Zły dzień

Dla mojego Synka, który bardzo polubił tę bajeczkę 🙂 

– Zły dzień, zły dzień… dzisiaj będzie zły dzień…
– Co tam mruczysz?
– Zdaje się, że wstałem dzisiaj lewą nogą – powiedział Grysik i spojrzał ponuro na kolegę.
– Może nie będzie tak źle? – Marvin dawno nie widział Grysika w tak złym nastroju. Ale próbował jak mógł.

Szli do szkoły w milczeniu, Grysik nie miał ochoty rozmawiać. O niczym. Jego przyjaciel szedł więc obok i starał się być tak cicho jak to tylko możliwe. Tylko żwir na ścieżce szeleścił.
W progu szkoły spotkali Pat. Miała włosy związane w kucyk i niebieską koszulkę. Grysik bardzo ją lubił. Podobał mu się jej kucyk i miły głos. Chociaż nie przyznawał się do tego, Marvin wiedział że przyjaciel podkochuje się w Pat.
– Cześć Grysik  – Pat uśmiechnęła się promiennie.
– Odczep się- warknął Grysik – nie mam nastroju na pogawędki.
Pat była dziewczyną. A dziewczynom w takich chwilach robi się po prostu przykro. Pat odwróciła się gwałtownie i pobiegła do klasy. Na odchodne powiedziała coś jeszcze, w stylu:
– Czasami bywasz naprawdę okropny!
Grysik wzruszył tylko ramionami.

Podczas lekcji wiercił się i kręcił. Wyjątkowo nie mógł dzisiaj usiedzieć w ławce
Pani od matematyki – zwana przez nich Sinusoidą – spojrzała na niego znad okularów.
– Grysik – zwróciła się do niego – przypomnij nam proszę na jakim zadaniu skończyliśmy ostatnio?
Grysik miał pustkę w głowie. No tak! Wczoraj nawet nie zajrzał do zeszytu. Jakoś nie znalazł czasu. Kątem oka zauważył, że Marvin daje mu jakieś znaki. Pewnie próbuje mu pomóc. Ale on prycha na jego pomoc. Sam stawi czoła Sinusoidzie.
– Nie pamiętam – powiedział powoli i dobitnie patrząc nauczycielce prosto w oczy.
Sinusoida zsunęła okulary niżej, na czubek nosa, i spojrzała na niego badawczo. A potem pokręciła głową z dezaprobatą. Co się dzieje z tymi chłopcami? Przecież to miłe dzieciaki. A czasami coś jakby w nich wstępowało. Tyle lat pracy i doświadczenia a czasami człowiekowi brakuje odpowiedzi – co ma o tym myśleć?
– W takim razie dostaniesz dzisiaj dodatkowe zadanie domowe. Żebyś sobie utrwalił i poćwiczył pamięć.
Kiedy tylko skończyła się lekcja Grysik energicznie wyszedł z sali nie poczekawszy na Marvina. A kiedy po kolejnej lekcji rozpoczęła się przerwa obiadowa, poszli na obiad osobno. Co prawda Grysik rozglądał się za kolegą niosąc w ręku talerz zupy. Ale Marvin widocznie zjadł już i sobie poszedł. Grysik szedł rozglądając się na wszystkie strony. Nie zauważył idącego z naprzeciwka chłopca, który jak on niósł talerz z ciepłą zupą. Wpadli na siebie zupełnie niespodziewanie.  Zupa wylała się na podłogę. Zrobiło się zamieszanie…
I Grysik nie zdążył już zjeść obiadu. Ale i ten drugi także nie. Ale Grysik zdążył jeszcze  powiedzieć mu kilka przykrych słów bo przecież mógłby uważać bardziej jak chodzi i w ogóle!
Taki to był dzień.

W końcu lekcje skończyły się i Grysik z Marvinem wyszli ze szkoły. Pat minęła ich na swojej niebieskiej hulajnodze ale nawet na nich nie spojrzała. Jej kucyk oddalał się szybko podskakując wesoło. Marvin szedł obok przyjaciela milcząc. Nie wiedział jak poprawić mu nastrój. I nie chciał popsuć mu go bardziej. Ale szedł obok bo przecież to był jego najlepszy przyjaciel. Nie miał lepszego.
Grysik westchnął w pewnym momencie ciężko i powiedział:
– Co za okropny dzień! No mówię ci! Od rana wiedziałem, że będzie taki! Na szczęście już jest trochę lepiej. Już nie czuję się tak okropnie jak wcześniej.
– Mhm… – mruknął Marvin.
– No powiedz! – Grysik zatrzymał się i przytrzymał przyjaciela za ramię – sam powiedz! Tylko mi może się zdarzyć coś takiego! Prawdziwy pech! Same złe rzeczy od rana! Czy ktoś jeszcze wie jakie to uczucie?
Marvin patrzył na niego i się nie odzywał.
– Dlaczego nic nie mówisz? Co z tobą? Jeszcze ty…?!
No i wtedy już Marvin nie wytrzymał. I wyparował do kolegi:
– Chcesz??? To ci powiem! Proszę bardzo! Wymyśliłeś sobie rano, że masz zły dzień! Całą drogę do szkoły nie odezwałeś się do mnie ani słowem! Potem odezwałeś się brzydko do Pat – a ona chciała się tylko z tobą przywitać! Następnie byłeś niemiły dla Sinusoidy! I za co??? Za to, że się nie przygotowałeś do lekcji. Już nawet nie wspomnę, że kiedy chciałem ci pomóc odwróciłeś się ode mnie… wolałem już przez resztę czasu cię unikać bo bałem się, że znowu będziesz niemiły…
A podczas obiadu wpadłeś na tego chłopca. Przez ciebie nie zdążył zjeść obiadu a ty jeszcze go zwymyślałeś…
I może powiesz mi teraz : kto miał dzisiaj zły dzień? Ty??? Czy może te wszystkie osoby, dla których byłeś dzisiaj taki okropny???
– Widziałeś jak na niego wpadłem??? – zapytał Grysik kompletnie zaskoczony słowami przyjaciela – myślałem, że już sobie poszedłeś…
– Widziałem wszystko – odpowiedział Marvin – i
przez ciebie… miałem dzisiaj naprawdę zły dzień – dodał smutno.
Grysik stał teraz z bardzo głupią miną. Patrzył na przyjaciela smętnie. Marvin miał rację. Teraz dopiero to zrozumiał. Zachowywał się dzisiaj okropnie. Myślał, że ma zły dzień. Ale zdaje się, że to on go zepsuł.
A mimo to… jego przyjaciel był obok i znosił jego humory. I nawet próbował mu pomóc podczas matematyki. A teraz wygarnął mu wszystko – zupełnie słusznie. Zasłużył sobie na to bez dwóch zdań!
– Wiesz co Marvin, prawdziwy z ciebie przyjaciel. Przepraszam cię za dzisiejszy dzień.
– Nie tylko mi jesteś winien przeprosiny – odpowiedział Marvin.
– Wiem…- odpowiedział Grysik potulnie – jutro wszystko naprawię.
– Tylko żebyś znowu nie miał złego dnia – Marvin zmarszczył czoło.
– Miałeś rację – powiedział Grysik – to nie dzień był zły. To ja go zepsułem wszystkim dookoła.
Marvin pokiwał tylko głową a potem poklepał przyjaciela po ramieniu.

I więcej już do tego nie wracali. Bo nie było po co. Wszystko zostało już wyjaśnione i mogło być znowu tak jak zawsze.
Zwyczajne dni pełne dobrych rzeczy. A czasami trudniejszych – jak to bywa. Które jednak łatwiej znieść dzięki przyjaciołom i życzliwym ludziom wokół. A przecież każdy kogoś takiego gdzieś tam obok siebie ma. Chociaż może nie zawsze to zauważa.

Księżycowy zając

IPewnego razu był sobie zając, który mieszkał na Księżycu. Tak, właśnie – dokładnie tam. Na okrągłym jak naleśnik i jasnym jak dziecięca buzia Księżycu.

Czy Księżyc nie jest dobrym miejscem do życia? Na pewno tak. Srebrzysty piasek i blaski tańczące na piasku. Żadnych zbędnych zapachów i form życia. Żadnych zbędnych emocji. Tylko spokój. I cisza.

Pogoda na Księżycu jest zazwyczaj umiarkowana. Nie za ciepło. Nie za zimno. W sam raz. Przyroda jest dosyć skromna. Gdzieniegdzie krzaczek lub trawka. Pojedyncze źdźbła raczej. No i dużo dużo piasku!!! Zupełnie wyjątkowego piasku. Bo piasek ten jest srebrny i błyszczący.
I pewnie dlatego łapki zająca zawsze się błyszczały .

Co można robić na Księżycu? Niewiele tu do roboty. Właściwie można by cały dzień leżeć na leżaku i odpoczywać. Patrzeć jak kosmiczne błyski tańczą na srebrnym piasku i rozświetlają go tak, że Księżyc staje się na chwilę Słońcem. Taki blask od niego bije.
I to właśnie robił zając. Patrzył i odpoczywał. I marzył…

O czym marzył księżycowy zając? O księżycowych babeczkach z lukrem. Słodkim i błyszczącym. O księżycowym mleku słodkim jak nektar. O leżaku jeszcze bardziej miękkim i wygodnym niż ten, który posiadał.
Czasami marzył o lekkim wietrzyku, który chłodzi czoło i przydługie uszy. A kiedy indziej o nieco wyższej temperaturze – w której można by się kąpać jak w jeziorze.

Jezior na Księżycu nie było wiele. Tyle tylko ile potrzeba, żeby czasami móc napić się wody lub ochłodzić łapki. Wszystkiego tutaj było jakby w sam raz i w takiej formie i postaci, żeby nie naruszyć eleganckiego otoczenia i nie popsuć srebrzysto – błogiej atmosfery.
Księżycowy zając mógł czuć się księżycowym arystokratą. Jego życie pełne było umiarkowania i elegancji. Ktoś mógłby uznać, że to wymarzone życie.
Ale tak naprawdę każde życie, nawet zupełnie inne niż to, które miał, byłoby dobre. Pod jednym wszakże warunkiem. Że nie czuje się tęsknoty za niczym innym. Tylko jest się tu i teraz. Zanurzonym w tym po same uszy. I nic nie wydaje się lepsze.

Pewnego razu zając jak zwykle leżał i marzył. W końcu nie miał za wiele do roboty. Ale nie wiadomo dlaczego i jak, nagle w jego duszy odezwała się jakaś uśpiona dotąd nuta. I jego marzenia pobiegły zupełnie inną drogą niż zazwyczaj. Zupełnie mu dotąd nieznaną.

Księżycowy zając marzył dzisiaj o zielonej trawie. Pachnącej i miękkiej. Marzył o żółtych mleczach. Małych słoneczkach na chudych łodygach. Marzył o zapachach słodkich jak kwiatowy nektar, które mieszają się ze sobą i uderzają do głowy. A potem plączą myśli i wygrywają w głowie skoczne melodie.

Sam nie wiedział skąd wzięły się w jego głowie takie marzenia. Zielona trawa? Co za pomysł? W dodatku miękka – jak dywan, na którym można się położyć. Też coś!
I te zapachy. Zupełnie oszałamiające. Nie delikatne i stonowane – jak to na Księżycu. Ale takie, które mieszają się ze sobą i są tak słodkie, że ma się ochotę je ugryźć.

To było coś zupełnie nowego dla księżycowego zająca. I zupełnie nie wiadomo skąd się w nim wzięło. Dotąd nie miewał w głowie takich rzeczy. Ale może… taka straszliwa myśl przebiegła mu przez głowę, i na chwilę w niej zatrzymała zostawiając ziarenko wątpliwości, które będzie odtąd w niej kiełkować… może w jego naturze nie jest bycie księżycowym arystokratą? Może jego dusza jest na przykład duszą artysty? Lub kogoś jeszcze innego. I te wszystkie barwy i zapachy, miękkość trawy… wszystko to mieszkało w niej od dawna. Przysypane srebrnym księżycowym pyłem. Z wierzchu błyszczące i spokojne, pod spodem pulsujące jak gorące serce.  Które chce się wyrwać z klatki.

Zając wstał ze swojego leżaka i zaczął niespokojnie przechadzać się po Księżycu. W tę i spowrotem. I znowu: w tę – i spowrotem. I tak przez długi czas, który upłynął nie zauważony przez księżycowego zająca. Kilka razy podniósł głowę patrząc przed siebie. Ale w ogóle nie zauważał błysków tańczących na srebrzystym księżycowym piasku. I rozświetlających go tak, że wyglądał zupełnie jak srebrny talerz.

– Co u licha – mruczał zając pod nosem – co dzieje się ze mną. Przecież mam tu wszystko czego mi potrzeba. Spokój i ciszę. Ciepło i chłód. Noc i dzień. Czego mogę chcieć więcej?! Przecież mam wszystko…

Na drugi dzień zając wstał w średnim humorze. Ale sam przed sobą udawał, że wszystko jest w porządku. Postanowił dzisiaj bardzo się pilnować. Być głuchym na wszelkie głosy pochodzące z duszy. Zresztą możliwe, że jego dusza jest trochę chora. I tak jak to w chorobie – trochę nie wie czego chce. I trochę jest marudna.

Dzień mijał zającowi na zwykłych codziennych zajęciach. Czyli na nie-robieniu-niczego-specjalnego. Jak to na Księżycu. Jednak coraz bardziej nieubłaganie zbliżała się ta chwila, w której to zając zwykł siadać na swoim leżaku i marzyć.

Co robić??? Zastanawiał się zając i nerwowo zacierał srebrzyste łapki. Czy zmienić rozkład dnia? Zrezygnować z chwili marzeń? A może wyrzucić ten leżak??? Cisnąć nim w międzygwiezdną przestrzeń! Niech leci… hen, daleko. I niech doleci nawet na Ziemię. Czy w jeszcze bardziej odległe miejsce.

Kiedy coś – cokolwiek – zakłóca normalny rytm naszego dnia, czujemy się z początku nieco rozbici. A w tym przypadku sprawa była naprawdę poważna. Bo tu nie o drobiazg chodziło. Tylko o coś dużo trudniejszego.

I jeszcze coś… coś z głębi duszy, co nie chciało tam pozostać. Tylko przez kłębowisko uczuć przedostawało się do głowy księżycowego zająca. I najpierw cichutko a potem coraz głośniej… domagało się, żeby usiadł na tym leżaku. I żeby marzył znowu.
O zielonej trawie. Pachnącej i miękkiej. O żółtych mleczach. Małych słoneczkach na chudych łodygach. O zapachach słodkich jak kwiatowy nektar, które mieszają się ze sobą i uderzają do głowy. A potem plączą myśli i wygrywają w głowie skoczne melodie…
Zupełnie inaczej niż tu. Na cichym, spokojnym i pięknym Księżycu.

Życie księżycowego zająca nie było już takie jak dotąd. Nie było już takie gładkie i bez grudek – jak waniliowy budyń. Każdego dnia walczył z myślami. Każdego dnia miał ochotę samego siebie wytargać za uszy. I każdego dnia chwytał swój leżak i podnosił wysoko z myślą, że pozbędzie się go raz na zawsze. W końcu jednak stawiał go spowrotem na błyszczącym księżycowym  piasku, pośród pojedynczych srebrnych źdźbeł trawy. I wracał do swoich marzeń.
A im więcej marzył tym mniej czuł się księżycowym zającem. Tym bardziej tęsknie patrzył w rozległą przestrzeń międzygwiezdną. I myślał, że wyrzucenie leżaka nic nie zmieni. Leżak niczemu absolutnie nie był winien. To on sam powinien wyruszyć przed siebie. Drogą mleczną. W inne miejsce tej galaktyki. Tam gdzie jego dusza od dawna już jest. Gdziekolwiek to jest…

Zostawić za sobą to co znane i bliskie? Zrezygnować z tego kim było się do tej pory? Porzucenie stałego rytmu dnia na Księżycu i zasmakowanie czegoś zupełnie nowego?
Potrzeba odwagi. Spojrzenia w głąb siebie i poszukania odpowiedzi tam w środku. Pogodzenia się z tym, że wątpliwości będą już zawsze. Ale dzięki nim wreszcie będzie coś do roboty. Nie spokojne i błogie nic-specjalnego-do-robienia na srebrzystym Księżycu. Tylko różnorodność barw, zapachów i uczuć.

Niebezpiecznie jest tak marzyć na leżaku. Niebezpiecznie jest pozwolić żeby uśpione nuty w duszy się odezwały. Gdyby nie odezwały się nigdy – można by dożyć na spokojnym i cichym Księżycu aż do późnych dni życia. I nigdy nie dotknąć miękkiej trawy. Komu by to przeszkadzało?
No właśnie…

Czy Księżyc nie jest dobrym miejscem do życia? Na pewno tak. Srebrzysty piasek i blaski tańczące na piasku. Żadnych zbędnych zapachów i form życia. Żadnych zbędnych emocji. Tylko spokój. I cisza.

Na pewno tak. Pod jednym wszakże warunkiem. Że nie czuje się tęsknoty za niczym innym. Tylko jest się tu i teraz. Zanurzonym w tym po same uszy. I nic nie wydaje się lepsze. W przeciwnym razie może się okazać, że Księżyc… to za mało.

Mały Franio

Bajka dla Frania R. 

Mały Franio przyłożył główkę do poduszki. Miał za sobą miły ale trochę męczący dzień. Pogoda była ładna i sporą część dnia spędził na dworze. Wśród maminych róż, których kolce wyciągały się groźnie w jego stronę.

– Nie podchodź tutaj mały Franiu – szeptały róże – nasze kolce nie są przyjemne i spotkanie z nimi zostawi bolesne ślady.
Mały Franio dobrze o tym wiedział. Wolał patrzeć na róże z pewnej odległości.
Zabawa w słońcu i na dworze to jedna z tych rzeczy, które dzieci lubią najbardziej. Powietrze lekko łaskocze policzki. A słońce rozgrzanym strumieniem płynie z góry prosto na głowę.

Dobrze jest po takim dniu przytulić się do poduszki. Poduszka i kołdra są całe w niebieskie ciuchcie. A kolor niebieski jest bardzo przyjemnym kolorem. Pościel w dziecięcym pokoju jest miękka i chłodna. Ale w pokoju jest ciepło. Pachnie w nim mamą i tatą. I to jest najwspanialszy zapach na całym świecie. Jest przytulnie i bezpiecznie.
Za oknem, gdzieś obok, zaszczekał pies, który wyszedł na wieczorny spacerek. Pod łóżkiem Homer miauczy cicho kocie kołysanki. Franio zamyka oczka i powoli odpływa do kolorowej krainy snu…

Nagle, tuż obok, gdzieś przy samym uchu, usłyszał cichutkie brzęczenie. Ale nie takie jak brzęczenie muchy. Lub co gorsza osy czy komara! Coś bardziej jakby… mały silniczek? Co tam się dzieje???
– Franio, Franiuuu! – odezwał się czyjś głos – nie śpij. Zaraz ruszamy!
– Dokąd? – zapytał Franio – chce mi się spać…
– Wcale ci się nie chce spać. Sam zobaczysz!
Niebieska lokomotywa wypuściła z komina jasny, miękki obłoczek w kształcie małej owieczki. I zeskoczyła z kołdry. Franio otworzył szeroko oczy. W jednej chwili znalazł się w pierwszym wagoniku. Siedzenia były wygodne a temperatura w wagoniku bardzo przyjemna. Franiowi zupełnie nie chciało się już spać.

Niebieski pociąg pognał w dół, po podłodze, a potem przez niewysoki próg na zewnątrz. Dookoła było ciemno i cicho. Z góry księżyc patrzył na nich, marszcząc wysokie, jasne czoło.
– Dokąd tak pędzisz niebieska lokomotywo??? – zagrzmiał Księżyc z góry, ale głos jego pełen był ciepła, dobrotliwy  – zupełnie jak ta noc wokoło – ten chłopiec powinien chyba już dawno spać. Wszystkie gwiazdki dawno śpią. Tylko on wciąż nie…
Franio spojrzał na Księżyc i pomachał do niego. Księżyc mrugnął do niego porozumiewawczo.
Tymczasem niebieski pociąg wjechał pomiędzy wysokie łodygi i zwolnił nieco. Musiał jechać ostrożnie żeby nie zbudzić granatowych pająków, śpiących na srebrnych nitkach swoich pajęczyn.
– To róże mamy! – zawołał mały Franio – mają bardzo brzydkie kolce! Musimy uważać.
– Nie martw się – odpowiedziała niebieska lokomotywa – dzisiaj schowały kolce i są całkiem
niegroźne.

Niebieska lokomotywa zatrzymała się na rozłożystym liściu. Było tu tak spokojnie. Franio poczuł zapach tak piękny jakiego nie można sobie wyobrazić! Ten zapach miał smak i kolor. I zdawało się, że można by go dotknąć. Złapać w dłonie i schować do pudełka. Jak najcenniejszy skarb.
– Witaj Franiu – powiedziała Róża i Franio poczuł że piękny zapach otula go jak miękki płaszcz.

W ogrodzie róż zebrało się niezwykłe towarzystwo. Lekkie jak piórka ważki o przejrzystych skrzydełkach, kolorowe motyle o skrzydełkach z jedwabiu i zielone żuki z binoklami na nosach. O północy Róża podawała herbatkę swoim gościom. Teraz wszyscy przyglądali się Franiowi i uśmiechali do niego.

Niebieska lokomotywa drzemała pochrapując cicho. Franio czuł, że i jego powieki stają się coraz cięższe. Kolory wirowały mu przed oczami jak na kręcacym się bączku – dziecięcej zabawce. Zapachy i głosy mieszały się ze sobą.
– Pamiętaj Franiu – usłyszał jeszcze ciepły głos nad głową – nigdy nie daj się zwieść sztucznym barwom i zapachom świata, który cię otacza. Są ulotne – jak barwne motyle. I nigdy nie wiesz kiedy wyciągną w twoją stronę kolce. Szukaj w życiu zawsze tylko tego co trwałe i prawdziwe. Jak miękka pościel w dziecinnym pokoju. Zapach mamy i taty. I miauczenie kota pod łóżkiem…
Czy to Księżyc mówił do niego czy Róża??? Nie mógł już  rozpoznać.

Niebieski pociąg w półśnie toczył się lekko po niewidzialnych torach. Franio kołysał się na wygodnym siedzeniu wagonika.
A już po chwili znowu leżał w swojej miękkiej pościeli i tulił głowę do poduszki. Całej w niebieskie ciuchcie. Teraz dopiero mógł wreszcie zasnąć.

Rano słońce wstało w bardzo dobrym nastroju. I Franio też. Bawił się na dworze od samego rana. Nieopodal maminych róż. Pachnących tak pięknie jak nic na świecie.
– Nie podchodź tutaj mały Franiu – szeptały róże – nasze kolce nie są przyjemne i spotkanie z nimi zostawi bolesne ślady.
Franio dobrze o tym wiedział. I nie tylko o tym. Chociaż był jeszcze bardzo małym Franiem i wielu rzeczy nie potrafił nazwać. Ale wiedział już, że Księżyc ma pogodną twarz. A granatowe pająki sypiają na srebrnych nitkach swoich pajęczyn. A piękno bywa złudne i ulotne jak sen. Ale na szczęście są na świecie rzeczy, które są trwałe i prawdziwe. I tylko takich rzeczy warto w życiu szukać.

Zły i brzydki potwór

“Zły brzydki potworze
Zostaw mnie w spokoju
Nie stój za mym łóżkiem
Wyjdź z tego pokoju!

Wyjdź już z mojej głowy
W której ciągle siedzisz
Plączesz moje myśli
Myśli moje śledzisz!”

Brzydki i zły potwór
Minę ma ponurą
Długie ma pazury
I zieloną skórę

“Zły brzydki potworze
Nie sycz mi nad uchem
Nie stój już nade mną
Jakbyś był złym duchem!

Jesteś zły i brzydki
Psujesz tylko humor
A kiedy się zjawiasz
Wielki robisz rumor!

Rozbijasz naczynia
Hałasujesz strasznie
Robisz taki hałas
Że już nikt nie zaśnie!”

Zły i brzydki potwór
Bardzo głośno wzdycha
Oczami przewraca
I sapie, i prycha

“Nie kręć się w tym kącie
Pozwól ludziom spać!
Śnić spokojnie w nocy
Zamiast się wciąż bać!”

Zły i brzydki potwór
O skórze zielonej
Patrzy ze zdziwieniem
Prosto w moją stronę

Zły i brzydki potwór
Minę ma ponurą
Marszczy mu się skóra
Wyciąga pazury …

…drapie się za uchem
Długim, zwisającym
Trochę przypomina
Szarego zająca

I wcale już nie jest
Brzydki i zielony
Tylko zwykły potwór
Trochę pomarszczony

“Nie drzyj mi już książek
Zły brzydki potworze
Jak już musisz istnieć
Siedź sobie na dworze!”

Potwór patrzy na mnie
Robi dziwną minę:
– Czemu na mnie krzyczysz
I coś wypominasz??

Jestem z twojej głowy
Ty mnie wymyśliłaś
Możesz mnie wygonić
Nim minie ta chwila

Mogę już nie wrócić
Zniknąć całkiem wreszcie
Przestać być potworem
Jeśli tylko zechcesz!

Nie chcę być zielony
Wolę być zającem
Szarym, bez pazurów
I skakać po łące

Po zielonej łące
Pełnej barw i słońca
Kwiatami pachnącej
Nie mającej końca

Wcale nie chcę ciągle
Tu w tym koncie stać
Więc przestań nareszcie
Wciąż czegoś się bać!

Pociąg metra w Tokyo

Pewnego razu był sobie pociąg metra. Nie byle jakiego! Bo to był pociąg metra w Tokyo. Tokyo to takie duże miasto w bardzo dalekim kraju. I jest tam bardzo nowoczesne metro. A pociągi przyjeżdżają tam na stacje zawsze punktualnie.
I ten pociąg metra również.
Ale pewnego razu pociąg tokijskiego metra zaspał do pracy. Miał takie piękne sny. Uśmiechał się przez sen pod nosem. I spał smacznie. Obudził się bardzo zadowolony z siebie. Rozejrzał dookoła i nagle spojrzał na zegar.
– Och!!! – jeknął – już po siódmej! Spóźnię się do pracy! Szybko, muszę pędzić!
I popędził do miejsca, z którego wszystkie pociągi zaczynają rano swój bieg.

Było już bardzo późno.
Po chwili do kabiny kierowcy wpadło dwóch motorniczych, którzy dzisiaj mieli poprowadzić ten pociąg. Tak się zdarzyło, że obaj też  zaspali. Jeden do późna oglądał wczoraj mecz. A drugi… po prostu nie wie jak to się stało.
Biegali zdenerwowani po malutkiej kabinie wpadając n siebie. W końcu usiedli na swoich miejscach. I ruszyli.

Kiedy zatrzymali się na pierwszej stacji usłyszeli niezadowolone głosy pasażerów:
– Która to godzina?- mówili- od kiedy to pociągi w metrze tokijskim się spóźniają???  Teraz i my spóźnimy się do pracy. Kto to widział???

Zarówno pociąg metra jak i panowie prowadzący pociąg pomyśleli w tym momencie o tym samym: trzeba za wszelką cenę ratować sytuację i nadrobić ten czas!

Pociąg szarpnął, drzwi o mało nie zamknęły się na plecach ostatniego z wsiadających, i…ruszyli!!! Pędzili po torach i z wielkim piskiem zatrzymywali się na kolejnych stacjach. Ledwo ludzie zdążyli wsiąść pociąg już pędził dalej. Tak szybko, że aż kołysał się na torach. Ludzie trzymali się mocno, żeby się nie poprzewracać. Pociągi metra w Tokyo zawsze jeżdżą szybko. Ale ten zdecydowanie przesadzał.

– Mamusiu – mówiła mała dziewczynka- dlaczego pociąg tak pędzi? Czy to nie jest niebezpieczne?
– Trochę jest – mówiła mama przytulając ją do siebie. I patrzyła srogo w stronę kabiny motorniczych.

No i stało się! To co musiało się stać. Z tego pośpiechu i pędu musiało wyniknąć nieszczęście!
Pędząc jak szalony pociąg pomylił zjazdy i zamiast pojechać stałą trasą, odbił nieco w prawo, w kierunku zamkniętego przejazdu. Z całych sił uderzył w barierę zamykającą przejazd. Prowadzący pociąg poprzewracali się.  Pasażerowie również. Szyby pociągu pokruszyły się w drobny mak. Światła pociągu potłukły się i zwisały bezradnie. Pociąg wyglądał żałośnie…i był w opłakanym stanie.

Całe szczęście, że nic się nikomu nie stało. Teraz pasażerowie wstawali i rozglądali się bezradnie. Nie mogli wysiąść- bo trzeba pamiętać o tym, że nie można wysiadać z pociągu metra na tory. Można się wtedy narazić na porażenie prądem. Trzeba czekać aż wykwalifikowane służby przyjdą z pomocą.

Wkrótce też zbiegli się ludzie, którzy dbają o bezpieczeństwo w metrze. Sprawnie zajęli się wszystkim.
A najważniejszy z nich stanął przed pociągiem i pogroził palcem.
– Widzisz co narobiłeś? – powiedział poważnym tonem – to mogło się skończyć bardzo  źle. Nie dość, że spóźniłeś się do pracy – co można przecież wybaczyć – to jeszcze w głupi sposób próbowałeś naprawić błąd.
Panowie prowadzący pociąg stali w kabinie i drapali się po głowach. A pociąg – cóż… miał bardzo głupią minę i wielkie wyrzuty sumienia.

Czasami popełnia się błędy. I czasami lepiej nie próbować naprawiać ich na własną rękę. Bo można narobić jeszcze większych szkód.
Wystarczy przeprosić i wyciągnąć wnioski, żeby już nigdy ich nie powtórzyć.
Albo przynajmniej bardzo – ale tak z całego serca, szczerze! – starać się nigdy ich nie powtórzyć.

Bajka o Cieniu

– Czy cień coś widzi mamo?
– Nie może widzieć – bo nie ma oczu.
– Ale czy jak się nie widzi to nie jest tak, że widzi się chociaż ciemność?
Czy cień widzi ciemność mamo?
– Może i tak… może widzi ciemność…

Pewnego razu był sobie cień. Taki cień, który chodzi za wami wszędzie. A czasami przed wami lub obok. Towarzyszy wam prawie zawsze. Wszędzie tam gdzie jest światło.
Jednak cień, urodzony ze światła, nigdy światła nie widział. Zawsze i wszędzie poruszał się w ciemności.

Wyobrażacie to sobie? Być ciągle w ciemności? Nie widzieć tak wyraźnie i dobrze jak kiedy świeci światło. Ledwie rozróżniać kształty. O mało nie potykając się o wszystko.

Mówi się, że w ciemności wszystkie koty są czarne. A wiecie co to może oznaczać? Na przykład to, że w ciemności trudniej jest odróżnić dobro od zła. Albo piękno od brzydoty.

A może łatwiej? Bo znika to co widać na wierzchu. A zostaje tylko to, co jest prawdziwe…
A może kiedy żyje się ciągle w ciemności to nie ma ona już żadnych tajemnic?
Bo przecież … widzieć tylko ciemność to nie oznacza nie widzieć nic. W ciemności można dojrzeć to i owo.

Cień tak właśnie żył. W dodatku jego egzystencja była jakby czymś pobocznym. Nie ważnym i nie dostrzeganym przez nikogo. Jednak nieodzowna. Bo gdyby ktoś nagle zauważył, że nie ma cienia, pewnie zdziwiłby się i wystraszył bardzo.
Mimo więc wielkiej czasami samotności, cienie mają  swoją rolę do spełnienia i tego powinny się trzymać. Bo czegoś – a najlepiej czegoś bardzo konkretnego – trzeba się w życiu trzymać.

Pewnego dnia cień przysiadł sobie na schodach i podparł głowę na dłoniach. Zamyślił się i zasępił. Nagle poderwał głowę. Coś głośno stuknęło w pobliżu. Ktoś potknął się o coś i przewrócił? Czy zrzucił coś przez nieuwagę na podłogę?

– Ojoj. Ojoooj…- ktoś stękał i kwękał pod nosem – ciągle się potykam. Nastawiali tych mebli i sprzętów. Stary ślepy szczur nie ma szans.
Gdzieś w pobliżu dało się słyszeć szuranie kapciami po podłodze.
– W którą teraz stronę? Tak dawno nie wychodziłem z tej nory. Trzeba było mi tam siedzieć. Ojoj…
Cień wstał ze schodów. Powoli zszedł na dół. Żył w ciemności i nie miała ona przed nim żadnych tajemnic. Poruszał się w niej jak ryba w wodzie. Chciał pomóc potrzebującemu.

– Zaprowadzę cię – powiedział cień – znam drogę.
– Słyszę młody głos- szczur zwrócił się w jego stronę- na pewno jesteś sprytniejszy od starego szczura. I pewnie widzisz – w przeciwieństwie do mnie.
– Widzę ciemność – zaśmiał się cień – to zawsze lepsze niż nic.
Szczur zamyślił się. Czym to się  różni: widzieć ciemność i nie widzieć nic? Czy to nie to samo?

Cień szybko i sprawnie zaprowadził szczura do jego nory pod schodami. O nic się nie potykając przeprowadził go pomiędzy meblami. Poruszał się bezszelestnie jak kot. Szczur wydał mu się taki poczciwy i bezradny. Cieszył się, że może mu pomóc.

– Kim jesteś?- zapytał szczur kiedy dotarli na miejsce.
– Jestem cieniem- odparł cień.
– Mhm…- szczur strapił się – czyli właściwie nie istniejesz. Sam w sobie.
– Tak – zaśmiał się cień- może dlatego ciemność nie jest mi straszna.
– Więc nie mogę cię prosić żebyś przychodził tu czasami i pomógł mi dojść do spiżarki?
– Możesz. Z przyjemnością ci pomogę. I tak nie mam za wiele do roboty.

Odtąd cień co jakiś czas spotykał się ze starym szczurem. Pomagał mu dotrzeć do spiżarki. I wracać bezpiecznie do norki pod schodami.
Stary szczur lubił opowiadać. O tym jak był młody. I zwinnie poruszał się po domu nawet w najciemniejszą noc.
O tym jak był postrachem wszystkich. Ludzi, myszy i kotów. I nie był wcale przyjemnym typkiem. Raczej takim spod ciemnej gwiazdy.
A teraz jest stary i ślepy i ledwo chodzi. I gdyby nie cień – umarłby chyba z głodu.

Cień słuchał tych opowieści i w ciemności widział obrazy.  Obraz złośliwego szczura, który sieje postrach. Żyje samotnie w swojej norze i kpi sobie z losu. Jest młody i pełen sił i może sobie kpić ze wszystkich.
Obraz tych, którzy bali się go i którym zatruwał życie.
W końcu obraz starego szczura, który oślepł i ledwo się porusza. I jest sam jak palec na świecie.

– Samotność jest czymś tak namacalnym, że czasami mam wrażenie, że mógłbym ją ugryźć – mówił szczur czasami – nie żebym się skarżył. Co mi tam… ale odkąd cię mam, cieniu, dopiero odczułem jak bardzo sam jestem na świecie.
– Trochę sobie na to zapracowałeś – mówił cień cicho – chyba chciałeś być sam.
Szczur stękał tylko i kwękał i nic nie odpowiadał.

Któregoś dnia kiedy jak zwykle dotarli do spiżarki okazało się, że nie są w niej sami. Dwie myszy przeszukiwały półki i uwijały się przy tym jak frygi.
– Ty??? – zawołała jedna z nich na widok starego szczura- nie zasłużyłeś na kawałek chleba! Los pokarał cię ślepotą ale powinieneś poczuć jeszcze głód.
– Tak, tak… powiedziała druga – zatruwałeś nam życie tyle czasu. I naszym rodzinom. I przyjaciołom. I jak teraz mamy tobie dobrze życzyć? Bywało, że o mało same nie zdychałyśmy z głodu przez ciebie. Stałeś w drzwiach spiżarki śmiejąc się głośno. I szczerząc ostre zęby.

Cień nie odzywał się wcale. Nie widział ale słuch miał dobry. Był ale jakby go nie było. Nie istniał przecież sam w sobie. Mógł opuścić starego szczura i zostawić go na pastwę losu. Przy szczurze poznał nowe oblicze ciemności. Jeszcze gorszej niż ta, którą tak dobrze znał.

– Zdaje się, że różni nas wiele – powiedział kiedyś do starego szczura- ja jestem zrodzony ze światła ale nigdy go nie widziałem. Ty natomiast miałeś go pod dostatkiem- chociaż ciebie zrodziła ciemność. Ja z tego, że widzę ciemność, robię użytek. A ty jaki użytek zrobiłeś ze światła?
– Robiłem taki, jaki chciałem- odburknął szczur.
– Żyłeś w większej ciemności niż ja – mówił cień – i pewnie dlatego w końcu oślepłeś.
A teraz – gdyby nie ja- jak byś sobie radził?
– Tak jak zwykle – szczur odpowiedział ostro – zawsze musiałem sobie radzić sam. I nadal bym sobie radził. Jakoś…
– I gryzłbyś samotność zamiast chleba – zaśmiał się cień.
– Być może…- odpowiedział szczur – bo chyba na to właśnie sobie zasłużyłem. Więc jeśli chcesz to odejdź. Nie musisz mi już pomagać jeśli nie chcesz. Dotąd żyłem,jak twierdzisz, w ciemności. Powinienem więc dać radę i teraz.

W ciemności można dojrzeć to i owo. Można w niej nawet spotkać ciemność jeszcze większą niż znało się dotąd. I jeszcze większą samotność niż czuło się nie raz.

Cień nadal towarzyszył staremu szczurowi. Dzięki temu i on sam czuł się mniej samotny.  Czuł, że mimo wszystko sporo ich łączy.
Co prawda Szczur miał szansę wydostać się z ciemności, w której żył tyle czasu – ale nigdy tego nie chciał. Cień nie miał w życiu żadnego wyboru.
Ale jego istnienie przy starym szczurze nabrało nowego sensu. W końcu ciemność – w jakiejkolwiek postaci – była jego przeznaczeniem. A teraz w dodatku czuł, że ma pewną rolę do spełnienia.
I tego się trzymał. A czegoś – a najlepiej czegoś bardzo konkretnego – trzeba się w życiu trzymać.

O człowieku, który nigdy się nie odzywał

Pewnego razu był sobie człowiek, który nigdy się nie odzywał. Tak, tak. Nigdy ani słowem. Ani jednym! Po prostu milczał i już. Dawno już zorientował się, że wszystko czego potrzebuje do życia może załatwić bez zbędnej gadaniny. Rozmówek towarzyskich nie potrzebował. Kiedy trzeba było – słuchał. Ale nigdy nie komentował. Na pytania odpowiadał skinieniem głowy.
Czasami może coś przez to tracił. Bo nie wszystko da się w ten sposób ustalić. Ale wystarczyło mu to, co miał.

Milczenie jest złotem. Ale milczenie za bardzo i za często bywa męczące dla tych, którzy przyzwyczajeni są do konwersacji. I do interakcji. I wyraźnej reakcji na to co mówią i robią. I dla tych, którzy twierdzą- i zresztą w tym twierdzeniu jest racja – że mowa jest tym co odróżnia ludzi od zwierząt. Nie ujmując nic tym drugim.

Człowiek, który wolał milczeć niż mówić, to samo cenił u innych. Nie lubił hałasu i czczej gadaniny. Nie cierpiał plotek. Nie mówił o tym ale miał swoje poglądy na wiele spraw. Był na przykład przekonany, że mówieniem można wyrządzić więcej zła niż milczeniem. I że wielokrotnie lepiej jest przemilczeć pewne rzeczy niż w każdym przypadku głośno wyrażać swoją opinię.

– Słyszała pani? Ta spod dwójki znowu wróciła późną nocą do domu. Skąd ona tak wraca po nocach???
– Aaa tak… właśnie! Też mnie to zastanawia kochana. Wiecznie jej w domu nie ma!
– A dzieci same siedzą! Nie wiadomo co tam robią! I co z nich wyrośnie?!
“A co z was wyrosło?- zastanawiał się człowiek, który nigdy się nie odzywał. Przechodził właśnie obok i przypadkiem usłyszał całą rozmowę. A sąsiadkę spod dwójki lubił akurat. Grzeczna i spokojna. Tylko zmęczona trochę. I bardzo grzeczne ma dzieci.”
Tak myślał ten człowiek. Ale się nie odzywał. Bo nie lubił i nie chciał.

Innym razem usłyszał kłótnię w sklepie:
– Chyba pani liczyć nie umie! – krzyczał starszy pan do pani w kasie – to nie może być aż tyle!
– To nie ja liczę, tylko kasa – mówiła pani obruszona – tyle kosztują te produkty.
– Może powinna pani znaleźć mniej wymagającą pracę – kontynuował pan nie zwracając uwagi na nic – bo ta jest za trudna dla pani!
“A pan nie potrafi spokojnie zrobić zakupów. I może też czytać i liczyć – skoro ceny się panu nie zgadzają” – myślał sobie człowiek, który nigdy się nie odzywał. I stał spokojnie w kolejce.

Wiele razy zdarzało się mu słyszeć dużo słów. Dużo za dużo. Ludzie mogliby czasami gryźć się w język. Ale skoro już tak bardzo potrzebują mówić – trudno – on przecież nie tylko nie musi się odzywać. Ale też nie musi tego słuchać. Nie są to jego sprawy.
Jednak słuch miał dobry. Co nieco utrudniało sprawę.

– Znowu korki. Wszędzie korki. Pan daleko jedzie? – w autobusie zdarza się spotkać takich, którzy szukają towarzystwa – ja jeszcze dwa przystanki. Ale pewnie znowu będziemy się wlec. Zawsze korki… co za miasto, ech…
Człowiek, który nigdy się nie odzywał, nie odzywał się i w takich sytuacjach. Przez co pewnie sprawiał wrażenie niegrzecznego. Bo przyjęte jest – chociaż niektórym powinno się wręcz tego zabronić! – że jak się ma język to należy go używać do mówienia. I koniec.

Nie mówienie nie oznacza nie myślenia. Chociaż niektórzy wiążą jedno z drugim. Oznacza nie dzielenie się myślami. Bo nie czuje się takiej potrzeby. Po prostu.
Nie mówienie nie oznacza też nie lubienia. A jednak – wydaje nam się, że wszystko powinno się wyrażać słowami. A niektórym wydaje się, że powinny być one jak najgłośniejsze.

Pewnego razu przed człowiekiem, który nigdy się nie odzywał stanął mały chłopiec. Mały i całkiem sympatyczny.
– Czy wie pan może, która godzina? – zapytał.
Człowiek w milczeniu wskazał mu zegarek. Chłopiec jednak nie umiał odczytać godziny z tego zegarka. Był to staroświecki zegarek z bardzo małymi cyferkami. Popatrzył więc błagalnie na człowieka. Ale człowiek milczał jak zaklęty.
– Nie umie pan mówić? – zapytał chłopiec – lepiej nie mówić niż nie widzieć. Albo nawet nie słyszeć. Mówić wcale nie trzeba. Bo i po co. Ale dobrze jest wiedzieć co inni mają do powiedzenia. I widzieć – dokąd się idzie. I z kim ma się do czynienia. Ale mówienie nie jest potrzebne. A czasami nawet przeszkadza. Kiedy powie się za dużo. Albo coś, czego miało się nie mówić, bo się komuś obiecało. Wtedy to najlepiej by było, żeby język rozbolał. I to tak – żeby już się zawsze to pamiętało…!

Słowotok małego chłopca przerwało nadejście jego babci.
– Prosiłam żebyś nie rozmawiał z obcymi – zwróciła się z wyrzutem do chłopca.
– Przepraszam – te słowa skierowała do człowieka – czy bardzo się panu naprzykrzał?
Człowiek pokręcił tylko głową na znak, że nie naprzykrzał.
A pani spojrzała na niego niechętnie.
– Co za gbur – burknęła nagle pod nosem – dziecko mu przeszkadza.

Człowiek zdziwił się bardzo ale nic nie powiedział. A przecież mógł coś. Na usprawiedliwienie. Bo jej słowa nie były przecież sprawiedliwe.
Jednak nie powiedział nic. Uznał, że to i tak nic nie zmieni. Nie zmieni ludzi i ich dziwactw. Ich plotkarstwa i wścibiania nosa w nie swoje sprawy. Ich złośliwości i czepialstwa.

Sami musieliby dojść kiedyś do tego. Że czasami lepiej się nie odzywać. Albo najlepiej by było, żeby język ich od czasu do czasu rozbolał. I to tak – żeby już się zawsze to pamiętało…

Bajka o małym kreciku

Śnieg spadł i przykrył wszystko grubą pierzynką. Gałęzie krzewów skuliły się i trzęsą lekko. Zimno im ale powietrze jest rześkie i przyjemne. A śnieg jest piękny i błyszczący.
Mały czarny krecik wychylił głowę z niewysokiego kopca. Dookoła było biało i wszystko lśniło. Zupełnie jak w bajce. Przyjemnie było popatrzeć. Ale z drugiej strony łapki marzły mu a na wąsach pojawił się szron.
Z nieba zaczęły spadać grube płatki śniegu. Wirowały w powietrzu i lekko opadały. A potem zamarzały.
– Wracaj do domu – mały krecik usłyszał głos mamy za swoimi plecami – zimno.
– Zimno ale jak pięknie- rozmarzył się mały krecik.
– Wracaj i siadaj do lekcji. Jutro do szkoły.
“Do szkoły …”- powtórzył w myślach mały krecik, smętnie. I zapomniał o płatkach śniegu wirujących swobodnie w powietrzu. Nie lubił tej szkoły. Nie wiedział czy lubiłby inną ale za tą stanowczo nie przepadał. Nauka nie była czymś specjalnie skomplikowanym. Ale cały dzień musiał spędzać w towarzystwie tych, którzy nie byli mu w żaden sposób mili. A mówiąc prościej: nie przepadał za kolegami w klasie. Małe borsuki były wyjątkowo złośliwe. I najchętniej ciągle by żartowały. Dzieci pani Myszy nie były zbyt zdolne i ziewały przez całe lekcje. A małe tchórzofretki były nudne i w kółko wymyślały te same zabawy.

Rano śnieg błyszczał i skrzypiał wesoło. Krecik wędrował przed siebie ostrożnie, żeby nie utknąć w jakiejś zaspie. Nóżki miał krótkie i mogło się tak zdarzyć.
Przed szkołą już czekał na niego jeden z braci borsuków.
– Jesteś wreszcie! – zawołał – mam nadzieję, że pójdziesz z nami po lekcjach pozjeżdżać z górki. Idziemy wszyscy.
– Chyba nie będę mógł- stęknął krecik – kiedy odrobię lekcje?
– Odrobisz później. Szybko ci to idzie – borsuk kopał nogą śniegową zamarzniętą bryłę – zresztą… przecież raz możesz nie odrobić.
Krecik wzruszył tylko ramionami. Nie lubił wygłupów kolegów i ich pomysłów. Zjeżdżać z górki jest przyjemnie ale oni mogliby robić to bez końca. A on wolałby poczytać książkę pod ciepłym kocem. Czy coś w tym złego?

– Przyszli twoi koledzy – mama stała w progu jego pokoju i uśmiechała się  do niego – chcą żebyś poszedł z nimi pobawić się na śniegu.
– Wieeem…- krecik podniósł powoli głowę znad zeszytu – nie bardzo mam ochotę. Czy możesz powiedzieć im, że źle się czuję i wolałabyś żebym został w domu?
– Dobrze – mama spojrzała badawczo – czy wszystko w porządku?
– Mamo – krecik zniecierpliwił się – czy każdy musi lubić zjeżdżanie z górki?

Koledzy lubili krecika. Zawsze pomagał im w lekcjach. Chętnie pożyczał kredki i gumkę do mazania. Był mądry i potrafił wytłumaczyć im wiele rzeczy. Lubili spędzać z nim czas i nie zauważyli, że on za tym nie przepada. Może tylko to, że czasami był poważny kiedy oni turlali się ze śmiechu. Ale kto w takiej chwili zwraca uwagę na miny innych.

Podczas lekcji krecik słuchał zawsze uważnie. Nie odpowiadał na zaczepki kolegów, którzy w tym czasie kręcili się na swoich miejscach i z nudów robili papierowe samolociki. A potem rzucali je do siebie nawzajem kiedy pani wiewiórka zagłębiała nos w książce. Krecik wsłuchiwał się w jej słowa i w głowie układał sobie skomplikowane wzory. Albo wyobrażał sobie dalekie miejsca o jakich opowiadała. Wszystko to wydawało mu się bliskie i przyjazne. I wcale nie nudne.
– Hej – ktoś trącił go łapką – łap!
Papierowy samolocik zatrzymał się na głowie krecika. Wszyscy śmiali się bo wyglądał śmiesznie. I chociaż nie było to bardzo złośliwe krecik poczuł się strasznie głupio.

Pani wiewiórka podniosła głowę znad książki. Zrobiło się cicho ale niektórzy jeszcze nie mogli opanować rozbawienia.
Tak to jest z bardzo młodymi istotami. Jeszcze nie do końca przekroczyły granicę pomiędzy czasem kiedy były bardzo małymi dziećmi a tym, kiedy w niektórych sytuacjach trzeba zachować się dojrzale. Dlatego chcą się śmiać i bawić jakby wciąż siedziały na dywanie pośród zabawek. I chociaż powinny już zachowywać się poważniej to przecież nie można mieć im tego tak całkiem za złe. Bo natura tak to urządziła, że młodość wiąże się ze śmiechem i beztroską. Z jednej strony więc – mogliby zachowywać się należycie. A z drugiej – przecież nigdy już nie będą tak beztroscy jak w latach szkolnych.

– Nie pójdę jutro do szkoły – powiedział krecik patrząc w talerz parującej zupy.
– Dlaczego?- zapytała mama – źle się czujesz?
– Nie najlepiej  – odpowiedział krecik nie podnosząc oczu.

Śnieg przykrył wszystko miękką pierzynką. Lśnił i rozjaśniał wszystko dookoła. Rozjaśniał nawet chmurne oblicza niektórych ponuraków. Dzieci kochają śnieg. Czasami nawet bardziej niż zieleń i słońce. Bo śnieg jest zupełnie  jak magia. Zaczarowany. Piękny i nieuchwytny. Biały bo przeźroczysty. I znika tak nagle jak się pojawia.

– Koledzy w klasie trochę cię denerwują? – mama przysiadła obok na tapczaniku.
– Trochę – odpowiedział niechętnie krecik.
– Wszyscy różnią się od siebie. Jedni wolą książki a drudzy zabawy na śniegu.
– Ja też lubię zabawy na śniegu! – wybuchnął krecik – ale przecież nie można tego robić cały czas! Są jeszcze inne rzeczy. A poza tym… oni nic nie traktują poważnie. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego.
– Śmiech nie jest niczym złym. Niektórzy twierdzą, że śmiech to zdrowie – uśmiechnęła się mama.
– Nic nie rozumiesz – obruszył się krecik – wolałbym już nigdy nie iść do tej szkoły.
– To prawda, że nie wszystko rozumiem – powiedziała mama – ale wiem, że dobrze jest czasami przyjrzeć się sprawom nie tylko z jednej strony …

– Dzień dobry – w progu stały małe borsuki i tchórzofretka – czy krecik jest w domu?
– Jest – odpowiedziała spokojnie mama krecika – ale jest trochę chory. Nie pójdzie z wami pobawić się na śniegu.
– My nie dlatego…- zająknął się jeden z małych borsuków- przynieśliśmy mu lekcje.
– Mamy też cukierki – uzupełniła tchórzofretka – od całej klasy. Z przeprosinami… – spuściła głowę i wpatrywała się w dywanik, który leżał sobie spokojnie w małym korytarzyku norki państwa kretów. Miał w sobie chyba wszystkie kolory tęczy!
– W takim razie zapraszam – powiedziała mama krecika.

Mądrość to nie tylko znajomość faktów i wzorów. Mądrość to też umiejętność patrzenia na pewne rzeczy trochę jakby z góry. Bez zbędnych emocji. I nie tylko z jednej strony.
Mały krecik był jeszcze za mały, żeby taką mądrość posiadać. Ale być może właśnie stanął na początku tej drogi. I będzie nią już  podążał. Bo właśnie przekonał się, że nie wszystko jest takie jakie się nam wydaje. I że do wielu spraw potrzeba dystansu. Bo wtedy wyglądają trochę inaczej.

– Czy jutro pójdziesz do szkoły? – zapytała mama wieczorem.
– Tak. Czuję się już lepiej- odparł krecik.
– Masz miłych kolegów – powiedziała mama a krecik przytaknął i uśmiechnął się do niej.
– Nie są tacy źli – powiedział – tylko trochę inni niż ja. Ale kiedy spojrzeć na nich z innej strony…
Mama uśmiechnęła się.
A kiedy wychodziła z pokoju powiedział jeszcze:
– Jutro po lekcjach pobawię się z nimi trochę, pozjeżdżamy z górki.
– Dobrze – odpowiedziała mama i poszła do swoich spraw. Mama zawsze ma ich dużo. A niektóre wcale nie różnią się od spraw małego krecika.
Ale mama potrafi  zawsze spojrzeć na nie nie tylko z jednej strony. I może dlatego tak często się uśmiecha.

Szary Dzień

Pewnego razu Dzień wstał w bardzo złym humorze. Nie uczesał się i chmurne miał oblicze. Przywdział szary płaszcz i znoszone buty. Usiadł i podparł głowę na dłoniach. Zupełnie jakby całą noc nie spał.
W taki dzień wszystko wydaje się dużo trudniejsze niż jest. A niektóre rzeczy wręcz nieosiągalne. Taki dzień to jest gorszy od ciemnej nocy. Ją można od biedy przespać. Ale co zrobić z takim ponurakiem?

Rok ma 365 dni. Właśnie tyle i już. Każdy z tych dni jest nieco inny chociaż na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. W końcu są dziećmi tego samego Roku.

Kiedy ma się do dyspozycji 365 dni to niesłychane bogactwo. Każdego dnia można zaczynać od nowa. Każdego dnia można coś naprawić. Każdego dnia można coś zepsuć. Albo zmienić bieg wydarzeń. Jeśli tylko tego się chce.

Ponury Dzień podniósł na chwilę głowę. Rozejrzał się z miną smętną. Pokręcił głową niezadowolony. Podrapał za uchem. W końcu podniósł się i owinął szczelniej szarym płaszczem. Zaparzył kawę i posłodził. Bo dzisiaj miał akurat ochotę na słodką. Zmrużył oczy jak kot – ciepła kawa zaczęła płynąć powoli w jego żyłach.
A w głowie usłyszał muzykę. Lekką jak motyl i radosną jak ptaki wiosną. Odchrząknął głośno, żeby zagłuszyć ją nieco. Nie miał nastroju i już. Nie zamierzał tego zmieniać.

– Rusz się… – ściany szeptały mu do ucha – wyrzuć ten stary płaszcz…
Podnieś głowę. Tyle mógłbyś dokonać! Słyszysz muzykę, która gra ci w sercu? – tak mu ściany szeptały do ucha.
– A kysz! – fuknął Dzień w kierunku szeptów.
Z potarganymi włosami i miną kwaśną jak cytryna wyjrzał przez okno. Pogoda była marna. Szarość wszędzie. Smutek i nuda.
– Nie mam zamiaru wychodzić z domu! Będę spał albo jadł cały dzień! – krzyknął do ścian. I skulił się w swoim szarym płaszczu w kącie pokoju.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Całkiem ciche ale stanowcze. Nie znoszące sprzeciwu.
– Co u licha? – żachnął się Dzień – nie jestem w nastroju.

Za drzwiami stała mała dziewczynka. Ze śmiesznymi warkoczykami. Drobna i niska. Popatrzyła na Dzień wielkimi oczami a potem uśmiechnęła szeroko.
– A ja wiem! – zawołała – i wszystkim opowiem!
– Co takiego wiesz? – Dzień aż cofnął się zdumiony.
– Wiem jakiego koloru masz koszulę. Pod tym szarym płaszczem!
– Jaką koszulę…? Skąd wiesz!? Skąd możesz wiedzieć???
– Wszystkim powiem! Albo sam zdejmiesz zaraz ten brzydki szary płaszcz. I stare buty!!! I pobawisz się ze mną!
Dzień stał i patrzył na srogą minę małej dziewczynki. A muzyka w jego głowie zagrała jakby głośniej. I coś w nim zmiękło nagle jakby…
Zupełnie zapomniał. O tym, że każde dziecko wie. I jeśli tylko zechce to głośno to powie. I na nic owijanie się tym płaszczem. I nieuczesana głowa.
Bo jego koszula jest w każdym kolorze tylko nie w szarym. Jest raczej jak patchwork, w którym są wszystkie barwy. A najwięcej takich jakich kto tam chce. Są też wzory i ciapki. I kolorowe obrazy. Wystarczy rozchylić nieco poły płaszcza i od razu widać…
Szara to może być mysz. Ale nie Dzień. Każde dziecko dobrze to wie. Bo dzień może być taki jaki kto tam chce. I nie tylko ten Dzień ale każdy. Czy to pierwszy czy ostatni z rzędu. Każdy z 365 dni Roku. Bo tyle ma ich Rok. Właśnie tyle – aż tyle! … I już.

 

 

Nowe buty

Pewnego razu pewien człowiek kupił sobie nowe buty. Najpierw długo szukał. Bo lubił buty wyszukane. I inne rzeczy też. Nie takie jak wszyscy mają. To nuda. Tylko wyjątkowe! Nic w tym złego. Po prostu niektórzy nie lubią się wyróżniać i wyglądać inaczej. A inni właśnie tak. To nie zarozumialstwo. Ale odrobina fantazji, która jest jak przyprawa do życia. Żeby nie było mdłe i nudne.
Ten człowiek nie lubił nudy. Lubił kolory i desenie. I wcale się ich nie bał.
W dodatku musiały być wygodne. Koniecznie! Bo ten człowiek dużo chodził a czasu miał zawsze mało. Śpieszył się bardzo każdego dnia w różne ważne miejsca i buty musiały być jak ulał!
Przymierzył naprawdę wiele par butów zanim trafił na te właśnie. Trochę się przy tym nachodził i naoglądał. Ale było warto. Bo w końcu znalazł buty, które wydawały się idealne!
Już na pierwszy rzut oka  wyglądały na wyjątkowe. Ciemno zielone, na czarnej podeszwie. I przeszyte czerwoną nitką. Miękkie i wygodne ale solidnie zrobione. Dopasowane idealnie. Jakby szyte na miarę.
Kiedy człowiek podszedł do kasy z pudełkiem z ciemno zielonymi butami w dłoniach, sprzedawca spojrzał na niego dziwnie jakoś. I zapytał:
– Czy na pewno te buty będą dobre dla pana?
– Są idealne! Takich szukałem.
– Takich- czyli jakich? – zapytał sprzedawca zupełnie niespodziewanie.
– Takich oryginalnych! – odpowiedział człowiek, nieco zdziwiony tymi pytaniami.
– Są oryginalne… – sprzedawca pokiwał głową – jeszcze jak.
– Właśnie – uśmiechnął się człowiek a ponieważ zawsze się dokądś spieszył dodał – chciałbym już zapłacić.
– Proszę bardzo -odpowiedział sprzedawca. A potem nachylił się w kierunku człowieka i powiedział półgłosem:
– Jeśli będzie pan chciał je zwrócić proszę przyjść w ciągu dwóch tygodni. Potem…będzie za późno…
Zabrzmiało to bardzo dziwnie i  wiele osób na miejscu tego człowieka zwróciłoby na to uwagę. Ale on był tak bardzo zadowolony z zakupu – i tak bardzo się śpieszył – że zupełnie to zignorował.

Człowiek wrócił do domu z pudełkiem nowiutkich butów. Postawił pudełko w przedpokoju i poszedł do kuchni. A że to już było późne popołudnie, zajął się sprawami domowymi. Nachodził się tyle za nowymi butami, że tego dnia już nigdzie nie zamierzał wychodzić. Jutro wyruszy z samego rana.

Nazajutrz rano wstał wcześnie bo miał do załatwienia kilka ważnych spraw. Umył się i ubrał. Pośpiesznie zjadł śniadanie. A potem poszedł do przedpokoju, żeby ubrać płaszcz i buty… Ale co to? Dziwne. Przecież wczoraj nie wyjmował butów z pudełka! Postawił pudełko na podłodze i poszedł do kuchni. No przecież… na pewno!
Tymczasem buty stały tuż przy drzwiach, jeden obok drugiego, jakby tylko czekały aż ktoś otworzy im drzwi.
– Mhm…- człowiek podrapał się po głowie i powiedział głośno do samego siebie – bo ludzie w chwili kiedy są bardzo zdziwieni mówią tak sami do siebie. To mniej więcej to samo jak kiedy się szczypią , żeby sprawdzić czy im się nie śni: a może wczoraj byłem tak zmęczony, że nie pamiętam jak je wyjmowałem?
No tak. To było jakieś wytłumaczenie. Jedyne sensowne. Przecież buty same nie mogły wyjść z pudełka. Prawda…???

Pogoda tego dnia była bardzo przyjemna. W sam raz na spacer. Ale kto ma czas na spacer? Trzeba pójść do urzędu, załatwić kilka papierkowych spraw. A potem do banku – i tam podpisać kilka dokumentów. I do apteki po witaminy i syrop, bo w domu nie ma już ani kropelki. I tak minie pół dnia. A potem jeszcze tyle innych spraw, że na spacer na pewno nie starczy już czasu.

Do urzędu droga była prosta. Trzeba tylko podjechać cztery przystanki tramwajem. Dwunastką. A tymczasem nadjeżdża dziesiątka. Która skręca o tu, zaraz. Ale co to? Nagle człowiek zupełnie nie wiadomo dlaczego rusza z miejsca i wchodzi po dwóch szerokich schodkach do tej dziesiątki, która wcale nie jedzie do urzędu!
Zdziwiony wygląda przez okno i patrzy na domy, które mijają. I na taki żółty, przy którym tramwaj skręca a potem jedzie w dół urokliwą brukowaną uliczką i dalej przez inne ulice.

Po kilku przystankach, zupełnie niespodziewanie dla niego samego, człowiek wysiadł z tramwaju. Co to za okolica? Czy był tu już kiedyś?
Ależ tak! Poznaje! Ten szary budynek, przy parku… to jego dawna szkoła. Był wtedy bardzo młody. Z kolegami biegli po lekcjach do tego parku, żeby pograć w piłkę. Dobre czasy… Człowiek zatrzymał się – a zwykle tego nie robił – i wpatrywał w znajome miejsca z rozrzewnieniem.

No ale trzeba wracać. Do urzędu już nie zdąży. Ale do banku jeszcze chyba tak.
Ale i do banku nie dał rady dojechać. Za to wszedł do kawiarni, w której kiedyś pijał kawę i czytał książki  przed zajęciami na uczelni. A potem zajrzał jeszcze do biblioteki, w której kiedyś spędzał tyle czasu. Zapach książek pozostał ten sam, po tylu latach…
Wrócił do domu zupełnie rozkojarzony. Pełen wspomnień. Zapomniał o urzędzie i banku. Zdjął płaszcz i buty i schował wszystko do szafy w przedpokoju. Dziwny to był dzień…

Rano wstał z lekkim bólem głowy. Czyżby był chory? Całkiem możliwe bo wczoraj zachowywał się przecież dziwnie. Ale dzisiaj musi załatwić ważne sprawy. Nie ma czasu na wycieczki po mieście!!! Co mu strzeliło do łba?
Jednak sytuacja wyglądała podobnie jak wczoraj. Buty stały gotowe do wyjścia przy drzwiach. Tak jakby wczoraj nie chował ich do szafy. A człowiek zamiast do urzędu trafił do cukierni, do której zabierała go mama kiedy był małym chłopcem. A zamiast do banku i apteki – na kręgielnię, gdzie bywał z tatą jako nastolatek.
A kolejnego dnia znowu podobnie…

Codziennie nie wiadomo w jaki sposób trafiał w różne miejsca, w które wcale się nie wybierał. A miejsca te przywoływały wspomnienia, radość i smutki, szczęście i niepokój. Ale nie było to nie miłe. Wszystko to dziwiło go i cieszyło zarazem.

Któregoś dnia człowiek wbrew swoim planom znalazł się w parku, do którego już tak dawno nie zaglądał. Było tu pięknie, zielono i spokojnie. Ławeczki z oparciami w kształcie muszli ślimaka. Starodawne latarnie. Miał pójść do warzywnego ale zrobi to później. Taką miał przynajmniej nadzieję. Nie zaszkodzi poodychać świeżym powietrzem i odpocząć na ławeczce. Człowiek usiadł i oddał się wspomnieniom. Zrobiło mu się ckliwie na duszy. Jego myśli odleciały do czasów, kiedy był małym chłopcem i biegał za piłką. A potem zajadał się słodkimi ciastkami z ulubionej cukierni. Dawno o tym zapomniał a przecież czyż to nie był on? W krótkich spodniach i z za długą grzywką. Pełen radości i ciekawości świata. Nigdzie się wtedy nie śpieszył. I teraz też przecież chyba może chwilkę posiedzieć na ławce.

Nagle z zadumy wyrwał go głos tuż obok.
– I jak spisują się nowe buty? Czy nadal są odpowiednie dla pana?
Na ławce przysiadł sprzedawca ze sklepu z obuwiem, który najwidoczniej wybrał się dzisiaj na spacer. Pogoda była piękna nie było   więc w tym nic dziwnego.
– Proszę pamiętać, że na zwrot ma pan tylko dwa tygodnie od zakupu. A zdaje się, że kilka dni już minęło…
– i sprzedawca nie czekając na odpowiedź odszedł, uśmiechając się dziwnie pod nosem.
Człowiek oprzytomniał. Buty!!! Ach więc to one! To nie z nim dzieje się coś dziwnego. To te buty!!!
Spojrzał na nie. Wyglądały szykownie na nogach. W pięknym kolorze. I takie wygodne. Niewiniątka!!!

Chodzenie w miejsca, w które nie planowało się pójść może być irytujące. Sprawy do załatwienia w urzędzie, banku czy innym miejscu pozostały nadal nie załatwione. Ale jak widać – świat się nie zawalił od tego. Jeszcze zdąży się je załatwić. A za to w duszy człowieka ożyła jakaś dawno milcząca struna. Mając na nogach te niezwykłe buty w krótkim czasie odwiedził tak wiele zapomnianych niezwykłych miejsc. A jednocześnie zwolnił tempo. Nagle ten ciągły pośpiech, który wydawał się nieodłącznym elementem jego życia, wydał mu się zupełnie bezcelowy.

Kiedy następnego dnia rano człowiek zobaczył buty stojące przy drzwiach i gotowe do wyjścia zatrzymał się przy nich.
– No dobra… – powiedział powoli – widzę że macie już plan na dziś. Bardzo jestem ciekaw jaki. Ale od czasu do czasu będziemy chodzić tam, gdzie ja chcę.

Wkrótce dwa tygodnie minęły i było już za późno na zwrot butów. Ale człowiek nie zamierzał wcale ich zwracać. Przez te dwa tygodnie dużo myślał. Wróciło do niego tyle wspomnień. A z nimi marzenia, które miał.  Nie zamierzał już wracać do tego jak żył zanim kupił ciemno zielone buty przeszyte czerwoną nitką.
Nie zamierzał już pędzić przed siebie zapominając o tym co zostawia za sobą. Chciał każdego dnia budzić się nie wiedząc dokąd zaniosą go buty. I wychodzić z domu w swoich bardzo niezwykłych butach jak mały chłopiec – podekscytowany i gotów na przygodę czekającą za każdym rogiem.
I teraz już wiedział co miał na myśli sprzedawca kiedy mówił o tym, że może być już za późno. Przez dwa tygodnie stał się trochę innym człowiekiem a tamten człowiek, który ciągle się śpieszył zniknął bezpowrotnie. Miał dwa tygodnie na to, żeby go zatrzymać. Ale na  szczęście – teraz było już na to za późno.