– Która godzina? Już 12?! Trzeba napełnić zbiorniki, zanim słońce nas tu nie upiecze!
– O której dziś obiad? Nie mamy czasu na opóźnienie. Zjemy punktualnie o 13.00 i do roboty.
– Jutro wyjazd. O której? O 8.00 rano? W takim razie o 7.00 będę u ciebie. Za wcześnie? Nie, nie, nie, lepiej być wcześniej…

I tak każdego dnia. Plan dnia codziennie wypełniał się ściśle i nawet wtedy, kiedy trzeba było go na bieżąco modyfikować, to i tak wszystko było jak w kalendarzu – linijka w linijkę, bez żadnych odstępstw. Jak w szwajcarskim zegarku. Lub prawie tak – bo przecież żaden człowiek nie jest maszyną, chociaż niektórzy sądzą, że powinni nią być.

Jednocześnie nasz bohater niegdyś każdego niemal dnia tęsknił za wakacjami. Codzienne obowiązki i presja, którą czuł nawet wtedy, kiedy nie wywierał jej na nim nikt, poza nim samym, sprawiały, że wakacje były jego codziennym snem, do którego tęsknił za dnia. Zaglądał w kalendarz, odliczał daty. Kiedy miał wolną chwilkę planował rzeczy, które będzie robił podczas wakacji i których nikt nie może mu odebrać. Planował czas, który będzie tylko jego własnością i zrobi z nim to, co zechce. Zupełnie tak, jakby czas obecny w ogóle nie należał do niego. To sprawiało, że kiedy zbliżał się czas wakacji, nagle odczuwał tak wielkie zmęczenie, że z początku wcale nie potrafił się nimi cieszyć. I nie bardzo umiał sobie poradzić z tym, że można już odpuścić – odłożyć zegarek, kalendarz, telefon, a może nawet czasami mapę? Trudna sprawa. Przestać kontrolować to, co wokół i dać się ponieść chwili. Czy wiecie jak bardzo trudna? Myślę, że tak.

Na wakacje czeka się często cały rok z wielkim utęsknieniem. Wakacje to według wielu osób ten czas, kiedy można zwolnić tempo, troszkę poddać się bieżącej chwili, czasami dokądś spóźnić. I nawet jeśli także podczas wakacji lubimy mieć wszystko zaplanowane i zorganizowane co do minuty, to jest to nasz plan, a nie jakiś narzucony z góry w pracy czy w szkole. Dlatego tak lubimy wakacje.

Pewnego dnia nasz bohater, który jak zwykle wszystko robił zgodnie z planem i pod dyktando zegarków i linijek, poczuł się bardzo źle. Nagle zemdliło go na widok tych wszystkich cyferek. Zrobiło mu się słabo i ciemno przed oczami. Zachwiał się i z trudem zrobił dwa kroki naprzód, chciał znaleźć jakieś krzesło lub coś, na czym mógłby się oprzeć. I wtedy stało się coś zupełnie niespodziewanego. Poczuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg i zaczyna spadać w dół. Bardzo to było dziwne, bo nie było w tym miejscu przedtem żadnego dołu ani dziury w ziemi, a jednak na pewno spadał i nic na to nie mógł poradzić. Na początku poczuł strach. Chciał się czegoś chwycić, ale wokół była próżnia. Pierwszy raz był w takiej sytuacji i jego myśli biegały w panice po głowie wpadając na siebie i powodując tylko wielki zamęt w głowie. Ale nagle jakby otworzyła się w niej jakaś ukryta zapadka. W tym momencie człowiek poczuł, że to spadanie jest nawet całkiem przyjemne. Nie mógł nic zrobić, nic na to poradzić, ale zamiast niepokoju poczuł, że jest lekki i wolny. Jak liść na wietrze. Oczywiście dobrze by było móc kontrolować kierunek i siłę wiatru, ale co w sytuacji, kiedy się nie da? Jakie wtedy jest rozwiązanie? Można wpaść w panikę i rozpaczać i machać rozpaczliwie rękami i nogami, ale wierzcie mi – to nie pomaga. Można też rozłożyć szeroko ręce i… płynąć na falach wiatru, czekając aż nieco zwolni lub całkiem ustanie. I w końcu porzuci nas w jakimś nowym, zupełnie nieznanym dotąd miejscu – być może w miejscu nowych możliwości? Kto to może wiedzieć.

Kiedy raz poczuje się taką lekkość, wtedy zupełnie zmienia się światopogląd. Nagle wszystko wydaje się prostsze. I wcale nie chodzi o to, żeby nagle przestać wywiązywać się ze swoich zobowiązań wobec innych, które wynikają z życia w danej społeczności – o życiu na bezludnej wyspie w gruncie rzeczy mało kto z nas marzy. Chodzi o to, żeby nie wymyślać sobie zobowiązań, które nie istnieją i których nikt od nas nie oczekuje. Albo takich, które w naszym mniemaniu przybliżają nas do jakiegoś lepszego życia, a w rzeczywistości  droga do niego jest zupełnie inna.

Czy wiecie o tym, że można żyć niemal dokładnie w taki sposób, w jaki się chce? Tylko pytanie brzmi: w jaki sposób tak naprawdę chciałoby się żyć? Ile rzeczy w naszym życiu wynika z tego, czego chcemy, a ile z tego, czego wymagają od nas obyczaje, konwenanse, pewien przyjęty wokół styl życia i obawa przed tym, żeby nie odstawać od reszty? Ile rzeczy w niegdysiejszym życiu naszego bohatera wynikało z tego, czego naprawdę chciał, a ile z tego, że poddawał się prądom życia, które rządzą nami wszystkimi zupełnie nie licząc się z tym, co o tym myślimy. Zupełnie, jakbyśmy wpadali do wielkiej rzeki i nie potrafili wyrwać się z jej odmętów. Prąd niesie nas ku jakiemuś bardzo odległemu celowi i nie mamy pojęcia – czy to jest faktycznie nasz cel? Wielu z nas w ogóle się nad tym nie zastanawia, ale są tacy, których w pewnym momencie zaczyna nurtować ta myśl. I wtedy przychodzi im ochota na bardzo trudną rzecz – popłynięcie trochę pod prąd. To dopiero wyzwanie! Próbowaliście tak chociaż raz?

Życie człowieka po tym, jak zaczął spadać w dół odmieniło się dosłownie z dnia na dzień. Zrozumiał, że poprzednie nie było takie, jakiego chciał. Za dużo czasu poświęcał na planowanie i spełnianie cudzych oczekiwań. A w końcu i tak nigdy nie udawało mu się ich spełnić. Kiedyś nawet z tego powodu trochę rozpaczał. Czuł się mało zdolny, skoro mimo starań nic nie wychodziło tak, jak powinno. I skoro mimo zaangażowania w bieżące sprawy, codziennie śnił o wakacjach. Postanowił coś zmienić, póki jeszcze był na to czas.

Pewnego razu był więc sobie człowiek, który nigdy niczego nie planował. Ufał dobrym zrządzeniom losu i ścieżkom, które wybierał i nigdy nic z góry nie zakładał. Lubił wędrować przed siebie. Lubił wieczorem gapić się w gwiazdy. Lubił wstawać wcześnie, ale kiedy miał ochotę pospać dłużej, to lubił sobie pospać. Nie lubił sobie niczego narzucać. I nigdy więcej nie czekał już na wakacje. Bo mógł je mieć wtedy, kiedy tylko chciał. Czuł się wolny tak, jak czujemy się czasami podczas wakacji.

Nie. Nie o to chodzi, żeby nasze życie było wiecznymi wakacjami. Bardziej o to, żebyśmy przestali czekać na kolejne dni i tygodnie z nadzieją, że przyniosą nam coś lepszego. Bo wszystko, co dobre można mieć tu i teraz. Wystarczy odłożyć na bok to wszystko, co przeszkadza nam to dostrzec i złapać dla siebie. Wyjść ze schematów i zapomnieć o domniemanych oczekiwaniach innych. Jakich oczekiwaniach? I co z naszymi oczekiwaniami? Czy nie są ważne, a czasami nawet kluczowe dla jakości naszego życia?

A może najłatwiej jest nie mieć żadnych oczekiwań, tylko spokojnie usiąść na brzegu życia i patrzeć na nurt rzeki z ciekawością: co dziś ze sobą przyniesie? Może żaden cel nie istnieje, tylko droga, którą pokonuje się płynąc z szybkim nurtem rzeki lub pod prąd, albo też dając się nieść na skrzydłach wiatru, jak motyl, czasami przysiadając gdzieś z boku i nigdzie się nie śpiesząc. Bo przecież i tak większość rzeczy życie planuje za nas. Tak było, jest i będzie. Czy możecie się z tym nie zgodzić?

Sklep z życiorysami

Pewnego razu był sobie sklep. Nie taki zwyczajny – spożywczy czy meblowy. Nie był to też sklep z życzeniami – ten był w zupełnie innej bajce. Sklep, o którym tutaj mowa, był sklepem z… życiorysami. Twierdzicie, że nie ma takiego sklepu? Ten akurat był, z całą pewnością. Być może był to jedyny na całym świecie sklep z życiorysami, ale faktem było, że istniał.

W centralnej części sklepu wisiały na długich wieszakach najpiękniejsze życiorysy! Oczywiście najpiękniejsze z zewnątrz. Błyszczące, kolorowe, przyciągające wzrok. Przy tych wieszakach zawsze najwięcej było kupujących albo oglądających. Te życiorysy były bardzo drogie. Niektórzy zapożyczali się, żeby je nabyć.
W tylnej części sklepu stał wieszak z dużo tańszymi życiorysami. Nie były one tak piękne, jak tamte, ale niczego im nie brakowało. Własciciel sklepu bardzo dbał o jakość swoich towarów. Niektóre z nich były szare – niektórzy bardzo lubią szary kolor. Lubią chować się w nim przed światem. Inne były w różnych kolorach, ale nie krzykliwych tylko stonowanych. W kolorach takich jak leśna zieleń albo popołudniowe niebo. W kolorach bladego różu lub przygaszonej czerwieni. Niektóre były naprawdę ładne. Jednak były to zwyczajne życiorysy, o czym informował napis nad wieszakiem. Tymczasem nad wieszakami w centralnej części można było przeczytać opis: życiorysy sławnych, pięknych i bogatych.

Do sklepu przychodziło dużo klientów. Każdy chciał mieć jakiś dobry i piękny życiorys. W sklepie były duże przymierzalnie i można w nich było przymierzać wybrany “strój”. Oczywiście każdy chciał przymierzyć życiorys z tego najpiękniejszego wieszaka. Była taka możliwość. Pod warunkiem, że zajmie to maksymalnie piętnaście minut. Pewnie domyślacie się dlaczego. Mogłoby przecież się zdarzyć, że komuś zechce się dłużej postać przed lustrem i pomarzyć a przecież chętnych było wielu.
Można więc było przymierzać i ujrzeć siebie w lustrze w życiorysie miliardera lub pięknej, sławnej aktorki. Te życiorysy były naprawdę dobrze skrojone – każdemu było w nich dobrze, bez względu na figurę, wzrost czy inne rzeczy. Jednak kiedy kupuje się ubranie – lub życiorys – ważne jest także, aby dobrze się w tym czuć.
Ludzie to tylko ludzie. Bywa, że stroimy się w rzeczy, które nas uwierają po to tylko, żeby zrobić wrażenie. Bywało więc, że ktoś wcale nie czuł się komfortowo w jakimś życiorysie za to wyglądał w nim pięknie! I to wystarczyło, żeby wydał na niego fortunę.

Kiedy kupuje się ubranie to dopiero podczas codziennego używania ujawnia się czy było warto. Czy jest wygodne, czy szybko się brudzi, czy czujemy się w nim… sobą. Czuć się sobą – co to oznacza? To coś trudno uchwytnego, ale sądzę, że wiecie, co mam na myśli.
Z życiorysami jest dokładnie tak samo. Nie wystarczy piętnaście minut, żeby być pewnym, że jest dla nas odpowiedni. To jest trochę jak loteria. Ubranie można kupić następne i następne i w końcu nauczyć się dobierać takie fasony i kolory, żeby nie popełniać błędów. A co z życiorysami?
W sklepie z życiorysami także można było kupić ich kilka, jeśli kogoś było na to stać. Można było też po jakimś czasie przyjść po kolejny, jeśli poprzedni zakup był nietrafiony. Jednak długość życia człowieka pozostawała taka sama. Można w życiu mieć nawet sto sukienek i zdążyć wszystkie ponosić. Z życiorysami jest trochę trudniej. Czasu na nie jakby trochę mniej.

Dygresja: czy można w ciągu jednego życia mieć kilka życiorysów? Teoretycznie tak. Praktycznie jednak nie bardzo. Bo życiorys jest zazwyczaj jak swego rodzaju konstrukcja, kreacja lub nawet – pozostając w klimacie przemysłu odzieżowego – tkanina, która powstaje z kolejnych połączonych elementów, wynikających z siebie nawzajem. No, ale tu nie miało być o technologii. Nie wszystkich to interesuje. Tylko o czymś zupełnie innym. Najważniejszy jest gotowy produkt i jego działanie.

Sklep cieszył się dużym powodzeniem, klientów było sporo a sklepikarz zarabiał całkiem przyzwoite pieniądze. Sprzedawał właściwie tylko te najdroższe życiorysy. Natomiast te z wieszaka z tyłu sklepu często wisiały tam miesiącami. W końcu sklepikarz oddawał je do tak zwanego outletu a ostatecznie trafiały do ludzi, którzy w ogóle nie mieli pieniędzy na kupienie sobie życiorysu. Zadowalali się tym, co im dano.

Pewnego razu w sklepie pojawił się bardzo dziwny klient. Dlaczego dziwny? Dlatego, że po wejściu rozejrzał się nieśmiało, nawet nie spojrzał na wieszaki w centrum sklepu i od razu skierował się do wieszaka, nad którym napisano: zwyczajne życiorysy. Podszedł do niego i ze spokojem zaczął przeglądać wiszące tam “stroje”. Co jakiś czas zdejmował któryś, oglądał uważnie, przykładał do siebie i mruczał coś pod nosem. Właściciel sklepu z zainteresowaniem przyglądał się klientowi i w końcu podszedł do niego.
– Szuka pan czegoś w dobrej cenie? – zagadnął.
– Cena nie ma dla mnie znaczenia – odparł klient.
– W takim razie – w sprzedawcy odezwała się żyłka handlowca – zapraszam do wieszaków w centralnej części sklepu. Tam jest towar z najwyższej półki. Same najlepsze życiorysy!
Klient z roztargnieniem spojrzał w stronę wieszaków z życiorysami sławnych, pięknych i bogatych.
– Dlaczego nazywa je pan najlepszymi? – zapytał z zaciekawieniem – co w nich jest takiego wyjątkowego?
Sprzedawca zdumiał się, ale odpowiedział ze spokojem:
– To życiorysy sławnych, pięknych i bogatych. Każdy chciałby mieć taki życiorys!
– Ja nie – odpowiedział krótko klient – te tutaj są bardzo dobre. Coś z tego wybiorę.
Sprzedawca mógł oczywiście zostawić już ten temat – w końcu klient nasz pan i ma prawo do swoich gustów. Jednak z jednej strony – na drogich życiorysach zarabiał więcej, a z drugiej – po prostu pierwszy raz spotkał się z takim klientem. Nie dawało mu to spokoju.
– Wie pan – zaczął konspiracyjnie, nachylając się do klienta – te życiorysy są… jakby to panu powiedzieć… pełne niedoskonałości. Pełne… życiowych trudności. Wie pan, co mam na myśli? Nie jestem pewien czy będzie panu w takim wygodnie. Przy wyborze należy pamiętać o tym, że to jednak nie jest strój na jednorazowe wyjście. Trzeba nosić go codziennie aż zaczyna przylegać do człowieka i już… już nie ma odwrotu.
– Nie rozumiem – odparł klient – przecież to towar w pana sklepie. Sprzedaje go pan. Czy jest wadliwy?
– Ależ nie! – obruszył się sprzedawca – nie ma żadnych wad! Jest po prostu… jest po prostu niższej jakości – zakończył sprzedawca i westchnął ciężko.
Klient ze skupieniem przyglądał się właśnie jednemu z życiorysów i nawet nie oderwał od niego wzroku. Odezwał się jednak i rzekł:
– Nie wiem co pan ma na myśli mówiąc o jakości. Metki wskazują na całkiem niezły skład. A co do trudności… przecież to można dopasować a nawet trochę przerobić. Znam się na tym. Bardzo często coś przerabiam, dopasowuję do siebie. To nie jest trudne. Wymaga tylko trochę pracy.
Sprzedawca nie bardzo rozumiał o czym mówił klient. Zaczął więc niepewnie:
– Ale w tych droższych nic nie trzeba przerabiać! Są idealne i leżą zawsze doskonale. Pasują każdemu.
Musiał zareagować. Jeśli w jego sklepie zjawi się więcej takich klientów to jego finanse ulegną zmianie. Owszem zawsze miał w sprzedaży tańsze życiorysy, ale nikt się nimi nigdy nie interesował. Dzięki temu zarabiał więcej. I wszyscy byli zadowoleni.
– Jest pan pewien? – zapytał klient – jest pan pewien, że pasują każdemu? Bo mi się wydaje, że nie ma takiej rzeczy na świecie, która pasowałaby każdemu. To przecież niemożliwe. I myślę też, że ludzie kupują je chociaż wcale nie czują się w nich komfortowo. Chcą robić wrażenie na innych – bo pierwsze wrażenie rzeczywiście jest doskonałe. Jednak tak naprawdę nie ma takiego życiorysu, w którym byłoby nam wygodnie zawsze i wszędzie. Jestem o tym przekonany. Jedyne, co możemy zrobić, to ulepszać nasz życiorys przez całe życie. I robić to samodzielnie. Bo nikt nie jest w stanie zrobić tego za nas. Nawet gdyby ktoś uszył nam życiorys na miarę, to nigdy nie wiadomo jak nam w nim będzie na co dzień – w codziennym ruchu i rytmie życia.
– Bzdury! – zdenerwował się sprzedawca – życiorysy z wieszaków w centralnej części sklepu są doskonałe! Wszyscy chcą je kupić. Niektórzy się zapożyczają, żeby je mieć. Jak pan myśli, dlaczego? Bo chcą cieszyć się życiem, czuć zawsze radość życia i zadowolenie. A to jest możliwe tylko, kiedy ma się taki życiorys. Oczywiście, nie przeczę, wśród tańszych życiorysów też są takie, które mają w sobie jakąś tam radość i zadowolenie. Ale to bardzo rzadkie sztuki.
– Radość życia? – tym razem klient oderwał wzrok od wieszaka i spojrzał na sprzedawcę – zadowolenie z życia? Pan uważa, że to zależy od tego, jaki się ma życiorys? Naprawdę? Najmocniej pana przepraszam, ale to dopiero bzdura! – klient uśmiechnął się a potem zdjął z wieszaka ze zwykłymi życiorysami życiorys w kolorze trawiastej zieleni i podszedł z nim do kasy.
– Ten poproszę – uśmiechnął się raz jeszcze – ten będzie w sam raz.

Po tym zdarzeniu sprzedawca nie mógł zasnąć w nocy. Nie dawało mu to spokoju. Ten klient nie mógł mieć racji. Tylko życiorys decyduje o tym, jak się czujemy w życiu. Własne przeróbki? Co za głupoty. Kto by się tym zajmował. Kiedy ma się życiorys z wyższej półki nie potrzeba żadnych przeróbek. I pasuje każdemu, bez wyjątku!
Zwykłymi życiorysami mogą zadowolić się tylko ci, których nie stać na nic innego!

Ponieważ jednak wciąż o tym rozmyślał i nie mógł przez to spać, postanowił to sprawdzić i udowodnić. Był dociekliwy i nie zamierzał tego tak zostawić. Kilka dni nad tym myślał, aż wymyślił. Napisał kilka słów na kartce wielkimi literami i zawiesił kartkę przed sklepem:

“Ogłaszam konkurs!
Kupiliście życiorys w moim sklepie? Znaleźliście go na wieszaku z najlepszymi życiorysami?
Czujecie się w nim komfortowo zawsze i wszędzie?
Nigdy nie opuszcza Was radość życia i zadowolenie?
Zapewne odpowiedź brzmi: tak!
Trzy pierwsze osoby, które zgłoszą się do mnie i potwierdzą te słowa, będą mogły wybrać sobie dowolny życiorys z najlepszego wieszaka i otrzymać go bezpłatnie! Dla siebie lub dla kogoś bliskiego!
Nie czekajcie – nagrody są tylko dla trzech pierwszych osób!”

Zadowolony z siebie sprzedawca spojrzał raz jeszcze z uznaniem na swoje ogłoszenie i zaczął porządkować sklep. Spodziewał się, że zgłosi się wiele osób potrzebne więc będzie miejsce. Już cieszył się na to, bo wtedy w sklepie będzie jeszcze większy ruch i na pewno wiele osób coś kupi.

Minął dzień a potem drugi. Do sklepu jak zawsze przychodzili kupujący i dużo takich osób, które tylko oglądały towar. Wszyscy z zainteresowaniem przyglądali się kartce wiszącej przed sklepem. Przyglądali się jej też przechodnie. Czytali, kiwali głowami i odchodzili. Wkrótce wieść o konkursie rozniosła się po całej okolicy. Jednak dni mijały a nikt się nie zgłaszał. Nie zgłosiła się ani jedna osoba. Dziwne prawda?

Minęło wiele dni i w końcu kartkę wiszącą przed sklepem porwał wiatr. Do sklepu codziennie przychodzili klienci i wciąż kupowali życiorysy. Oczywiście te najdroższe i najwspanialsze. Bo przecież każdy chciałby mieć właśnie taki. Taki życiorys to przecież gwarancja nieustającej radości życia i zadowolenia. Każdy to wie. Mimo, że nie ma na to dowodu. To się jednak rozumie samo przez się
Co tam mówicie? Że to nie od życiorysu zależy? A od czego niby?! Przecież tego nie da się “zrobić” samemu! Na pewno nie! Czy może jednak tak?
Jeśli tak, to nie mówcie o tym właścicielowi sklepu z życiorysami. On i tak od jakiegoś czasu siedzi taki smutny i zamyślony. I wciąż spogląda na stojący z tyłu sklepu wieszak ze zwykłymi życiorysami. Zastanawia się czy nie przestawić go bliżej i nie podnieść cen. W końcu to całkiem dobre życiorysy. Zupełnie nic im nie brakuje. Bo przecież od zawsze dbał o najwyższą jakość towaru w swoim sklepie. A jeśli rację miał ten dziwny klient to może w ogóle powiesić wszystkie życiorysy razem, na jednym wieszaku i dać im jedną cenę? Wymieszać te najpiękniejsze z tymi zwyczajnymi i zdjąć informacje nad wieszakami? Może to miałoby sens? Może tak naprawdę… wcale nie ma między nimi jakiejś dużej różnicy?

Sprzedaż to nie jest łatwa sztuka. Każdy sprzedawca Wam to powie i ja też wiem o tym naprawdę sporo :). I jeszcze jedno Wam powiem, o czym warto pamiętać:  Sprzedający nie ponosi odpowiedzialności za sposób “użycia” zakupionego produktu. W przypadku życiorysów także albo wręcz przede wszystkim!

Ławeczka

Pewnego razu była sobie bardzo mała ławeczka. Tak mała, że łatwo było ją przegapić i w ogóle nie zauważyć. Tak mała, że mogły zmieścić się na niej zaledwie dwie bardzo małe istotki lub więcej, ale odpowiednio mniejszych. Nie zmieściłby się na niej żaden ptak, ale już motyl tak. Jeden motyl z rozłożonymi skrzydłami lub dwa ze złożonymi. Zmieściłyby się ze trzy muchy albo jeden konik polny. To oznacza, że muchy mogłyby umówić się na pogawędkę na bardzo małej ławeczce, ale już konik polny musiałby zadowolić się swoim własnym towarzystwem. Mógłby na przykład uciąć sobie na ławeczce drzemkę. Lub po prostu pobyć sam ze sobą. Czy wiedzieliście o tym, że większość ludzi nie lubi spędzać czasu samotnie? Nie chodzi tutaj o bycie samotnym – to bywa nieprzyjemne – tylko o chwile tylko dla siebie. Sam na sam ze swoimi myślami i uczuciami. To podobno nie lada wyzwanie dla bardzo wielu osób. Jednak nie dla koników polnych. One doceniają to, że przez chwilę mogą odpocząć od reszty świata. Nie muszą nawet medytować, chociaż chwila spędzona na ławce, przymknięcie oczu i wystawienie twarzy na działanie promieni słońca, to już może być dobry początek medytacji.
Z motylami to zależy: jeśli przyszłaby im ochota na rozprostowanie skrzydeł i chwilę odpoczynku, to na bardzo małej ławeczce tylko w pojedynkę; jeśli zaś wolałyby w towarzystwie – to wtedy odpada rozprostowanie skrzydeł. Czasami trzeba dokonać wyboru pomiędzy własną wygodą, a miłym towarzystwem. Za to mrówki mogłyby usiąść na ławeczce nawet cztery obok siebie! Bo są dużo mniejsze po prostu.
Mam nadzieję, że już teraz możecie wyobrazić sobie jak bardzo mała była ta ławeczka. Stała sobie w bardzo przyjemnym miejscu – odpowiednio nasłonecznionym, ale też pod wysokim drzewem, które dawało przyjemny cień. W dodatku z miejsca, w którym stała, rozciągał się piękny widok. Kto nie chciałby usiąść na takiej ławeczce choć raz i odpocząć?
Ławeczka w dodatku była bardzo ładna. Taka trochę romantyczna, z pięknym oparciem i zabawnie wygiętymi nóżkami. Cała biała i błyszcząca. Zdecydowanie przyciągała uwagę tych, którzy byli w stanie ją dostrzec. Pamiętajmy bowiem o tym, że była bardzo mała i nie każdy ją zauważał.

Sami dobrze wiecie, że jeśli coś lub – co gorsza – ktoś jest bardzo mały, to mamy taką nieładną skłonność do lekceważenia tego kogoś lub czegoś. Mierzymy świat swoją miarą i oceniamy dobrze tylko te rzeczy lub osoby, które są co najmniej takie, jak my. Wszystko to, co jest mniejsze zdaje się nam automatycznie mniej znaczące. Czy jednak to nie ma znaczenia dla kogoś, kto jest mniejszy od nas, a nawet tak mały, że ledwo możemy go dostrzec, a nawet zupełnie nie zauważyć? Przecież liczy się nie tylko to, co ważne dla nas!

Pewnego pięknego dnia na bardzo małej ławeczce odpoczywał sobie polny konik. Wyciągnął się wygodnie i marzył. Lubił sobie pomarzyć od czasu do czasu. Marzenia nic nie kosztują, a bardzo umilają życie. Kiedy marzy się intensywnie to przybliża nas do realizacji marzeń, a nawet często już możemy poczuć się tak, jakby się spełniły. Konik polny marzył więc i minę miał przy tym błogą. Ławeczka była wygodna na tyle, na ile może być wygodna ławeczka. To znaczy tak, żeby nie chcieć spędzać na niej pół dnia bo jest jeszcze kilka innych rzeczy do zrobienia no i są też inni, którzy chcieliby z niej skorzystać.
Kiedy konik polny oddalił się do swoich codziennych spraw, na ławeczce zasiadły trzy błyskotliwe muchy. Błyskotliwe, bo połyskiwały w słońcu na zielono-niebiesko, ale też dlatego, że wszystkie trzy wyrażały bardzo błyskotliwe uwagi na temat bieżących tematów. Siedząc obok siebie na bardzo małej ławeczce omawiały właśnie plan kolejnego spotkania much osiedlowych, które same zorganizowały.
Muchy są dosyć energiczne i lubią szybko i sprawnie załatwiać tematy. Kiedy już wszystko zostało omówione i ustalone, pożegnały się pośpiesznie i opuściły ławeczkę. Chociaż każda z nich w myślach musiała przyznać, że taka ławeczka to naprawdę dobra rzecz.
Popołudniu na ławeczce przysiadł motyl. Piękny! Cały pomarańczowy. Rozłożył swoje piękne skrzydła i wystawił buzię do popołudniowego słońca. Miał za sobą pracowity dzień i musiał chwilkę odsapnąć i rozprostować skrzydła. Mocno się dzisiaj napracowały, żeby mógł przemieścić się tam, dokąd chciał. W myślach wyrażał wdzięczność za istnienie małej ławeczki. Oczywiście mógł niemal równie dobrze usiąść sobie na trawie. Siedzenie na trawie bywa bardzo przyjemne, zwłaszcza latem. Jednak czasami trawa jest mokra, a poza tym siedząc na ławeczce można poczuć się jak pan w meloniku i z laseczką lub pani z koronkową parasolką, których interesują tylko chmury na niebie. Przyjemnie jest poczuć się przez chwilę kimś, kto nie ma żadnych trosk. Tak właśnie można się poczuć siedząc na ławeczce, nawet jeśli jest ona bardzo mała.
Po jakimś czasie do pięknego pomarańczowego motyla dołączył drugi, równie ładny. Siedziały obok siebie ze złożonymi skrzydłami i raczej milcząc uprzejmie. Motyle bowiem nie są zbyt rozmowne, a za to bardzo uprzejme.
W końcu pod wieczór małą ławeczkę obsiadły mrówki. W ciągu dnia w ogóle nie mają czasu na nic poza pracą w mrowisku, ale wieczorem to co innego. Wtedy mogą usiąść, pogadać, pośmiać się i odpocząć. Przed kolejnym trudnym dniem. A że są drobne to na ławeczce mieści się ich naprawdę sporo. I każdej jest wygodnie. Czasami lubią tak posiedzieć do późna, zwłaszcza kiedy księżyc na niebie.
Księżyc w nocy rzuca blade światło na ławeczkę i wtedy błyszczy ona jak mały klejnot zgubiony gdzieś w trawie.

Każdy ma swoje duże i małe sprawy. Każdy jeden, kto żyje na tym świecie. Bez względu na rozmiar i wygląd. Możecie się upierać ile chcecie, że tak nie jest, ale to nieprawda. Troski i zmartwienia to rzecz znana każdemu. Zmęczenie i pośpiech także. Każdemu więc bez wyjątku przydaje się od czasu do czasu taka ławeczka. A jeśli w dodatku stoi w bardzo przyjemnym miejscu – odpowiednio nasłonecznionym, ale też pod wysokim drzewem, które daje przyjemny cień i jeszcze rozciąga się z niej piękny widok, to kto nie chciałby usiąść na takiej ławeczce choć raz i odpocząć? Każdy by chciał i co więcej – każdy powinien móc znaleźć na to czas. Bo jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest umiejętność odpoczywania. Takiego odpoczywania i ciała i głowy. Nawet nie wyobrażacie sobie pewnie ilu ludzi tego nie potrafi, chociaż wydaje się to takie łatwe. A wy potraficie? Kiedy się nie odpoczywa, to nigdy nie jest się wypoczętym. A kiedy nie jest się wypoczętym, to wtedy jest się ciągle zmęczonym i przez to zniechęconym i marudnym. Myślę, że wiecie co mam na myśli. Zdradzę Wam pewien sekret dobrego życia – nie wiem czy już go znacie: umiejętność odpoczywania jest ważniejsza od umiejętności ciężkiej pracy. Powaga.
Myślę, że teraz już możecie sobie wyobrazić, jak ważna była ta bardzo mała ławeczka. Chociaż była bardzo mała i dla wielu w ogóle mogłaby nie istnieć, podobnie jak mrówki, motyle czy koniki polne. Niestety.

Nasza bardzo mała ławeczka stała sobie więc i była ulubionym miejscem wielu bardzo małych stworzeń.

Jednak któregoś dnia stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Bardzo mała ławeczka zniknęła! Nie było jej już w tym miejscu, w którym przedtem stała. Pierwszy zauważył to konik polny, który przechodził obok. Rozglądał się bardzo uważnie, zatrzymał się nawet na chwilę. Ale ławeczki nie było. Konik śpieszył się akurat dokądś, ale obiecał sobie, że wróci popołudniu sprawdzić raz jeszcze. W ciągu dnia kolejni wielbiciele ławeczki pojawiali się i przecierali oczy ze zdumienia. Gdzie jest ławeczka? Gdzie się podziała? Stała tutaj dopiero co i tyle radości dawała jej użytkownikom.
Ławeczka zniknęła i przez kolejne dni nadal jej nie było. Taka niby zwyczajna ławeczka a tyle smutku i rozczarowania przyniosło jej zniknięcie. Kto mógł to zrobić? Kto zabrał bardzo małą ławeczkę?

– Tak, zdaje się, że ktoś ją zabrał – powiedział pomarańczowemu motylowi rudzik, który bywał w okolicy czasami, tonem zupełnie obojętnym – bo podobno była za mała i zupełnie bezużyteczna. Chyba nikt z niej nie korzystał.
– Przydawała się – westchnął pomarańczowy motyl – nawet bardzo. Miała wielu wielbicieli.
– A kogóż to? – zdziwił się rudzik – bywam tu czasami i szczerze mówiąc ledwie dostrzegłem, że stoi tu jakaś ławeczka. Nie mogła więc mieć dużego znaczenia. Najwidoczniej nie miała go w ogóle  Po co komu taka mała ławeczka…?
Jego ostatnie słowa rozpłynęły się w powietrzu bo rudzik już udał się w jakąś dalszą drogę.
Pomarańczowy motyl westchnął raz jeszcze.

Kiedy coś lub ktoś jest bardzo mały to innym często  wydaje się, że nie ma żadnego znaczenia. Nie mają też znaczenia jego potrzeby i radości. Zniknięcia bardzo małej ławeczki większość żyjących wokół nie zauważyła. Tak jak przedtem nie zauważano, że stoi pod wysokim drzewem.
Ale kilka małych, błyskotliwych much, wiele drobnych mrówek, motyle i koniki polne czuły wielką stratę i bardzo długo jeszcze ze smutkiem spoglądały w miejsce, które dawało im wytchnienie i chwilę odpoczynku. Tylko kto by się tam przejmował zmartwieniami takich ledwo widocznych i nie znaczących stworzeń? No kto? Jest mnóstwo ważniejszych, większych i bardziej znaczących spraw na świecie. Naprawdę!

Naprawdę…?

Pisanki (wielkanocne kłótnie ;))

Ktoś gdzieś zawodzi
Od samego ranka
To chyba ta mała
W koszyczku
Pisanka
Cała jest w groszki
Różnokolorowe
Można by powiedzieć
Że od stóp
do głowy
– Nie lubię groszków –
Chlipie zrozpaczona
– Wolałabym już
Być cała
zielona!
Inną barwne paski
Całą okalają
Ona też narzeka
Że ją
Pogrubiają!
A jeszcze inna
Że wzorków nie lubi
Że się jej plączą
I że się w nich
Gubi
Ta co jest w kwiatki
– w kratkę być by chciała
A ta co jest w kratkę
Już się
Rozmazała!
Największa z nich po środku
Cała jest zielona
Chyba trochę ze złości
Bo prycha
Oburzona!
– Dość tego! – mówi
Dosyć już tych krzyków
Będzie wreszcie spokój
W tym naszym
Koszyku?
Powiedzcie mi szczerze
Tylko między nami
Wy też tak macie
Ze swymi
pisankami???

Zegar (wiosenna zamiana czasu ;))

Coś tam stuka
Coś tam puka
Dziś w ciszy
Poranka
Co tam znowu?
Kto tam nie śpi?
– syczy
Filiżanka
To ten zegar
W jasne róże
Na swych krótkich
Nóżkach
Zapiszczała
Przebudzona
Ozdobna
Poduszka
Chodzi już tak
Od północy!
Nie da się
Tu spać!
Zegar chyba
Musi chodzić?
Nie może
Wszak stać!
Ale ten chodzi
Po półce
Wzdycha
Stuka, puka
Liczy ciągle
Jakby zgubił
Coś i teraz
Szuka
Liczy w głowie
I na palcach
W końcu się
Zatrzymał
“Już sam nie wiem…
Kto mi powie?
Która jest
Godzina…???”

W starej szafie

W starej szafie
Ktoś mieszka
chowa się w szufladzie
Robi w niej bałagan
Wszystko jest
w nieładzie!
Czasem zrzuca wieszaki
Robiąc przy
tym hałas
Czasem z marynarek
Robi sobie
szałas
Czasami przymierza
I gniecie
sukienki
Czasami w nocy
Śpiewa
bardzo stare piosenki
Stara szafa wtedy
Lekko się
kołysze
I wzdychając cicho
Mąci nocną
ciszę
Lubicie stare szafy?
Lubicie
ich westchnienia?
Lubicie mieszkające
W tych szafach
wspomnienia?
Kiedy skrzypią i trzeszczą
Nawet w środku
nocy
Nie bójcie się wcale!
Strach ma
wielkie oczy
To może być lokator
Co chowa się
w szufladzie
I lubi kiedy wszystko
Jest w pewnym
nieładzie…
Nie lubi kiedy
Wszystko
wisi równo w rządku
Bo wie, że są w życiu Rzeczy
Ważniejsze
od porządku…
I od marynarek
sukienek
czy koszul…
Wiecie jakie?

Mały domowy skrzat

Pewnego razu był sobie mały domowy skrzat. Mieszkał od lat w pewnym starym domu i nigdy nie narzekał na życie. Był dobrym skrzatem, chociaż sam siebie nigdy by tak nie określił. Naturę miał spokojną, czuł w sercu przyjaźń i życzliwość dla świata, zwierząt i ludzi nie musiał więc wkładać jakiekolwiek wysiłku w bycie przydatnym i pomocnym skrzatem.
Był tak mały, że ludzkie oko ledwo mogłoby go dostrzec. Miał długą, piękną brodę i długie włosy. Nosił szary płaszcz długi do ziemi i dużą czapkę – która nieznośnie spadała mu na oczy.
W starym domu mieszkało mu się bardzo dobrze. Stał w nim stary piec, a tuż przy nim stary szanowany w domu kredens. Pomiędzy piecem a kredensem było w sam raz miejsca dla małego domowego skrzata.
Urządził się więc tam całkiem wygodnie. Nigdy też nie brakowało mu jedzenia. Mieszkańcy domu nigdy nie zapominali o tym, żeby zostawić mu kawałek sera, miseczkę mleka lub okruszki chałki domowego wypieku. W zamian za to mały domowy Skrzat spełniał oczywiście swoją powinność i dbał o to, żeby złe moce nigdy nie przestąpiły progu starego domu, a jego mieszkańcom powodziło się i szczęściło zawsze.
Tak też było. W domu przez lata rodziły się kolejne pokolenia zdrowych i pięknych dzieci, nigdy nie brakowało w nim jedzenia i picia, a jego mieszkańcy dożywali późnych lat w zdrowiu i radości życia.
Czy to w ogóle możliwe? Jeśli się w coś mocno wierzy to wtedy wszystko jest możliwe! Naprawdę! Spróbujcie, jeśli uważacie, że to tylko bajki.

Lata mijały, mały domowy skrzat wypełniał z radością swoje obowiązki, chociaż właściwie nigdy nie traktował tego, co robił, jako obowiązków. Ludzie, w których domu mieszkał, dbali o niego, chociaż rzadko wspominało się o tym na głos. Ale ta wzajemność była dla wszystkich oczywista.

Jednak zdaje się, że mimo najlepszych chęci, a nawet zaklęć i czarów, nic nie może trwać wiecznie. Domowy skrzat był coraz starszy jednak jeszcze setki lat życia były przed nim. Tymczasem dom starzał się również i coraz mniejsze były szanse na to, że przetrwa kolejne zimy. Coraz trudniej było naprawiać ciągle przeciekający dach. Ściany zaczęły pękać. Psuł się też coraz częściej stary piec i bywało, że mały domowy skrzat budził się w środku nocy całkiem przemarznięty. To było niewesołe i nawet pogodne i spokojne usposobienie małego skrzata bywało wystawione na ciężką próbę.

W końcu aktualni mieszkańcy domu – a było to już kolejne pokolenie jego mieszkańców, skrzat dawno przestał już liczyć i nie pamiętał, które – postanowili opuścić stary dom. W dodatku dom planowano zburzyć, a działkę sprzedać – być może przyda się pod nowoczesne osiedle lub duży, wygodny sklep.
Któregoś więc dnia małego skrzata obudził wielki hałas i rwetes. Meble przesuwały się po podłodze, drzwi bez przerwy otwierały się i zamykały, ludzie głośno rozmawiali, jedynym słowem – trwała wyprowadzka. Słowo “wyprowadzka” wpadło do uszu małego domowego skrzata kilka razy w ciągu ostatnich dni. Jednak nie dotarła do niego jeszcze moc tego słowa ani nie przeczuwał konsekwencji, jakie ze sobą niosło. Jego spokojna natura i wrodzona przyjaźń i życzliwość dla świata, zwierząt i ludzi sprawiły, że zupełnie zawiodła jakakolwiek czujność. Bywa przecież i tak.

Mały domowy skrzat ze spokojem i nieustającą pogodą ducha spakował swój skromny, niewielki dobytek, na który składały się dwa szare płaszcze, dwie duże czerwone wysłużone czapki, spadające mu nieodmiennie na oczy, mała posrebrzana szczotka do czesania brody i włosów, wysokie zapasowe buty i patchworkowa ciepła kołdra. Wyprowadzka nie musi przecież oznaczać niczego złego. Może oznaczać zmiany na lepsze, albo brak zmian. Może.
Tak przynajmniej myślał sobie mały skrzat.

Czy może się jednak zdarzyć, że nowe miejsce zamieszkania zmienia całkowicie mieszkańców? Czy może się zdarzyć, że w nowym miejscu zamieszkania całkowicie zmienia się ich charakter? Że zapominają o tym, o czym dotąd zawsze pamiętali? Albo co gorsza – po prostu już nie chcą pamiętać?

Zacznijmy jednak od tego, że w nowym domu nigdzie nie było pieca. Mały skrzat szukał bardzo długo i skrupulatnie i nie było go nigdzie z całą pewnością. Jednak w jednym z największych pomieszczeń znajdował się kominek. Dość nowoczesny, jednak od biedy można było go uznać za całkiem dobre sąsiedztwo dla legowiska małego skrzata. Nie zawsze w nim palono, ale w nowym domu była podgrzewana podłoga, dzięki czemu zawsze i wszędzie było ciepło. Mały domowy skrzat bardzo lubił ciepło. Dlatego aż zatańczył z radości, kiedy to odkrył. To był przecież dobry znak, a na pewno zapowiedź ciepłych przespanych nocy. Czyli jednak zmiany na lepsze! I naprawdę nie ma się czym martwić. Mały domowy skrzat nie martwił się więc wcale.

Kiedy mówi się, że stare domy mają dusze, to łatwo jest zgadnąć dlaczego tak może być. Kolejne pokolenia rodzących się w nim dzieci, ich płacz, śmiech, zapach, pierwsze kroki, pierwsze odkrycia; kolejne pokolenia odchodzących na tamten świat, spełnionych w swoim życiu, znających już jego cienie i blaski mieszkańców; wszystkie dobre i złe emocje, relacje, dni codzienne pełne trosk, dni świąteczne pełne radości i spokoju – to wszystko tworzy atmosferę domu, którą nazywamy jego duszą. Im starszy jest dom, tym ta dusza jest bardziej wyczuwalna. Jednak aby dusza domu nas przyciągała, a nie odwrotnie, potrzebna jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której zapominać nie wolno – opiekuńcze duchy oczywiście. Lub chociaż jeden mały domowy opiekuńczy skrzat. Ot, cała tajemnica.
Co z nowymi domami? Czy one także mogą mieć duszę? Ośmielę się stwierdzić, że tak. Jeśli postarają się o to ich mieszkańcy. Jeśli stworzą w nich atmosferę, którą czuje się od progu i która otula nas jak miękki koc, kiedy znajdujemy się w środku. Wtedy i taki opiekuńczy duch trafi do tego domu.  Opiekuńcze duchy nie są wymagające. Wystarczy w nie wierzyć i o nie dbać. Nawet jeśli komuś wydaje się to dziwne lub bez sensu. Naprawdę niewiele. Chociaż dla niektórych zbyt wiele i wcale nie takie łatwe.

– Daj już spokój. To są przecież wygłupy. Codziennie zbierasz te okruszki. I jeszcze to mleko w miseczce po twojej babci! Ktoś kiedyś w to wdepnie i będzie tylko bałagan!
– Kiedy robiłam to w starym domu nie przeszkadzało ci. A nawet ci się podobało.
– Bzdura. Chciałem ci się przypodobać. I twojej matce oczywiście. Ona miała te swoje zwyczaje, przesądy… gusła i zabobony!
– Podobnie jak moja babcia i prababcia. I ich babcie. W starym domu wszyscy w to wierzyli. I żyło się w nim wszystkim dobrze.
– Ale teraz mamy nowy dom. Chyba ci się podoba? I też będzie nam się w nim żyło dobrze. Bez guseł i zabobonów.

Z początku wszystko zdawało się być jak zwykle. Mały skrzat zadomowił się w nowym domu. Uwielbiał podgrzewaną podłogę i polubił nowoczesny kominek. Palono w nim głównie w weekendy i wtedy mały domowy skrzat siadał nieopodal i wpatrywał się w ogień. Mógł tak godzinami siedzieć i patrzeć i delektować się przyjemnym ciepłem, które otulało go i nie pochodziło tylko z kominka, ale z dobrego, spokojnego życia, które podarował mu los. Za taki los mógł tylko dziękować.
Jednak z czasem coś zaczęło się zmieniać. Coś, co najpierw wyczuł w atmosferze panującej wokół i co z dnia na dzień dawało się wyczuć coraz wyraźniej. Aż któregoś dnia nie zastał tam gdzie zawsze przygotowanego dla niego jedzenia. To był pierwszy raz od bardzo wielu lat jego życia. Było to dziwne i nie tyle zmartwiło go, co zdumiało. Tego dnia poszedł spać głodny. Pierwszy raz poczuł, jak to jest mieć pusty brzuch. Nie było to miłe uczucie. Ale bardziej niż pusty brzuch co innego doskwierało mu bardziej. Niejasne jeszcze uczucie, że ktoś, kto zawsze o nim pamiętał i dbał o niego, nagle o tym zapomniał. To uczucie nie tylko doskwierało, ale nawet trochę go bolało. Zupełnie nowe uczucie i niechciane. Mimo to zasnął z nadzieją na nowy, lepszy dzień.

Następny dzień z początku przypominał wszystkie inne dni w życiu małego domowego skrzata. Wieczorem znowu znalazł przygotowaną dla niego miseczkę mleka i nawet słodki herbatnik. Jednak przez kolejne dni zdarzało się, że na kolację nie dostawał nic i chodził spać głodny. Z czasem to stało się niemal regułą. Mały domowy skrzat nie wiedział co się dzieje, chociaż oczywiście słyszał niegdyś o domach, w których nie dba się o domowe duchy. Brał to jednak za zwykłe plotki i nigdy by nie przypuszczał, że coś podobnego może spotkać jego. Z czasem zaczął sobie jednak zdawać sprawę z tego, że przez wiele lat cieszył się naprawdę wielkim szczęściem i przychylnością losu. I że to się właśnie skończyło.

Dokładnie to samo mogliby powiedzieć właściciele nowego domu. Ich życie także się zmieniło. Z początku były to zmiany niewielkie i niemal niezauważalne. Z czasem jednak już nie dało się ich nie zauważyć. W ich życiu pojawiły się problemy, jakich dotąd nie znali, a atmosfera w ich pięknym nowym domu zaczęła się psuć. Nie dlatego, że mały domowy skrzat zamienił się w złośliwego ducha i za brak jedzenia odwzajemniał się złymi czarami. Mały skrzat po prostu zachorował. Zmalał i zszarzał całkiem. Broda całkiem mu posiwiała. Zupełnie nie miał siły i w ogóle nie wstawał ze swojego legowiska. Przykrył się patchworkową kołdrą po sam nos i spał całe dnie i noce. Nie wstawał nawet wtedy, kiedy palono w kominku, a przecież tak bardzo lubił wpatrywać się w ogień.
W końcu przyszedł taki wieczór, że nawet gdyby czekała na niego przygotowana miseczka mleka i kolacja, on i tak nie miał już siły, żeby wstać. Tym samym nie miał już siły opiekować się domem i jego mieszkańcami, nawet gdyby bardzo chciał.

Co było dalej? Dalej było tylko gorzej. Atmosfera w nowym domu nie przypominała w niczym tej, która panowała w starym. Niektórzy nawet zaczęli coraz częściej tęsknić za starym domem, na miejscu którego stał teraz supermarket. Nikt tu już nie dbał o opiekuńcze duchy, a co gorsza – nikt w nie nie wierzył. Została zachwiana pewna równowaga. Mały domowy skrzat nic na to nie mógł poradzić. W końcu zrobił się całkiem maleńki, jak ziarenko i któregoś dnia po prostu zniknął.
Co się dzieje z takimi znikającymi skrzatami? Czy mają szansę trafić do innych domów i tam – ogrzewane wiarą w domowe duchy i dokarmiane okruszkami – całkiem się odrodzić? Czy może trafiają do miejsca, z którego wrócić już się nie da nigdy? Któż to może wiedzieć.
Co się dzieje w domach pozbawionych opieki domowych duchów? Tego chyba nie muszę Wam mówić. Myślę, że doskonale znacie takie domy.

No dobrze. Nie miałam zamiaru nikogo straszyć. Wiem, że wiara w rzeczy, które nie mieszczą się nam w głowie jest czymś bardzo trudnym. Kiedyś wierzono w domowe skrzaty i o nie dbano. Oczywiście również się ich obawiano. Sama nie wiem czy to dobrze, czy źle. Ale wiem na pewno, że o atmosferę w domu zawsze dobrze jest dbać – różnymi sposobami –  a także o pewne, przekazywane z pokolenia na pokolenie, tradycje. Może nie wszystkie, ale chociaż niektóre. Na pewno te, które przynosiły pomyślność. To czasami bywa trudne, ale warto o tym pamiętać.
A zaproszenie do domu małego domowego skrzata to prostu jeden z najprostszych sposobów! Wystarczy codziennie dbać o jego naprawdę niewielkie potrzeby, a całą resztę załatwi już on. Bo taka wzajemność jest przecież oczywista dla wszystkich. Prawda?