Ludzik z kasztanów

Pewnego razu był sobie mały ludzik. Miał chude nóżki i chude rączki. Okrągły brzuszek i takąż samą buzię. Cały był brązowy i błyszczący. A na nóżkach miał chodaki – w sam raz do chodzenia. Chociaż może ciut za duże.
Nikt nie może wybrać sobie wyglądu. Tak już jest. Jeden rodzi się z niebieskimi oczami, drugi – z zielonymi. Jeden ma bujne brązowe loki, drugi proste i lśniące włosy w kolorze hebanu. Jeden jest chudy jak patyk, a drugi okrągły jak kajzerka. A jeszcze inny wygląda dokładnie tak, jak nasz mały ludzik…
– Ale nie o to przecież chooodziii! Nie narzekam na wygląd. Nie jest najgorszy. Tylko na to, że… ja nie jestem prawdziwy!!! Moja głowa i brzuszek. I te chude nogi… To wszystko jest wymyślone!!! Przecież nikt prawdziwy tak nie wygląda! Bez sensu!

No… właśnie. Mógł mieć takie wrażenie. Nie wspomnieliśmy bowiem o najważniejszym. Mały ludzik, o którym mowa, był ludzikiem zrobionym z kasztanów! A nie takim prawdziwym. Ups… Chyba nie usłyszał?…
Ale, ale! Czyż kasztany nie są prawdziwe?

Pewnego razu mały ludzik z kasztanów stał na stole i zastanawiał się właśnie, co interesującego mógłby dzisiaj zrobić. Spojrzał w dół, na swoje duże chodaki i przyszło mu na myśl, że mógłby dokądś pójść. Ale w tej samej chwili zauważył kota, kręcącego się nieopodal i zerkającego na niego z zaciekawieniem.
– Coś ty za jeden? – zapytał w końcu kot. Właściwie rzucił pytanie, jakby to była piłka.
– Jestem małym ludzikiem – odpowiedział mały ludzik – nie widzisz?
– Widzę – odparł kot – pierwszy raz widzę. Takiego małego ludzika.
Kot prychnął i odwrócił się ogonem do ludzika z kasztanów. To nie było miłe. Ludzik poczuł się urażony. Ale czy można dziwić się kotu? Taki duży i prawdziwy kot miał prawo zignorować małego ludzika z kasztanów.
Mimo to ludzikowi zrobiło się smutno. I – tak, tak – robiło mu się coraz smutniej w ciągu dnia. Obserwował ptaki za oknem, psy na podwórku, kota łażącego po domu. I wreszcie też ludzi, którzy kręcili się wokół. Wszyscy byli prawdziwi. Mieli swoje sprawy. I obok siebie podobne: ptaki, psy, koty czy ludzi. A on? Jeden mały ludzik? Cały nieprawdziwy? Samotny i bez znaczenia. Jedyny w swoim rodzaju. A właściwie – jedyny taki.

Wyglądu nikt nie może sobie wybrać. Ani gatunku czy rodzaju. Ale jeśli gdzieś na świecie jest ktoś, kto wygląda podobnie, to już zaczyna mieć sens. Wtedy się tak nie odstaje. I nie czuje tak samotnym. I czuje się bardziej prawdziwym. Przynajmniej tyle.
Aż tyle.

– Popatrz … ten ludzik z kasztanów. Ma taką smutną minę. Dlaczego?
– Nie wiem. Może nie lubi być ludzikiem z kasztanów? A może nie lubi tych dużych chodaków, które mu zrobiłam? A może boli go brzuszek???
– A może jest mu smutno bo jest sam? Nikt chyba nie lubi być sam. Jak myślisz?

Pewnego dnia mały ludzik stał jak zwykle na stole wpatrzony tęsknie w okno. Po jego okrągłej główce myśli latały jak bardzo małe motylki, trzepocząc skrzydełkami i wywołując w niej mętlik. Nagle dobiegły go jakieś głosy i w pokoju zrobiło się zamieszanie. Oderwał wzrok od okna i wtedy go zauważył. Stał nieopodal i rozglądał się z zaciekawieniem po pokoju. A potem pomachał do niego swoją chudą rączką.
Dwa nieprawdziwe ludziki to już poważna sprawa. Ten drugi też był z kasztanów. I wyglądał niemal identycznie jak nasz mały ludzik. Okrągła głowa i brzuszek, duże chodaki. I nóżki i rączki chude jak patyczki.
– No to jest nas dwóch – uśmiechnął się mały ludzik – a to już zupełnie co innego.
I popatrzył z góry na kota, który kręcił się nieopodal a teraz podszedł bliżej.
– Teraz nagle dwóch? – mruknął kot. Ale już nie był taki opryskliwy. A nawet gdyby był, to mały ludzik wcale by się tym nie przejął. W końcu miał towarzystwo.

Dwa małe ludziki z kasztanów stały sobie na stole i miny miały zadowolone. Świat kręcił się w swoją stronę a na nim psy, koty, ptaki i ludzie. I małe ludziki z kasztanów. Całkiem prawdziwych kasztanów. I teraz wszystko zaczynało wreszcie mieć jakiś tam sens. Prawda?

Szafa

Pewnego razu był sobie Słoń, który bardzo nie chciał wyjść z szafy. Mimo próśb i gróźb. Nie chciał i już.
Możecie uznać, że to drobiazg. Niech sobie siedzi w tej szafie, skoro mu tam tak dobrze. Ale to nie takie proste.
Po pierwsze: szafa to nie miejsce dla Słonia.
Po drugie: gdzie niby pomieścić szpargały i rzeczy, które zwykle ma się w szafie, jeśli w szafie nie ma już miejsca? Bo przecież zajmuje ją Słoń!
Po trzecie – i chyba najważniejsze: taki upór, żeby nie wyjść z szafy, to rzecz niepojęta! Tak po prostu nie można. Upór ma swoje dobre strony ale nie w takiej sytuacji! Zresztą w bardzo wielu sytuacjach upór jest czymś, co powinno się raczej zwalczać w sobie. Nie chodzi tutaj o upór w dążeniu do celu, który jest interesujący i wart zachodu. Tylko o taki upór uparciucha.
Słoń w każdym razie uparł się, że z szafy nie wyjdzie, nie ma mowy. I tyle.

Żyrafa podeszła do szafy i przez chwilę milczała. Nie chciała użyć nieodpowiednich słów. Żeby słonia nie zrazić. Była też troszkę zdenerwowana tą całą sytuacją a nie chciała dać tego poznać po sobie.
– Słoniu… – zaczęła wreszcie – wyjdź z szafy. Jest tyle innych miejsc, w których mógłbyś być teraz. Wyjdź proszę.
Słoń nic na to nie odpowiedział. Tkwił w szafie i milczał. Można by podejrzewać, że śpi może. Ale raczej nie. Żyrafa była przekonana, że słyszy ją wyraźnie. I widocznie ignoruje.
Zebra, cała w paski, podeszła do szafy żwawo. I zaskrobała w drzwi kopytkiem.
– Słoniu… – powiedziała stanowczo – może byś wyszedł? Wszyscy cię proszą. To nie jest miejsce dla ciebie. Sam pomyśl. Czy wygodnie Ci tam?
Słoń nie odezwał się ani słowem. Poruszył się jednak, więc był nadal w środku. No bo z tej ciszy można by wnioskować, że go nie ma.
– Jest, jest! – zawołała antylopa – to jest straszny uparciuch! Zawsze musi postawić na swoim. Znam go dobrze. Słoniu! Wiemy, że trudno cię przekonać i lubisz, kiedy się ciebie prosi – antylopa mrugnęła porozumiewawczo do żyrafy i zebry – więc prosimy: wyjdź z szafy!
Słoń nadal jednak tkwił na swoim miejscu i nie poruszył nawet ogonem.
– Nie duszno ci tam? – zapytał hipopotam, sam ledwo zipiąc. Ciężkawy był i gruboskórny. A za oknem skwar. – Ja bym tam nie wytrzymał. Jak ty wytrzymujesz?
Słoń tym razem poruszył się w szafie, więc i szafa poruszyła się trochę. Szafa ze słoniem w środku to rzadkość! I dla szafy wyzwanie. Zwykle mniejsze i lżejsze rzeczy mieściła w sobie. Słoń nieco jej ciążył. Ale szafy nie mają możliwości poskarżyć się na swój los. Taki już ich los.

Mała małpka podbiegła do szafy. Otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Wymyśliła inny sposób na rozmowę ze Słoniem. Wejdzie tam do niego i spróbuje sama się przekonać, dlaczego w tej szafie tak bardzo mu się podoba. A ponieważ była faktycznie bardzo małą małpką, wyglądało na to, że da radę się wcisnąć.
– Słoniu – szepnęła małpka, kiedy była już w środku. Nie chciała zakłócać ciszy szafy ani wystraszyć Słonia – to ja, mała małpka. Ależ tu ciemno. Wyjdź do nas. Pobawimy się! Będzie super. Za oknem świeci słońce. A tutaj jest tak ciemno.
– Lubię, jak jest ciemno – odparł Słoń.
– Ja czasami też – odparła małpka. Chwyciła się słów wypowiedzianych przez słonia jak cieniutkiej nitki, która jest szansą na porozumienienie. Przynajmniej się odezwał, a to już coś. Mała małpka była może i mała ale nie brakowało jej empatii.
– Lubię też, kiedy jest ciepło – dodała małpka – tutaj jest ciepło.
– Oj tak – odpowiedział Słoń – ciepło i bezpiecznie.
– Czy sądzisz, że na zewnątrz jest niebezpiecznie? – zapytała małpka sadowiąc się wygodniej w kącie szafy.
– Czasami tak – odparł słoń – nie wszystko mi się tam podoba.
– Ale przecież jesteś duży i silny – powiedziała małpka nagle i zaraz pożałowała swoich słów. Przyszło jej do głowy, że nikt nie lubi kiedy mówi mu się, że jest silny w momencie, kiedy akurat czuje się bezsilny. To nie jest dobry moment na takie słowa. Bo wtedy ten ktoś może poczuć się jeszcze gorzej. Skoro to, że jest duży i silny nie sprawia, że czuje się pewnie. A przecież musiała też przyznać, że jej również nie zawsze podobało się na zewnątrz.
W szafie zapadło milczenie. Teraz było w niej ciemno, ciepło i w dodatku bardzo cicho. Tak cicho, że można było usłyszeć głos zebry dochodzący zza drzwi szafy:
– Jest już taki duży, że nie powinien się tak zachowywać. No naprawdę! Co to za pomysł z tą szafą?!
Małpka zastanawiała się czy Słoń słyszy słowa zebry. Ale chyba nie dało się ich nie słyszeć. I pomyślała, że na miejscu Słonia poczułaby teraz złość i jeszcze bardziej nie chciała wyjść z bezpiecznego miejsca, w którym można być całkiem samemu i tylko ze sobą.

Niektórym się wydaje, że jak się komuś powie, że jest duży, to już wystarczy. Tak jakby od takich słów przybywało odwagi i siły. Zamiast tego może ktoś chciałby usłyszeć: “masz prawo się trochę bać. A szafa to naprawdę dobre miejsce, żeby się schować. Możemy czasami chować się w niej razem. A potem razem z niej wychodzić. Będzie nam raźniej, jak myślisz?”
Tak myślała mała małpka i to właśnie miała ochotę powiedzieć Słoniowi.

Tymczasem antylopa zakomunikowała wszystkim zgromadzonym pod szafą, że dłużej nie ma sensu tutaj sterczeć i może lepiej poszliby się pobawić. Może to skusi Słonia i wyjdzie z tej szafy. A jeśli nie, no to niech tam sobie siedzi. Właściwie, co w tym takiego złego? Skoro lubi?
– Ja mu się wcale nie dziwię – szepnęła  żyrafa do hipopotama. Ale bardzo cicho, żeby czasem zebra nie dosłyszała – sama czasami miałabym ochotę tam wejść i schować się przed całym światem. Tylko po prostu się nie mieszczę! Z tak długą szyją trudno jest znaleźć takie miejsce. Słoń przynajmniej ma swoją szafę. Też chciałabym mieć swoją.
– A kto by nie chciał – mruknął hipopotam i westchnął (być może dlatego, że było mu gorąco) i spojrzał tęsknię na szafę, w której Słoń tkwił uparcie i bardzo nie chciał z niej wyjść.

Śmieszny stoliczek

Pewnego razu był sobie śmieszny stoliczek. Na czterech chudych i prostych nogach. To, że były proste ma niebagatelne znaczenie. Ale o tym nieco później. Tymczasem śmieszny stoliczek stał w kącie pokoju, bardziej dla ozdoby, albowiem na codzień nikt go do niczego nie używał. Stał pod samym oknem i często tęsknie spoglądał na nie. Za oknem był świat. Czyli coś, o czym śmieszny stoliczek nie miał bladego pojęcia. A jednak w tym słowie był magnes, który sprawiał, że stoliczek nie myślał o niczym innym.
– Stoję tutaj bezużytecznie – wzdychał nieraz do stojącej obok dębowej komódki – czyż nie mam nóg? I czy nie służą one do przemieszczania się? Czy nie mógłbym ich użyć i pójść w świat?
Komódka prychała kpiąco i odpowiadała:
– Też mam nogi ale nigdzie się nie wybieram. Mam je po to, żeby na nich stać. I ty swoje także masz właśnie po to.
– Ale twoje nogi są krótkie i – wybacz mi proszę – zakrzywione. A moje są długie i proste. Idealne do chodzenia! Czyż nie?
Kredens, który stał pod przeciwległą ścianą zatrząsł się, śmiejąc się cicho. I wszystkie szklaneczki i kieliszki, które mieszkały w jego brzuchu, zadzwoniły jak tysiąc małych dzwoneczków.
– Masz rację – mówił kredens – stoliczku, twoje nogi są piękne i proste. Teoretycznie mógłbyś na nich daleko zajść. Ale sam powiedz, dokąd ty byś poszedł? Co taki śmieszny stoliczek robiłby w tym wielkim świecie?
Śmieszny stoliczek pociemniał ze złości słysząc te słowa. Od środka gładkiego blatu aż po końce swoich długich, prostych nóg.
Może teraz wyjaśnię, że nazywano go śmiesznym stoliczkiem właśnie dlatego, że był takim stoliczkiem trochę bezużytecznym. Takim bardziej dla ozdoby. Być może kiedyś ktoś kupił go w jakimś konkretnym celu. Lub podarował komuś jako rzecz, która może być w domu przydatna. A może od początku miał być tylko ozdobą kąta, w którym stał?
W jadalni stał duży drewniany stół, przy którym jadano posiłki. W saloniku, przed pluszową kanapą, stała niska ława ze szklanym blatem i na niej podawano ciasto a kryształowe talerzyki i malutkie porcelanowe filiżanki z kawą i herbatą dodawały jej splendoru i urody.
W pokoju był też stolik do gry w karty, zabytkowy. Po pradziadku. Jego również nie używano już dawno ale był chlubą właścicieli. Darzono go wielkim szacunkiem i mówiono gościom z dumą:
– To jest stolik do gry w karty. Teraz już się takich nie używa. Ale niegdyś tak. To stolik po pradziadku. Cenna rzecz!
Nawet stół kuchenny, szeroki i nieco odrapany, na krótszych, grubych, masywnych nogach, był szanowany w domu. Bo można było na nim postawić siaty z zakupami. Lub zjeść przy nim na szybko kanapkę z serem, używając zamiast talerza deski do krojenia. Lub też – o szczęściarzu prawdziwy! – rozwałkować na nim ciasto! Opsypując jego blat białą mąką. I przy okazji – cukrem pudrem.
Jakże chciałby śmieszny stoliczek wyrwać się stąd, gdzie nikt do niczego go nie potrzebował. I nawet nie rozsypywał przez przypadek cukru. Jego nogi długie i proste na pewno dałyby radę ponieść go w dal. Dokądkolwiek.

Na dębowej komódce stała niewielka figurka. W kształcie małej sikorki i nawet brzuszek miała pomalowany żółtą farbką. Wyglądała jak żywa! Ale oczywiście nie była prawdziwą sikorką i na pewno nigdy nią nie będzie. Była dosyć stara, by widzieć i słyszeć już niejedno. Dlatego z sympatią ale i pobłażliwością słuchała o marzeniach śmiesznego stoliczka.
– Ja też nikomu do niczego nie jestem przydatna – mawiała – a jednak jestem tu wiele lat. I jestem tu tylko dla ozdoby, chociaż pojęcia nie mam co i w jaki sposób miałaby ozdabiać taka stara i nieprawdziwa sikorka. Ludzie mają swoje sentymenty. Dziwactwa. Ale przecież wciąż tu jesteśmy. I to jest najważniejsze.
– Ale moje nogi – zaczął śmieszny stoliczek – na co mi one, jeśli nie mogę ich użyć? I dość mam stania w tym kącie. Po prostu. I już!
– Rzeczywiście jesteś śmieszny – zaśmiała się sikorka – ja też mam skrzydła i nigdy na nich nie polecę. Bo nie są prawdziwe. A ty masz nogi i owszem – używasz ich co dzień. Przecież na nich stoisz.
– Ale moje nogi są prawdziwe – szepnął śmieszny stoliczek i do końca dnia już się nie odzywał.

Dni mijały. Jedne podobne do drugich. Niemal identyczne. Wszystkie stoły w domu każdego dnia brały udział w życiu, tylko śmieszny stoliczek stał w swoim kącie i wzdychał. I patrzył tęsknie w stronę okna.
Bo nawet nie zależało mu już na tym, żeby być użytecznym. Tylko na tym, żeby coś zmienić. Żeby coś przeżyć. Nawet jeśli miałby to być jeden jedyny dzień w życiu inny niż wszystkie. Nawet gdyby potem miał już do końca życia stać w tym kącie, na swoich czterech prostych nogach, i być śmiesznym, bezużytecznym stoliczkiem.

Któregoś poranka w domu od rana panowało wielkie poruszenie. Kręcono się tu i tam, z miejsca na miejsce przenoszono jakieś pakunki. Harmider był przy tym straszny. W końcu zaczęto przesuwać meble. Słychać było zewsząd szuranie po podłodze. Niektóre były bardzo ciężkie i niełatwo było je ruszyć.
– Te duże czymś przykryjemy – ktoś krzyknął – a mniejsze wystawi się na dwór. I już.
Kiedy śmieszny stoliczek usłyszał te słowa miał ochotę podskoczyć.
– Słyszałaś? – odezwał się do sikorki – to szansa dla mnie.
– Ależ stoliczku – odparła sikorka – twoje nogi nie…
Niestety tylko tyle zdołał usłyszeć bo ktoś w tym momencie chwycił ją i włożył delikatnie do pudełka. Stoliczek mógł tylko domyślać się, co takiego chciała mu powiedzieć.

Wielkie poruszenie trwało w domu przez kilka dni. Stare meble drzemały pod białymi płachtami materiału, wszędzie piętrzyły się pudła i pudełka z książkami, bibelotami i naczyniami różnego rodzaju. Lżejsze meble, jak krzesła, stołeczki czy śmieszny stoliczek z kąta w pokoju, zostały wyniesione z domu na zewnątrz, na taras, i tam miały przeczekać remont, który wkrótce miał się skończyć.

Po kilku dniach wszystko powoli wracało do normy. Salon i pokój zapełniły się znowu meblami i przedmiotami. Wszystko wyglądało jeszcze piękniej i dostojniej w odświeżonych pomieszczeniach. Ciemny kolor mebli odcinał się pięknie od odmalowanych ścian. Wszystkie szklaneczki i kieliszki stały w brzuchu kredensu w równych rządkach. I ani drgnęły. Mała sikorka wytarta z kurzu i nawet troszkę wypolerowana miękką szmatką wróciła na swojej miejsce na komódce.
Wszystko było jak dawniej ale jeszcze lepiej! Bo czysto i lśniąco. I na początku nikt, zupełnie nikt nie zauważył, że jednak nie do końca…
Otóż w pewnym kącie pokoju czegoś brakowało. I kiedy ktoś dłużej zatrzymywał się w tym miejscu, stwierdzał z całą pewnością, że to już nie był ten sam kąt co dawniej. Tylko co takiego się zmieniło? Na początku nikt nie mógł skojarzyć. No, zupełnie nie.

Aż któregoś dnia jeden z mieszkańców domu, o miłym damskim głosie, wykrzyknął:
– Wiem! Wiem już czego brakuje! Nie ma tego śmiesznego stoliczka! Na takich długich prostych nogach. Stał zawsze tam, w kącie. Co się z nim stało?
Wszystkie meble, jakby ktoś wyrwał je właśnie z głębokiego snu, spojrzały jednocześnie w stronę kąta pokoju i dopiero teraz to zauważyły.  Faktycznie, nie ma go! Dębowa komódka zdębiała kompletnie. Mała sikorka z żółtym brzuszkiem wyprostowała się i patrzyła zdumiona.
– Rzeczywiście – odpowiedział ktoś o męskim głosie – stał tam taki śmieszny stoliczek. Ale przecież chyba nikt go nie używał?
– Nie – odpowiedział smutno damski głos – ale to był mój ulubiony stoliczek, był ozdobą tego kąta. Jak myślisz, gdzie może być?
– Nie mam pojęcia – odparł głos męski – wszystko zostało wniesione z tarasu do domu po remoncie. Chyba nikt nie wyrzucił go przez przypadek? W czasie remontu czasami gubią się rzeczy. Ale to przecież stolik, a nie igła…
A potem, żeby pocieszyć smutną właścicielkę miłego damskiego głosu dodał:
– A może dokądś sobie poszedł? W końcu miał nogi! Nawet cztery! – i roześmiał się bardzo głośno.
Właśnie! Może? Może właśnie tak zrobił? Przecież o tym właśnie marzył. Mała sikorka spojrzała w okno zamyślona. Oczami wyobraźni zobaczyła śmieszny stoliczek na czterech prostych nogach, wędrujący drogą przed siebie. Szczęśliwy i wreszcie spełniony. Bo właściwie dlaczego by nie? Dlaczego zawsze wydaje nam się, że pewne rzeczy są z całą pewnością niemożliwe! A tymczasem może właśnie jest odwrotnie! Może wszystko jest możliwe ale większości z nas nie chce się tego sprawdzić? No, czy nie tak?

Sprawa zaginięcia śmiesznego stoliczka nigdy się nie wyjaśniła. Nikt nie wiedział co się z nim stało. Czy ktoś przez przypadek wyniósł go na śmietnik? Czy może ktoś go ukradł? Tylko po co komu taki stoliczek? Nie, to raczej wykluczone.
Ale jedno jest pewne – w kącie pokoju brakowało śmiesznego stoliczka. Naprawdę był jego ozdobą. A teraz ten kąt zrobił się pusty i smutny. I żaden stół z salonu, przy którym jadano, czy ława ze szklanym blatem, albo stół kuchenny na masywnych nogach, ani nawet stolik do gry w karty po pradziadku nie były w stanie tego zmienić. Nikt nie mógł zastąpić śmiesznego stoliczka, nawet gdyby bardzo chciał. Bo to by już nie było to samo. I tyle.

Mały chłopiec

Pewnego dnia, o tej co zwykle godzinie, przyszedł Mrok. I wszystko pożarł. Nie zostawił nawet okruszka! Pochłonął wszystko i w dodatku zajęło mu to tylko kilka minut. Niektórzy twierdzili, że kilkanaście ale na pewno nie.
Wszystko, co było, zniknęło w jego wielkim brzuchu. Wysokie, soczyste i smakowite drzewa. Niskie krzewy, o lekko cierpkim smaku. Trawa i kwiaty, pachnące jak najlepszy deser. Ale także domy – pozbawione smaku i zapachu, ale dobrze wypełniające wiecznie głodny brzuch. I samochody – ciężko strawne ale łatwe do połknięcia. I ludzie, którzy byli w tych domach i tych samochodach… No i w ogóle wszystko, co tylko było w okolicy! A nawet – Księżyc!!! Wszystko zniknęło. W wielkim brzuchu Mroku.
Mrok z napełnionym brzuchem rozsiadł się teraz wygodnie. Zajął całą powierzchnię, którą opróżnił ze wszystkiego. Po dobrym jedzeniu dobry jest sen. I Mrok właśnie o tym teraz marzył.
Świat, na którym nie ma niczego, tylko sam Mrok, nie wydaje się być przyjazny. Ale kto coś mógł na to poradzić? Skoro nie było już nikogo…

Mrok syty i zadowolony z siebie, zasnął. Wkrótce jego chrapanie rozległo się po okolicy. Nikt jednak nie mógł go słyszeć i nikt nie musiał go znosić. Bo przecież Mrok był tu sam.
A jednak. Jednak nie do końca. Jego chrapanie obudziło małego chłopca, który mieszkał w jednym z domów, które pożarł Mrok. Chłopiec otworzył oczy ale dookoła było tak ciemno, że nie mógł w ogóle rozróżnić kształtów w pokoju. Co ja zresztą mówię! W ogóle nie mógł zobaczyć absolutnie nic. Tak jakby ktoś zasłonił mu oczy ciemną chustką. Chłopiec ostrożnie wstał ze swojego łóżka i powoli, wyciągając przed siebie ręce i dotykając sprzętów w pokoju, dotarł do okna.  Dotknął zasłonki i przesunął ją w bok. Jednak za oknem było tak samo ciemno jak w pokoju. Nie było widać kompletnie nic. Ani wysokich drzew, ani niskich krzewów, ani domów i samochodów. Ani Księżyca! W brzuchu Mroku było bardzo ciemno i bardzo cicho. Tylko co jakiś czas ciszę przerywało chrapanie, jednak tak dalekie, jak ledwo słyszalny dźwięk dobiegający z dalekiego i rozległego kosmosu.
Mały chłopiec domyślił się wszystkiego bardzo szybko. Bo mali chłopcy są bardzo mądrzy i są bardzo dobrymi obserwatorami. Są też ciekawscy, co wcale nie jest cechą negatywną. To dzięki temu łatwo domyślają się wielu rzeczy. I niełatwo ich oszukać.
– Mamo, tato… – zawołał cicho mały chłopiec – wszystko zniknęło! I my też! Wydaje mi się… jestem właściwie pewien, że jesteśmy w brzuchu Mroku!
W mieszkaniu panowała kompletna cisza, rodzice spali bardzo mocno. Może to dlatego, że w ciągu dnia mieli zawsze tyle zajęć. Wołanie małego chłopca nie było w stanie ich obudzić. A mały chłopiec nie chciał wcale przerywać ich spokojnego snu. Tylko po prostu w pierwszej chwili wystraszył się trochę i nie wiedział, co robić.
Teraz jednak wpadł na pomysł. Ryzykowny ale mógł się udać. Zebrał w sobie całą odwagę, na jaką mógł się zdobyć. Powoli poruszając się przed siebie dotarł do drzwi wyjściowych. I bardzo niepewnie ale z miną bardzo zdecydowaną – czego niestety nikt nie mógłby dostrzec w tak wielkiej ciemności – zszedł po schodach na dwór. A potem, kiedy już poczuł pod stopami trawę, którą Mrok pożarł, i była teraz w jego brzuchu – tak, jak wszystkie inne rzeczy pożarte przez niego – zaczął najpierw powoli a potem coraz szybciej i pewniej skakać. Najpierw na jednej, potem na drugiej nodze. A potem na obu. Trochę skakał a trochę tańczył, wystukując bosymi stopami różne rytmy w brzuchu żarłocznego Mroku. Śpiewał sobie przy tym pod nosem, cichutko, dla dodania sobie odwagi. Nie chciał nikogo obudzić. Nikogo poza Mrokiem.

Mrok spał smacznie i chrapał beztrosko. Wspominał we śnie smakowitą kolację, na którą składało się wszystko co było dookoła. Prawdziwa uczta! Wcale nie wyrzucał sobie swojej zachłanności i obżarstwa. Tak już niektórzy mają.
Nagle jednak poczuł w brzuchu łaskotanie. Najpierw nawet przyjemne ale po chwili…
Mrok zerwał się na równe nogi, zgiął się wpół i chwycił się rękami za brzuch. Łaskotanie jest trochę przyjemne ale kiedy czuje się je w brzuchu to oznacza tylko jedno. Że kolacja nie chce w nim być! Że nie godzi się z tym, że została pożarta. I nie godzi się na strawienie jej i odesłanie w niebyt!
Mrok zakołysał się na nogach a potem… cóż, zmuszony był oddać światu to wszystko, co mu zabrał. Wysokie, soczyste i smakowite drzewa. Niskie krzewy, o lekko cierpkim smaku. Trawę i kwiaty, pachnące jak najlepszy deser. Ale także domy – pozbawione smaku i zapachu. I samochody – ciężko strawne ale łatwe do połknięcia. I oczywiście Księżyc. I w ogóle wszystko, co tylko było w okolicy.
Mrok z obolałym brzuchem skulił się i skurczył. Siedział teraz w jakimś kącie i cierpiał w milczeniu.

Mały chłopiec szczęśliwy zaklaskał w dłonie. Mógł już teraz spowrotem pobiec do łóżka i złapać jeszcze kilka minut snu. O ile zechce mu się spać po takiej przygodzie.
Podśpiewując pod nosem wbiegł po schodach i do mieszkania. A potem, z tej radości w przedpokoju odtańczył jeszcze raz swój taniec.
Nagle stanął przed nim bardzo zaspany tata i popatrzył na niego półprzytomnym wzrokiem.
– Dlaczego hałasujesz od rana? – zapytał z lekkim wyrzutem – jest jeszcze bardzo wcześnie, chcemy trochę pospać z mamą.
– Ale tato… – zaczął mały chłopiec – musiałem! On pożarł wszystko!
– Ciii…. – tata uciszył go – idź do łóżka i nie hałasuj.
Mały chłopiec już nie miał możliwości wytłumaczenia wszystkiego, bo tata zniknął za drzwiami sypialni. A po chwili w mieszkaniu dało się słyszeć jego chrapanie.
Za oknem słońce, któremu Mrok nigdy nie wchodził w paradę, wstawało powoli i wszystko robiło się jasne i przyjazne.

Ech… ci dorośli. Nic nigdy nie rozumieją. Przecież gdyby nie mały chłopiec dzień nigdy by nie nadszedł. Wszędzie byłoby ciemno i nic nie byłoby widać. I nigdy już nie byłoby wspólnych poranków. W ogóle nic by nie było.
Ale tym razem poranek został uratowany. I świat wokół. I to jest najważniejsze. A jeśli Mrok wróci wieczorem i znowu będzie tak żarłoczny, wtedy rodzice mogą spać sobie spokojnie. Bo jest przecież mały chłopiec, który ich uratuje przed Mrokiem. Na niego zawsze mogą liczyć. Chociaż wcale o tym nie wiedzą.

Lubię

Lubię,
kiedy po deszczu
Dzień wstaje rano
W przejrzystej szarości
Z której powoli
Jedna po drugiej
Wydostają się barwy
Jeszcze rozwodnione
Jakby ktoś farbki wymieszał
Ze zbyt dużą ilością wody
Ale kiedy je zamieszam energicznie pędzelkiem
Ożyją
Powietrze jest rześkie
Ale ptaki wyśpiewują swoje ciepłe trele
I rozgrzewają poranek
Jest Wiosna

Lubię,
kiedy po deszczu
Tysiąc zapachów
W małych kropelkach
Unosi się w powietrzu
Owady dawno już wstały i otrząsają skrzydełka
Lekkie i przeźroczyste
Kolory są intensywne
Trójwymiarowe
Słońce przeciera oczy i rozciąga leniwie
Ramiona
Powoli z mokrej ziemi wstaje gorące powietrze
W powietrzu wisi energia nowego dnia
Nawet jeśli miałby to być
leniwy dzień…
Jest Lato

Lubię,
kiedy po deszczu
Świat otwiera oczy
Czyste i błyszczące
A potem mruga z lekkim uśmiechem
Otwiera ramiona
Zielone
Barwne
Jakby chciał nas przytulić
Do bijącego serca
Ziemi
Jak Rodzic, który bezwzględnie
Kocha swoje dziecko
Nawet nieznośne
Cierpliwie znosi
Naszą niedojrzałość
I brak zrozumienia
Dla przyrody
Która jest potęgą
🙂

Szpic

Pomarańczowe Słońce biegnie za pociągiem troszkę zasapane. Już niedługo zarumieni się jak jabłko i dotknie cienkiej linii horyzontu. A potem niepostrzeżenie zniknie całkiem aż do wczesnych godzin porannych. Milo tylko na chwilę podniósł białą głowę i otworzył oczy. Ale zaraz potem wsunął się całkiem pod siedzenie i jego głowy nie było już widać.

W końcu Słońce zniknęło. Pozostawiając po sobie czerwono – pomarańczową plamę. Jak rozlana w pośpiechu i niechcący farba. Na ziemi, na mijanych przez pociąg polach i łąkach wszystko zrobiło się blado różowe i lekko jakby rozmazane.

Na czym polega uroda niektórych ludzi? Nie chodzi o takie oczywiste rzeczy. Widoczne od razu. Jak piękna twarz. Piękna twarz to jeszcze nie uroda.
Uroda i piękno to coś nieuchwytnego. Jest w życzliwym spojrzeniu. W ciepłym głosie. W uśmiechu. W pewnego rodzaju delikatności, która pochodzi z wnętrza.
Ale też na przykład w piegach. I nieco niesfornej fryzurze. Zanim spod powiek ucieknie mi jego uroda chciałabym opisać ją jak najwierniej. Zwłaszcza tę, która była w głosie i sposobie zachowania. Czyli właśnie – pochodzącą gdzieś ze środka.

Milo był dużym psem. Chociaż miał dopiero dwa lata. Z wiekiem przybędzie mu jeszcze puszystej białej sierści, której już i tak ma bardzo dużo. Dzięki temu jest miękki jak poduszka. I przypomina nieco chmurkę. Białą i kudłatą.

Milo był piękny niezaprzeczalnie. Wystarczyło raz spojrzeć na niego. I od razu chciało się spojrzeć drugi raz. Bo trudno było nie patrzeć. Biały jak śnieg. Wyprostowany na czterech puchatych łapach. Spokojny i cichy. Zupełnie jakby spłynął na ziemię prosto z nieba. Gdzie na co dzień kołysał się lekko jako biała chmura. Z której nigdy nie pada deszcz. Od tego są chmury w innym kolorze.
Jego pan też był piękny. Nie pamiętam koloru oczu ale jestem jakoś pewna, że były niebieskie. Szczupła twarz opalona. Nos piegowaty. Wysoki i wyprostowany. Z włosami trochę niesfornie sterczącymi na czubku głowy.
Ale nie w tym była rzecz.
Tylko w czymś zupełnie innym.

Ten pociąg spóźnił się bardzo mocno. 40 minut to przecież dużo. Może dlatego teraz gnał przed siebie tak szybko, że nawet pomarańczowe słońce zmęczone i zdyszane w końcu dało za wygraną. I zniknęło za horyzontem. Wyczerpane po długim biegu.
Pociągi niestety często się spóźniają. I zawsze jest to trochę denerwujące. Bo nie powinny. Na peronie mnóstwo ludzi. Przestępują z nogi na nogę. Popijają kawę z kartonowych kubeczków. Wypatrują gdzieś tam daleko – tam skąd biegną tory – pociągu, który nie pojawia się jednak.
Gdzieś tam pomiędzy nimi, na tym szarym peronie, pojawia się dwóch niechcianych pasażerów: Zniecierpliwienie i Frustracja. A ci dwaj potrafią nieźle namieszać. I podróż, która miała być miła i przyjemna, może taka po prostu nie być.
W takich chwilach – i w takim towarzystwie (Zniecierpliwienia i Frustracji 😏) to, co zawsze wydaje się super i miłe – nagle przestaje takie być. Na przykład smak kawy w kartonowym kubeczku. Z rozpuszczoną na dnie słodką warstewką cukru. Którą można zjeść łyżeczką. Lub gołębie łażące po peronie – śmiesznie wysuwające do przodu głowy przy każdym małym kroczku. Zielono – fioletowe. Albo chociażby kolorowe pociągi. Jak różnobarwne smoki. Z łoskotem wjeżdżające na peron. Głośne i piękne.
Wszystko to traci nagle urok. I uszy człowiekowi rosną jak u wilka. Żeby tylko dosłyszeć komunikaty o kolejnych minutach spóźnienia! I wpatruje się człowiek w czarną bezduszną tablicę nad głową, na której ciągle nie wyświetla się informacja o wyczekiwanym pociągu. No i jeszcze te tory, biegnące z daleka. Cienkie nitki plączące się ze sobą. Na których wciąż nie pojawia się pociąg…

Cierpliwość zaraz zawiedzie. Złość wszystko zepsuje. I wtedy już nawet najmniejszy szczegół może wywołać kłótnię. Awanturę nawet! Tak, tak!
– A proszę się tak nie pchać! Gdzie z tą walizą?!
– Przepraszam, ale to moje miejsce, proszę się przesiąść!
– Proszę nie blokować korytarza! Ludzie chcą przejść!
… i takie tam, różne…

Ale wtedy nagle pojawia się on. Z tym swoim pięknym psem. Białym jak śnieg. Miękkim jak puch. Dostojnym i spokojnym.
I on też jest bardzo spokojny. Pogodny. Mówi łagodnym głosem. Lekko się uśmiecha, przepraszająco. Ma bardzo dużo bagażu, wysoki plecak i dwie duże torby. I pieska. Ale piesek nie gryzie. Będzie grzeczny. Czy mógłby zostać z nim w tym przedziale? Bo nie ma jeszcze biletu i miejscówki.
Oczywiście, że nie ma. Przecież nie jest zwykłym pasażerem. Z całą pewnością.
Oczywiście, że może! Przecież jest taki miły. I ma takiego pięknego psa!
Złość i Zniecierpliwienie, Frustracja i chęć kłótni – zniknęły. Wszyscy uśmiechają się do Milo. Tak się wabi. Głaszczą go i zachwycają nim. W przedziale mała dziewczynka mówi do mamy: “Nazwę go Chmurka”. Z korytarza do przedziału zaglądają ludzie, pokazują go sobie i uśmiechają się szeroko.

Można ruszać. Można się już nie spieszyć. Tylko usiąść wygodnie. To będzie przyjemna podróż. Przynajmniej w tym wagonie. Spokojna i miła. Chociaż się nie zapowiadała.
Przez całą niemal podróż Milo śpi smacznie pod szerokim siedzeniem. Nikomu nie zawadza. Czasami tylko podnosi głowę i rozgląda się ze spokojem po podróżnych siedzących w przedziale. Wtedy jego piękny pan podaje mu wodę do picia albo psią przekąskę. I głaszcze go czule. I przemawia do niego serdecznie.
W przedziale atmosfera jest miła, wszyscy czują się tak, jakby ten piękny pies należał trochę też do nich. Wszyscy z życzliwością patrzą na jego pięknego pana.
Podróż mija szybko. Pozostali podróżujący tym wagonem również nastroje mają dobre. Zapomnieli już o opóźnienieniu pociągu. Patrzą przez okno na pomarańczowe słońce, zdyszane od biegu. A poza tym – pociąg gna lekko po szynach i wkrótce odnajdzie zgubione gdzieś w drodze 40 minut. I wszystko będzie dobrze.

I tak właśnie, w prosty sposób, zwyczajna podróż stała się niezwykła.
Jak dobrze było znaleźć się właśnie w tym pociągu. Właśnie w tym wagonie.
Bo właśnie nim podróżują Milo i jego pan. Jak przybysze ze świata życzliwości. Grzeczni i spokojni. Cierpliwi. Nie zważający na opóźnienia. Na tłok w pociągu. Na kwaśne miny spieszących się podróżnych. Urodziwi. I nie o tę urodę zewnętrzną tutaj chodzi. Tylko tę ze środka. Z duszy? Z serca? Z czegoś jeszcze, co trudno określić? Co sprawia, że nie można od nich oderwać oczu. I chce się z nimi podróżować nawet wiele godzin.

Zbawiciele tej podróży. Zbawiciele świata. Który tak bardzo potrzebuje więcej takich jak oni dwaj. I w wielu innych miejscach. Każdego dnia i o każdej porze. Nie tylko na tym akurat peronie. Nie tylko w tym akurat spóźnialskim pociągu.
A kiedy pociąg dojeżdża w końcu do celu podróży mała dziewczynka kuca obok Milo i głaszcze go powoli:
– Popatrz, mamo – mówi – w ogóle nie przeszkadzał. Tylko pomógł. Prawda?

Prawda! Wierzcie mi, że tak.

I to już koniec bajki. Zła bajka? Nieciekawa? Jeśli tak, to tylko dlatego, że czasami brakuje słów i talentu, żeby opisać pewne rzeczy. Ale zapewniam Was – gdybyście podróżowali ze mną tym pociągiem poczulibyście się jak w bajce :).

Bajka o zielonej owieczce

Pewnego razu były sobie owieczki. Jedne białe jak śnieg. Jak chmury na niebie. Jak kulki bawełny. Inne czarne jak smoła. Jak węgiel. Jak pestki słonecznika. Żyły obok siebie jak noc obok dnia. Bez marudzenia. Akceptując się nawzajem. I nie wchodząc sobie w drogę. Bo jak świat światem tak zawsze na świecie były owieczki białe i czarne. I nikt się temu nigdy nie dziwił. Ani nad tym nie debatował. Bo nie było nad czym. I już.

Oczywiście gdzieś tam czarnym owieczkom bliżej było do czarnych owieczek. A białym do białych. I to się czuło. I może nawet było naturalne. Nie mieszały się ze sobą tylko trzymały blisko ze swoimi. A jednak wciąż na tej samej łące.
Codziennie leniwie, bez zbędnego pośpiechu, gryzły trawę. Jedne obok drugich. Co jakiś czas bez emocji dyskutowały o pogodzie. A potem ucinały sobie drzemkę. Żeby po niej znowu posilić się trawą. Zieloną i soczystą. Bardzo pożywną. I smaczną. Ot taki żywot. Wystarczająco dobry. Jak dla czarnych i białych owieczek. Różniących się kolorem. Ale poza tym niczym innym.

Lubimy żyć bez zakłóceń? Nazywamy to harmonią. Lub częściej – porządkiem rzeczy. Odpowiednim kierunkiem.
Ale dawno powinniśmy porzucić złudzenia. Świat nie jest uporządkowany ani trochę. Raczej wręcz odwrotnie. A życie nie jest autobusem, który jeździ codziennie tą samą trasą. O tych samych godzinach. Jest raczej pełne niespodzianek. I nieoczekiwanych zwrotów akcji.
I kiedy mówimy o jakimkolwiek porządku tego świata to raczej właśnie to powinniśmy mieć na uwadze. Inaczej nigdy nie było i nie będzie.

Pewnego dnia na łące pojawiła się zupełnie nowa owieczka. Zupełnie nie wiadomo skąd. Zupełnie nie wiadomo jak. Ale dotąd nikt jej tutaj nie widział. Z całą pewnością.
Skąd ta pewność? To akurat proste. Ponieważ gdyby ktoś widział ją tutaj wcześniej na pewno by zapamiętał. Nie dałoby się inaczej. Ponieważ owieczka bardzo różniła się od wszystkich żyjących tu owieczek. I najprawdopodobniej od wszystkich w ogóle żyjących kiedykolwiek i gdziekolwiek owieczek. Otóż ta owieczka nie była ani czarna ani biała. Tylko… zielona.
Tak, tak. Naprawdę tak było. I nie pytajcie dlaczego. I skąd się wzięła. Bo niby skąd ja mam to wiedzieć?
Najspokojniej w świecie gryzła sobie trawę, jak pozostałe. Przeżuwała ją powoli i bez skrępowania rozglądała się na wszystkie strony. Przyglądała się czarnym i białym owieczkom. Zupełnie jakby to one były czymś niespotykanym w przyrodzie. A nie ona.

Oczywiście, jak to w życiu. Czarne i białe owieczki z niesmakiem patrzyły na nowo przybyłą. Najpierw śmiały się przyglądając się jej z boku. Co to za kolor! Czy to kosmitka? A może wariatka? W każdym razie dziwoląg. Może być niebezpieczna. Nie pasuje ani do jednych ani do drugich… Chociaż tak naprawdę do jednych i drugich pasowała bardzo dobrze. W końcu była owieczką. I tak jak one uwielbiała soczystą, zieloną trawę. I dyskusje o pogodzie. W czym więc problem?

– Nie podoba mi się to – powiedziała najstarsza z czarnych owieczki do koleżanek w tym samym kolorze – to zwiastuje problemy. Po co nam one?
Jeśli ktoś zobaczy, że wśród nas jest zielona owca staniemy się pośmiewiskiem całej okolicy.
– Co więc robić? – zapytała jedna z jej młodszych koleżanek – jak pozbędziemy się zielonej?
– W razie czego mówcie wszystkim, że  należy do stada białych owieczek. Niech one się martwią – odpowiedziała najstarsza czarna owieczka.

– No to mamy kłopot – mówiła najstarsza biała owieczka do swoich białych jak biały ryż koleżanek – jak się z tego wytłumaczymy? Wszyscy będą się z nas śmiać.
– Może przemalujmy ją na biało! – odezwała się jedna z młodszych białych owieczek. Zaznaczmy też, że przy okazji nie grzeszyła wybitną inteligencją.
– Wiem – powiedziała najstarsza z białych owieczek – w razie czego wszystkim mówcie, że ona jest ze stada czarnych owieczek. Niech one się martwią.

No i się zaczęło. Skończyło się wspólne pokojowe gryzienie trawy. Teraz białe owieczki odsuwały się jak najdalej od czarnych. A czarne od białych. A zielona owieczka krążyła pomiędzy nimi. I raz gryzła trawę z białymi owieczkami. A kiedy indziej z czarnymi. Na zmianę. Bo jej nie przeszkadzał w ogóle kolor białych lub czarnych owieczek. Mimo, że uważała, że zarówno biel jak czerń są trochę bez wyrazu.

– Nie wstydzisz się być taka zielona? – zapytała ją któregoś razu jedna z białych owieczek.
– A czego mam się wstydzić? – zapytała zielona owieczka – czy to nie jest ładny kolor? Trawa jest zielona i nikomu to nie przeszkadza.
– Ale ty nie jesteś trawą… – westchnąła biała owieczka.
Innym razem jedna z czarnych owiec zapytała:
– Dlaczego taka jesteś? Dlaczego nie jesteś czarna. Lub biała.
– A ty dlaczego jesteś czarna? A nie biała lub zielona? – zapytała zielona owieczka i bez pośpiechu gryzła soczystą trawę.

Owieczki robiły co mogły, żeby unikać zielonej owieczki. Przepychały ją na stronę tych drugich. Przenosiły się wszystkie jak na zawołanie w inną część łąki, kiedy zielona drzemała. Nie rozmawiały z nią. Odwracały od niej oczy. Ignorowały i izolowały.
Myślicie, że zielona owieczka była obojętna na to wszystko? Że nie cierpiała w duchu? Oczywiście, że tak. Każdy źle by się z tym czuł. I ona także czuła się źle. Ale od zawsze była zielona. I nigdy nigdzie nie pasowała. I nauczyła się z tym żyć. Chociaż było to życie nie łatwe. Czasami wstępowała w nią nadzieja. Że gdzieś jednak znajdzie bratnią duszę. Jedną chociaż. Bo na to, że spotka gdzieś zieloną jak ona owieczkę nie liczyła. Zdaje się, że była jedyna taka na całym świecie. Ale nie traktowała tego jak wyróżnienie. Nawet jeśli taki był zamysł. Tylko jak ciężar, który raz bywał trudniejszy kiedy indziej nie aż tak trudny do dźwigania. Do wszystkiego bowiem można się w jakimś stopniu przyzwyczaić. Zawsze jednak… hmm…

Obecność zielonej owieczki na łące wprowadziła atmosferę nerwowości. Białe i czarne owieczki krzywo patrzyły na siebie. Zupełnie jakby winiły siebie nawzajem za jej obecność wśród nich. Przestały gryźć trawę obok siebie i wymieniać się uwagami na temat pogody. Stały się złośliwe, kąśliwe, uszczypliwe i wszystko inne w tym rodzaju … Patrzyły na siebie wrogo i podejrzliwie. Jakby coś je uwierało. Wiadomo wszak co to było. Zielona owieczka! Spokojnie gryząca trawę obok nich. Bez wstydu. Zamiast dawno zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Żeby wszystko wróciło do starego dobrego porządku. Żeby było jak powinno być.
A jak powinno być…???

Pewnego dnia po okolicy rozeszła się niepokojąca wieść. W pobliskim lesie zamieszkał wilk. Wielki smakosz! Koneser owczego mięsa. Na owieczki padł blady strach. Ich spokojne dotąd życie miało już nie być takie. To było dużo gorsze od pojawienia się zielonej owieczki. Wszystkie musiały to przyznać. I co robić w tej sytuacji?
W tej sytuacji białe i czarne owieczki musiały działać razem. Im silniejsza grupa tym lepiej. Bez dwóch zdań.
– Wiem – zawołała najstarsza z czarnych owieczek – podsuniemy mu zieloną owieczkę. Nikt jej tutaj nie chce. Niech ją zje. Nasyci się na jakiś czas a my zyskamy trochę czasu na poszukanie nowej łąki, dalej od lasu. Co wy na to?
– To dosyć okrutne – powiedziała powoli najstarsza z białych owieczek ale szybko dodała – jednak czy mamy inne wyjście?
Właśnie! Innego wyjścia nie było. Owieczki uczepiły się tej myśli. Po prostu w tej sytuacji jest to jedyne rozwiązanie. I tyle.
Zielona owieczka spokojnie gryzła zieloną trawę nie mając pojęcia jaki los przeznaczyły jej białe i czarne koleżanki. Chyba nawet nie uwierzyłaby w takie okrucieństwo gdyby ktoś jej o tym powiedział. Bo kto by uwierzył? Kto by uwierzył, że to, że jest zielona, tak bardzo wszystkich uwierało? Tak bardzo, że postanowiły ją poświęcić. Wydać wilkowi. A przecież dla owieczki nie ma nic gorszego na świecie niż spotkanie z tym drapieżnikiem.

Plan był gotowy. A zielona owieczka nic nie przeczuwała. Mimo, że urodziła się w pięknym zielonym kolorze, czuła się jedną z białych i czarnych owieczek. Nigdzie nie mogłaby czuć się bezpieczniej. Przecież poza kolorem nie różniły się absolutnie niczym. I teraz też czuła się bezpieczna. Ze swoim stadem.
A czarne i białe owieczki uruchomiły cały swój spryt (a trzeba zaznaczyć, że nie miały go zbyt wiele) żeby wilk, który przyjdzie tu w nocy zapolować, natknął się od razu na zieloną owieczkę.

W nocy księżyc jasny i okrągły jak lampion zawisł na niebie. I z góry spoglądał na świat. Trochę posępnym okiem. Bo przecież z góry widzi się więcej i także to czego by się widzieć nie chciało. Wilk, który przyszedł na łąkę ze swojego lasu bez trudu rozpoznał z daleka stado owieczek. Czarnych i białych. Stłoczonych tak blisko jedna obok drugiej, że chyba nawet mucha  nie przecisnęła by się pomiędzy nimi. Ale oto jest jedna, która nie zdołała schować się w stadzie. Śpi zupełnie osobno. Czyżby była tak głupia? Bezmyślna? Czy nie słyszała o złym wilku, który pożera owce? Co za głupia owca! Ale tym lepiej dla wilka! Już sobie winszował łatwego łupu. I cieszył na myśl o smacznej kolacji.
Lecz kiedy podszedł bliżej stanął zdumiony. Co to ma być??? Czy to owca na pewno? Dlaczego jest zielona? Czyżby była zepsuta?
Zielona owieczka tymczasem przebudziła się i dostrzegła wilka krążącego w pobliżu. Zorientowała się, że czarne i białe owieczki zostawiły ją tutaj na pastwę losu. I że jej czas jest już prawdopodobnie policzony.

Wilk jednak uruchomił wszystkie znane i dostępne mu instynkty. Nigdy dotąd nie spotkał zielonej owieczki. Nie wyglądała apetycznie. Możliwe, że jest trująca! Nie powinien chyba ryzykować.
Kompletnie skołowany popatrzył jeszcze w stronę owieczek skupionych obok siebie w dalszej części łąki. Czy to głód, czy ta nietypowa sytuacja,  a może księżyc, którego blade światło obejmowało całą łąkę i sprawiało, że zdawała się zielono niebieska… w każdym razie w tej chwili wydało się wilkowi, że wszystkie owieczki na łące są zielone. Jak tamta, która oddzieliła się od stada. I chociaż było to nieprawdopodobne to jednak ryzyko było zbyt duże jak na jednego wilka. Nie zamierzał tego sprawdzać. Dość miał już na dzisiaj. I zupełnie stracił apetyt. Wrócił do lasu i więcej się nie pojawił.

Rano czarne i białe owieczki wstały w bardzo dobrym nastroju. A w ciągu dnia dotarły wieści z okolicy. Że wilk wyprowadził się z lasu. A przedtem opowiedział wszystkim o stadzie zielonych jak trawa owieczek, które zamieszkują pobliską łąkę. I że najlepiej się tam nie zbliżać. I zostawić je w spokoju. Bo jeszcze ktoś się czymś zarazi.
Owieczki zdumione były takim obrotem spraw. Najpierw było oburzenie. Przecież wcale nie są zielone!!! Jak można było opowiedzieć takie bzdury. Czy całkiem ślepy był ten wilk? Potem jednak się uśmiały. Bo śmiesznie to wszystko wyszło. Bez żadnego planu. Wydały mu się zielone i stracił apetyt! Że też same nie wpadły na to, żeby się trochę ubarwić! W końcu przyszła chwila refleksji…
No tak, nie pomyślały o zmianie koloru bo przecież nie zaakceptowały zielonej owieczki. Jej obecność była im niemiła niemal tak jak obecność wilka w pobliżu. A przecież wilk był okrutny i zjadał owce. A zielona owieczka nic nikomu nie zrobiła i była w zasadzie taka jak one. Tylko… zielona.
I na sam koniec poczuły wstyd. Że chciały wydać na pożarcie wilkowi zieloną owieczkę. Że przekreśliły ją całkiem i nie dały szansy. A zupełnie przypadkiem dzięki niej ocalały. Przynajmniej tym razem.
– Przyjmijmy ją do naszego stada – zarządził najstarsza czarna owieczka – jest przecież jedną z nas. Niczym się nie różni. Poza kolorem!
– Przygarnijmy ją – mówiła najstarsza biała owieczka – zasługuje na to.
– No i zielony to całkiem ładny kolor – odezwała się jedna z młodszych owieczek. I tym razem był to przebłysk inteligencji. Chociaż może nie jakiejś wielkiej.

Tymczasem zielona owieczka zniknęła. Przepadła bez śladu. A tak faktycznie to po prostu poszła sobie. Przed siebie. Szukając bratniej duszy na wielkim i nieprzyjaznym świecie. Jej zielone serce zostało zranione. Co by było gdyby wilk nie był taki wybredny? I pożarł ją, tak jak to zaplanowały czarne i białe owieczki? Czy tak się postępuje? Na pewno nie!

Białe i czarne owieczki zostały na swojej łące z niezbyt mądrymi minami. Straciły swoją szansę na to by mieć w stadzie kogoś wyjątkowego. Niepowtarzalnego. A przy okazji na to, żeby porządnie się zachować. I ta okazja pewnie się już nie powtórzy. Chociaż na pewno była to ważna lekcja w ich życiu i oby nie poszła na marne. I nie ma co się tłumaczyć brakiem inteligencji! Bo na to, żeby być porządnym wcale nie potrzeba jej wiele. Wystarczy trochę.

Jeśli spotkacie na swojej drodze zieloną owieczkę, nie śmiejcie się. Ani nie patrzcie podejrzliwie. Bo zieleń to naprawdę, obiektywnie i bez wątpienia piękny kolor. To kolor łąki. Lasu. Liści i trawy. Ma tyle różnych odcieni. I każdy piękny. To kolor, który uspokaja. I zwiastuje wiosnę.
Kto wie czy nie jest to najpiękniejszy kolor na całej Ziemi.
Ale przede wszystkim to kolor nadziei. Na to, że jest w nas więcej dobroci i tolerancji niż sami podejrzewamy. Tylko może nie zawsze od razu o tym wiemy. I nie możemy się tego tak bardzo bać. Bo to cechy, które zbawiają ten świat. A nie odwrotnie.

Sikorka

Pewnego razu była sobie mała Sikorka. Z żółtym brzuszkiem. Drobna ale pełna energii. Energiczna i żywa. Ale nieco roztrzepana. Pełna pomysłów i wiecznie wpadająca w kłopoty. Wiecznie dokądś spiesząca. I zwykle nieco spóźniona.
Trochę się czasem myląca. Ale pełna dobrych chęci. A to przecież zaleta.
Choć wad miała wiele.
Nie można jej za to potępiać. Nie można oceniać pochopnie. Bo kto nie ma wad? Kto zawsze i wszędzie potrafi zachować się tak jak by należało? Kto nigdy nie potknął się lub nie wpadł… na szklane drzwi? Bo nie zauważył ich przed sobą? Naprawdę każdemu może to się zdarzyć.

Mała Sikorka zawsze miała coś do załatwienia. Jeśli nie dla siebie to dla innych. Nie lubiła bezczynności. I lubiła czuć się potrzebna. Nie jest to cecha wszystkich Sikorek na świecie. Ale tej akurat tak. Od rana więc latała to tu to tam i załatwiała sprawunki. Odwiedzała ptasie urzędy. Pomagała zajmować się ptasią dziatwą. Wszystko to robiła z wielkim zapałem. I w takim tempie, żeby zdążyć przed zachodem słońca. Bo tuż po zachodzie słońca kładła się spać. Stały rytm dnia i życia to bardzo ważna rzecz. I bardzo indywidualna. Sikorka czuła, że tak właśnie jest. I bardzo tego przestrzegała.

Po drodze mieszały jej się kierunki. I sprawy do załatwienia. Czasami musiała się po coś wrócić. A czasem załatwiać coś całkiem od nowa. Wcale jej to nie zrażało. I to była wielka zaleta. Bo wytrwałość i pogoda ducha są i będą zawsze w cenie.

Wszyscy wiedzieli, że mała Sikorka ma wielkie serce. I gdyby trzeba było wyrwałaby je sobie, żeby oddać potrzebującemu. Na całe szczęście jak dotąd nie było takiej potrzeby.

Czasami kogoś lubimy i cenimy mając świadomość wad jakie posiada. Przymykając oko na pewne potknięcia. A nawet…! A nawet traktując te cechy jako charakterystyczne dla tego kogoś i nieodzowne. Bez tych swoich wad byłby przecież kimś zupełnie innym!
Bo Sikorka przy wszystkich swoich wadach była jednocześnie pełna energii, radości życia i entuzjazmu. Potrafiła zarażać optymizmem i gdziekolwiek się pojawiła przynosiła ze sobą świeżość, wesołość i luz, którego tak wielu dzisiaj brakuje.

– Ależ Sikorko – upominał ją Wróbel w ptasim urzędzie – znowu pomyliłaś druki. Tyle razy pokazywałem ci, że żółte dotyczą spraw lokalowych a niebieskie pozwoleń na latanie.
Wróbel kręcił głową ale w głębi duszy wiedział, jak wielu sąsiadom pomaga sikorka. Załatwiając sprawy urzędowe, na które nie mają czasu. A Sikorka uśmiechała się promiennnie i mrugała do niego porozumiewawczo. Czym zawsze kompletnie go rozbrajała.
– Sikorko! – wołała pani Szpakowa w okienku na poczcie – znowu źle wpisany adres. W ten sposób te listy nigdy nie dotrą do adresatów.
Szpakowa załamywała piórka ale lubiła Sikorkę i wiedziała, że wszystko co robi robi z dobroci serca. A jej roztrzepanie często dodawało jej uroku. Tym bardziej, że Sikorka zachwycała się zawsze urodą Szpakowej. I prawiła piękne komplementy. Nie dlatego, żeby odwrócić jej uwagę. Ale dlatego, że piękna Szpakowa w pełni na nie zasługiwała.
– Moja droga – kręciła głową Sroka – małe sroczki dzisiaj miały powtarzać geografię a nie robakologię. Robakologia miała być jutro.
Sikorka uwielbiała korepetycje z małymi sroczkami. A także małymi wróbelkami, szpaczkami czy dziećmi pani Gilowej. A że czasami myliły jej się tematy zajęć? Cóż, czasami naprawdę nic nie mogła na to poradzić. Obejmowała czule Srokę i proponowała herbatkę. A Sroka nigdy nie potrafiła odmówić. Bo herbatka z Sikorką była zawsze czymś bardzo przyjemnym.

Tak to było z naszą Sikorką. Zawsze w pospiechu ale z wielkim zaangażowaniem. Czasami nie tak jak trzeba ale zawsze pogodnie i z życzliwością. Zawsze z sercem oddanym i głową pełną pomysłów. Prawdziwy skarb! Mała Sikorka z żółtym brzuszkiem.

Pewnego dnia mała Sikorka zaspała. Nigdy dotąd nie zdarzyło jej się zaspać aż tak. Kładła się codziennie wcześnie żeby temu zapobiec. I zawsze rano wstawała rześka. A tu taka niespodzianka!
Tyle spraw miała dzisiaj do załatwienia! Czy zdąży? Czy wiele razy się pomyli? Inaczej jakoś musi sobie wszystko dzisiaj zaplanować. Co dzisiaj miała w planach najpierw? Czy to miał być ptasi urząd? Czy ptasia poczta? Czy korepetycje dla synów pana Gila? Wszystko powoli mieszało jej się w małej główce kiedy leciała przed siebie machając skrzydełkami tak mocno jak tylko mogła!
Nagle!!! Buuuum!!! Świat zawirował! Gwiazdy spadły z nieba na ziemię! Ziemia podskoczyła do nieba! I była teraz tuż nad głową Sikorki…
Z boku wyglądało to naprawdę groźnie. Mała Sikorka uderzyła w szybę tak mocno, że słychać było huk. Spadła jak nieżywa na podłogę balkonu i przez chwilę wydawało się, że już po niej. Bo nie dawała znaków życia. Tylko małe serduszko biło tak mocno, że zdawało się, że zaraz wyskoczy z drobnego ciała małej Sikorki. A potem uspokoiło się i to wyglądało jeszcze gorzej. Tak jakby całkiem przestało bić.
Ale w Sikorce życia zawsze było bardzo dużo. I teraz też nie zamierzało tak po prostu ją opuścić. Dlatego już po chwili – która niektórym mogłaby wydać się wiecznością – powoli podniosła główkę. Rozejrzała się oszołomiona i lekko poruszyła skrzydełkami. Próbowała wstać ale nóżki rozjeżdżały się na dwie strony i nie była w stanie się na nich utrzymać. Powoli… powolutku… Dasz radę mała Sikorko. Na pewno dasz radę!
Oczywiście, że dała radę wstać w końcu. Rozprostować skrzydełka. Wznieść się na nich najpierw na próbę. A potem już wzlecieć wyżej i ruszyć przed siebie, żeby załatwić wszystkie ważne sprawy.

Ale co to? Teraz nagle w głowie małej Sikorki, bardzo wyraźnie i po kolei ułożyło się wszystko co dzisiaj miała do zrobienia. Powstał nawet swego rodzaju plan: dokąd poleci najpierw, ile czasu zajmą jej sprawy, jak wykorzystać dzień najlepiej i zrobić jak najwięcej. Nigdy dotąd niczego nie planowała. Wszystko robiła na gorąco. To była wielka i niespodziewana zmiana. Sikorka była tak przejęta tą zmianą, że w ogóle starała się nie poruszać głową. Żeby plan nie rozsypał się na drobne kawałeczki. Skoro już powstał w jej głowie i był.

Tego dnia Sikorka działała jak bardzo dobrze nakręcony automat. Załatwiła wszystko co miało być załatwione. I nie popełniła żadnego błędu. Była to zmiana, której trudno było nie zauważyć. Wszyscy przyglądali się Sikorce z zaciekawieniem. Wróbel nie musiał upominać jej, bo nie pomyliła druków. Szpakowa ze zdumieniem odebrała od niej prawidłowo zaadresowane koperty. A Sroka słuchała w milczeniu, jak Sikorka w odpowiedniej kolejności i z wielkim skupieniem prowadzi lekcje i nie robi żadnych pomyłek.

Wszystko to pięknie. I można by bić brawo Sikorce. Bo nareszcie wszystko robiła tak jak należy. Ale… w tym wszystkim było coś co nie dawało spokoju Wróblowi. I Szpakowej. I Sroce. I wszystkim innym, którzy tego dnia spotkali Sikorkę.
Otóż Sikorka zyskując tak wiele, jeszcze więcej straciła! Była tak skupiona na swoich zadaniach, tak poważnie do nich podeszła, że zupełnie przestała się uśmiechać. Nie mrugnęła do Wróbla. Nie spojrzała nawet na Szpakową. Nie objęła Sroki. Była przejęta i trochę oficjalna. Nie chciała tracić czasu na rzeczy niepotrzebne. Nie chciała, żeby w jej głowie znowu pojawił się barwny chaos, z którego zwykle wynikało jednak tak wiele dobrego.

Zupełnie nowa Sikorka. Niemal zupełnie inna. Uporządkowana i zorganizowana. Z planem w głowie. I skupiona na swoich zadaniach. Nareszcie! Lecz jednak… Gdzie jesteś dawna Sikorko? Ta, którą tak bardzo kochaliśmy? Nawet jeśli czasami irytowałaś?

Przez kilka dni Sikorka była nową Sikorką. I załatwiła mnóstwo spraw. Jej gorące serce biło nadal mocno dla wszystkich potrzebujących. I zaangażowanie było wielkie. Tylko jakoś tak… dziwnie. I głowa ciągle ją bolała po tamtym uderzeniu.
Na szczęście prawdziwa natura nie da się uśpić tak łatwo. I głowa nie może boleć wiecznie. Któregoś dnia, kiedy już wszyscy stracili nadzieję, nagle w ptasim urzędzie dał się słyszeć szczęśliwy głos pana Wróbla :

– Ależ Sikorko! Pomyliłaś druki. Tyle razy pokazywałem ci, że żółte dotyczą spraw lokalowych a niebieskie pozwoleń na latanie.

A Sikorka mrugnęła do Wróbla porozumiewawczo. I uśmiechnęła się promiennie. Czym całkowicie go rozbroiła.

I znowu wszystko było tak jak przedtem. Wszystko wróciło do normy. I wady Sikorki wróciły na swoje miejsce. I wszyscy kochali ją taką jaką była. Bo wiedzieli, że jej wady są ważną częścią jej charakteru. I w ogóle wcale nie były wadami. Tylko pewnymi cechami. Które czasami przeszkadzają. A czasami w ogóle nie. Tak czy owak sprawiają, że ta oto Sikorka jest jedyna i niepowtarzalna na całym świecie. I nie ma takiej drugiej. Nigdzie. Z całą pewnością. A to przecież nie jest bez znaczenia. Prawda?

Mała czarownica

Pewnego razu była sobie bardzo mała czarownica. Drobnej była budowy i krótkie miała nóżki. Nawet wysoki kapelusz na jej głowie nie dodawał jej zbyt wiele wzrostu. Taka była mała. Mieszkała w małej chatce na kurzej nóżce po środku lasu. A las był duży i rosło w nim mnóstwo bardzo wysokich drzew. Tak wysokich, że nie tylko mała czarownica ale każdy kto znalazłby się w lesie nie byłby w stanie dojrzeć czubka ani jednego z nich.
Mała czarownica w swojej małej chatce w tak dużym lesie i pośród tak wysokich drzew? Musiała czuć się nieswojo!
A właśnie, że nie! Bo mimo, że taka mała, to miała wielką moc. Znała najstarsze i najpotężniejsze zaklęcia. Potrafiła przyrządzić 200 różnych mikstur. Potrafiła przemieszczać się – w przestrzeni i… w czasie. Jak to czarownica.
Życie jej mogło więc upływać błogo. Bo wszystko było tak jak powinno być. A niewielki wzrost rekompensowały liczne umiejętności.
A jednak… Było coś co nie dawało jej spokoju. Od dawna. Lub nawet od zawsze. Na pewno odkąd tylko po raz pierwszy wiele lat temu to odkryła. I odtąd z tym żyła.
Znała tyle czarów. Potrafiła zmieniać postać. Dzisiaj mogła być tu a już jutro – zupełnie gdzie indziej. I nawet kiedy indziej. Ale miała jedną słabość, która nie dawała się naprawić. Mimo wielu prób. Nie była to słabość uciążliwa na codzień. Ale były chwile, kiedy doskwierała bardzo.
Tak to już jest, że nie można mieć wszystkiego. To tylko kolejny na to dowód.
Otóż mała czarownica nie potrafiła robić naleśników! No kompletnie nie i już! Ani trochę. Ani nawet ociupinkę. Za każdym razem ten sam problem. W jakiś cudowny i tajemniczy sposób rozpływały się na patelni jak woda. A potem przywierały do niej tak mocno, jakby nigdy nie chciały się z nią rozstawać. A kawałki z trudem odklejone i przerzucone na talerz były nie do zjedzenia. Absolutnie! Ohydne i już.

Czarownica próbowała chyba wszystkiego. Mąki najprzeróżniejszych gatunków. Jajek od najmądrzejszych kur! Patelni z najdalszych stron. I nic.

Można żyć bez naleśników? Można. Chociaż co to za życie?! Czarownica mogła przyrządzić sobie całe mnóstwo innych dań. I nie myśleć o naleśnikach.
Ale… Ale! Ale raz w roku problem ten stawał się naprawdę dotkliwy. Niemal nie do udźwiągnięcia. Nie do wytrzymania. Dlatego trudno było tak po prostu wyrzucić go z głowy.
Bo raz do roku na Potężnej Górze odbywał się zlot wszystkich czarownic jakie są na świecie. Wielkie to było wydarzenie i nie można było nie być. Przez dwie noce czarownice świętowały, uczestniczyły w konferencjach i wykładach. Tańczyły i śpiewały. Dyskutowały i wymieniały się doświadczeniami. A na koniec… właśnie… na koniec odbywał się wielki konkurs smażenia naleśników! Na wielu patelniach. Wielu paleniskach. W dużych ilościach. Całe góry pachnących, miękkich i smakowitych naleśników piętrzyły się na okrągłych talerzach.
A trzeba wam wiedzieć, że czarownice uwielbiają jeść naleśniki. Naprawdę. I wiele czarownic ma niezwykły talent do ich smażenia. Na całej Potężnej Górze wszędzie pachniało wtedy wanilią i ziołami. Najdelikatniejszymi jakie rosną na ziemi. Najbardziej aromatycznymi jakie można sobie wyobrazić. Zapachy i smaki wprost nieziemskie!
I tylko mała czarownica siedziała wtedy cichutko z boku – jak nie ona – i uśmiechała się niepewnie. I robiła się jakby jeszcze mniejsza. Bo o smażeniu naleśników jakoś jedyna nie miała pojęcia.

Wszystkie jej zalety, zdolności i moce w takich chwilach zdawały jej się kurczyć i znikać. Bo czymże były skoro na tym jednym polu nie była w stanie podołać?
Kogo obchodziły jeśli w tej dziedzinie była nogą kompletnie i nie potrafiła nic?
Miała ochotę schować głowę w swoich drobnych ramionach i zniknąć. Ale tego podczas zlotu czarownic zrobić nie mogła. Uczestnictwo liczyło się tylko od początku do samego końca zlotu. I żadna z czarownic na całym świecie nie odważyłaby się odlecieć czy zniknąć wcześniej.

Brak zdolności do smażenia naleśników małej czarownicy różnie był przyjmowany przez czarownice. Te, które były naprawdę mistrzyniami w smażeniu, traktowały ją chłodno i patrzyły trochę z góry. Normalka. Inne trochę z niej żartowały. Trochę ignorowały małą czarownicę. Cóż, czarownice mają takie same przywary jak wszyscy ludzie na świecie. Nie są milsze czy bardziej wyrozumiałe. A niektóre są po prostu wredne. I mała czarownica dobrze to wiedziała. Znała je bardzo dobrze. I dobrze to rozumiała. To do siebie miała pretensje. Że jej talentu brakuje. I że nic na to poradzić nie może.

Ale była wśród czarownic jedna, która dla małej czarownicy była jak matka. Lub babka. I siostra zarazem. Wiek czarownic dla wszystkich był tajemnicą. Najłatwiej można go było ocenić na podstawie wiedzy i doświadczenia jakie posiadały. Bo wygląd czarownicy zawsze jest oszustwem. I każda z nich może mieć zarówno 100 jak i 200 lat a wyglądać góra na 40.
– Nie martw się – mówiła – jeszcze możesz się tego nauczyć.
– Nie ma szans – mówiła smętnie mała czarownica. – Nie potrafię zupełnie i nie mam do tego serca.
– Więc rób to do czego masz serce – mówiła czarownica – na pewno do czegoś masz.
Mała czarownica nie była tego pewna. Ale grzecznie słuchała rad. W głębi duszy zrezygnowana.

Pachnące i miękkie naleśniki piętrzyły się na talerzach. Pachniały cudownie. I smak miały wspaniały. Mała czarownica z przyjemnością próbowała po kawałku kolejno od każdej z mistrzyń smażenia. A one chętnie częstowały. Naleśniki rwało się palcami i zjadało bez dodatków. Taka była tradycja. I nie znano innego sposobu.
Przy kolejnym już kawałku nagle do głowy małej czarownicy wpadła myśl. Zupełnie szalona. A gdyby tak… Ale czy aby…? Czy to miałoby sens? Czy tak w ogóle można???
Pobiegła szybko do wielkiej i wspaniale wyposażonej kuchni na Potężnej Górze. Przejrzała wszystkie lodówki. Poukładała na stole słoiczki, puszki i miseczki, przyprawy i zioła. I od razu zabrała się do roboty.
Nie była złą kucharką. I głowę miała nie od parady. Potrafiła przyrządzić 200 mikstur. To przecież o czymś świadczyło. A kiedy miała ochotę spróbować czegoś nowego to nie wahała się długo.
Wkrótce w 20 małych miseczkach znalazło się 20 różnokolorowych, aromatycznych, pachnących i aksamitnych jak prawdziwy aksamit sosów. W sam raz do naleśników. Które czarownice tak bardzo uwielbiały jeść.

Zebrały się czarownice wokół stołu. Patrzą z niesmakiem na małe miseczki. Wąchają z dezaprobatą kolorowe sosy. Krzywią nosy i szepczą do siebie. Sosy do naleśników? A po co, dlaczego? Przecież nigdy nie były potrzebne. I co to za pomysł? Skąd wziął się? I komu? I co to za sosy???
Mała czarownica wiedziała, że jej sosy są smaczne. I że nigdy dotąd żadna z czarownic nie używała sosów do naleśników. Ale czy nie byłyby smaczniejsze? Czy nie warto by spróbować?
Nie jest łatwo przekonać kogoś do czegoś, czego dotąd nie próbował. I od lat i wieków miał niezmienione kulinarne upodobania.
Mała czarownica, która na codzień mieszkała w środku lasu i nie była w stanie dojrzeć czubków wysokich drzew, nie miała zamiaru płakać czy się złościć. Od dawna wiedziała, że konkurs smażenia naleśników nie jest dla niej. I że dużo jeszcze ma do nadrobienia. A pomysł przygotowania sosów był spontaniczny. Nie miała oczekiwań. Po prostu pomyślała, że z sosem mogą być smaczniejsze.
I tyle.

I taki mógłby być koniec historii. Ale nie był. Po konkursie smażenia naleśników zorganizowano tańce. I wesołe zabawy. Czarownice bawiły się tak dobrze jak nigdy. A potem strasznie zgłodniały. I nabrały wielkiej ochoty na naleśniki. A niektóre z nich zainteresowały się… sosami, które stały niechciane w kolorych miseczkach. Sztuk 20.
I wtedy stało się coś niesamowitego. Szepty, kręcenia nosem i dezaprobata zniknęły. Pojawiły się głosy zachwytu. Najpierw pojedyncze. Potem coraz więcej. I coraz głośniejsze. A potem pojawiało się coraz więcej czarownic, które chciały spróbować czegoś zupełnie nowego. Pachnących naleśników z aksamitnym sosem. Jednym, drugim, trzecim… dwudziestym… Wspaniałym! Nie do opisania smacznym! Wyjątkowym!

Wielki talent miała mała czarownica. Która nie miała pojęcia o smażeniu naleśników. Za to umiała przyrządzić najlepsze sosy na świecie. Bardziej aksamitne niż prawdziwy aksamit. Aromatyczne. Pachnące. A naleśniki z tymi sosami smakowały jak nigdy! Słów brakowało żeby to wysłowić.
I stała się rzecz naprawdę niesamowita. Bo ogłoszono, że odtąd obowiązkowo do naleśników smażonych podczas konkursu mają być podawane sosy. Które podkreślą ich smak.

Żadna z czarownic – nawet największe mistrzynie smażenia naleśników – nie spojrzała więcej z góry na małą czarownicę. Żadna więcej nie patrzyła chłodno.
Mała czarownica wróciła do swojej małej chatki na kurzej nóżce. Pośrodku lasu.
Na cały kolejny rok mogła zapomnieć o naleśnikach. Ale nie zamierzała. Nadal próbowała je smażyć. Bez większego powodzenia. I dużo czasu poświęcała przygotowaniu sosów. Uwielbiała to robić. Wymyślała ciągle nowe. I czarownice z różnych stron odwiedzały ją czasami, żeby popróbować.
Ale gdyby nawet jej sosy nie były tak wyśmienite – to co? Czy nie mieszkałaby nadal w swoim lesie? Czy nie znałaby się na magii i czarach? Czy nie przyrządzałaby 200 różnych mikstur? I nie przemieszczała w miejscu i czasie?
A czy gdyby była po prostu małą czarownicą mieszkającą w środku lasu? Lubiącą jedne rzeczy a inne nie? Zwyczajną, nie posiadającą szczególnych mocy? To czy nadal nie byłaby jedyna w swoim rodzaju na całym świecie?
Oczywiście, że tak! Bo każdy jest.
Bo życie płynie i mamy w nim tak dużo do zrobienia. Bez względu na to jak wiele jeszcze musimy się nauczyć. Lub nie nauczymy się nigdy.
Gdyby mała czarownica nie wpadła na pomysł przygotowania sosów to może wpadłaby na inny. Albo nadal próbowałaby smażyć naleśniki. I może w końcu by jej się udało. Albo i nie. To nie jest takie istotne. Istotne jest to, żeby się nie poddawać za szybko. Bo nigdy nie wiadomo…

Nie każdy musi mieć talent. Absolutnie! Ale tak się składa, że każdy jakiś ma.
Nie każdy musi być w czymś mistrzem. Oczywiście. Ale tak się składa, że każdy by mógł. Gdyby tylko chciał.
Nie każdy musi chcieć. Ale jeśli nie chce – to niech nie chowa głowy w ramionach i nie myśli o ucieczce. Tylko doceni talent innych.
I już.
To wszystko naprawdę jest bardzo proste. I żadne zloty czarownic na Potężnej Górze nie są do tego potrzebne. Ani też żadne bajki. Tak po prostu jest i tyle. Tylko nie wszyscy przyjmują to do wiadomości. A w końcu powinni. Prawda? 😊

Biała bajka na dobry początek roku

Pewnego dnia – a był to sam koniec roku – śnieg spadł z chmur i zasypał wszystko. Domy, ulice, samochody i trawniki. Pola i lasy. Rzeki i jeziora. Góry i morze… Wszystko stało się białe. Jednolite. Nieruchome. Jakby cały świat przykrył się bardzo grubą pierzyną i spał.
Wyobraźcie to sobie. Biel wszędzie, wszechobecna. Cisza wszędzie. Jak we śnie.
Są takie miejsce na ziemi, w których tak jest stale. Biel, zimno i cisza. Ale to co się stało tego dnia było czymś jeszcze bardziej…

Na ziemi zapanowała zima i chłód. Taka zima sprawia, że wszystko staje się zimne. Nie tylko ręce i nogi. Nie tylko uszy i nos. Ale też wszystko w środku. Tak jakby śnieg przenikał do najgłębiej położonych komórek i tkanek. I również tam głęboko zalegał cienką warstwą.

Rok się skończył. Rozpoczął się nowy. Cały zasypany śniegiem.
W kolejnych miasteczkach powoli i z trudem otwierano drzwi domów.  Odkopywano samochody. Uruchamiano zamarznięte silniki. Powoli i z trudem próbowano przywrócić funkcjonowanie sklepów i instytucji.
Nic już nie mogło być jak dawniej. Ale tam gdzie istnieje najmniejszy przejaw życia tam będzie ono walczyć zawsze o przetrwanie. I o zwykłe funkcjonowanie. Odpowiednie do pory dnia lub nocy. A śnieg, który spadł na wszystko, nie odebrał nikomu życia. Tylko zmienił je całkowicie.

Wszyscy poruszali się wolniej. Wolniej chodzili ale też wolniej mówili. A niektóre słowa wymawiało im się dużo trudniej. To zmuszało ludzi do większego wysiłku i jednocześnie większej uwagi. By rozmówca został na pewno dobrze zrozumiany.
To zmuszało ich do podchodzenia bliżej do siebie. I spędzania więcej czasu w bliskiej odległości. Przy okazji robiło się ciut cieplej i to była korzyść. Bo tylko w ten sposób można było się wzajemnie zrozumieć. Oczywiście chodzi tu o zrozumienie słów. Bo aby zrozumieć drugiego człowieka najczęściej nie wystarczy blisko do niego podejść. Trzeba dużo dużo więcej. I zwykle wcale się to nie udaje.
A kiedy jest się tak zmarzniętym i  wszystkie tkanki i komórki są zimne, to przecież o czymś więcej nie może być mowy.

I stała się jeszcze jedna niezwykła rzecz. Wszyscy – na całym świecie zasypanym białym śniegiem – stali się biali jak śnieg. Biali jak najbielsza na świecie biel. Mieli białe ręce i nogi. Uszy i nos. Białe włosy. Wyglądali trochę tak jakby ktoś wyciął ich z białego papieru. Jak ludziki origami. Poruszające się powoli, mówiące powoli i odczuwające inaczej. Odczuwające mniej. Właściwie… nie odczuwające w ogóle. Nic. I niemal niczym się od siebie nie różnili.

Biali jak śnieg, jakby wycięci z papieru ludzie nie byli tacy źli. Nie odczuwali złości ani żalu. Nie odczuwali zazdrości. Nie mieli pragnień ani ambicji. Wykonywali bez emocji szereg czynności potrzebnych do przetrwania. Bez pośpiechu.
Oczywiście… nie odczuwali również radości i smutku. Nie odczuwali szczęścia i ekscytacji. Nie czuli miłości.
To sporo ułatwiało. Czyż nie?
Po co komu radość jeśli tuż obok jest smutek. Po co komu ambicja jeśli tuż obok jest zazdrość. Po co miłość jeśli tuż obok jest… brak miłości?

Śnieg przykrył grubą miękką pierzyną calutki świat. Wszystko co było barwne, gorące, różnorodne stało się białe. Wszystko co było głośne, radosne lub pełne emocji stało się ciche.
Wszystko co było pełne życia, pędzące przed siebie i pulsujące – stało się spokojne i powolne. Nie szczęśliwe. I nie nieszczęśliwe. Tylko cudownie, nieskończenie, bez granic białe. Tak samo dla wszystkich. Tak samo dla wszystkiego.

Biel była wszędzie. Przenikała wszystko i wszystkich. Przyniosła swego rodzaju uspokojenie. Dalekie od uśpienia. Bliższe oszołomieniu. Osłupieniu. Które sprawiały, że wszystkiego trzeba było uczyć się od nowa.
Nowego sposobu funkcjonowania. Nowego sposobu komunikowaniu.

Ludzie łatwo przywykają. Na początku zawsze wydaje im się, że nie. Że będzie to trudne. Nie do przejścia. Zupełnie nowe życie. W zupełnie nowym świecie. Tym samym – ale innym.
Ale mija zaledwie trochę czasu i nowe zwyczaje wchodzą w krew. Nawet jeśli krąży ona w żyłach ciut wolniej.
Nauczono się żyć w niższej temperaturze. Nauczono się żyć w otoczeniu bieli.
Nauczono się żyć wolniej. Ciszej. Spokojniej.
I w nieco niższej temperaturze uczuć.

A wiecie, że dla niektórych była to wymarzona zmiana? Wreszcie chłodna głowa. Wreszcie spokojnie bijące serce. Nie wyskakujące z piersi. Wreszcie nie za głośno. Nie za szybko. Nie nerwowo.

Czyż nie byłby to wymarzony świat dla wielu z Was? Czy nie marzycie czasami o śniegu prosto z nieba, który przykryje to czego wcale nie chce się oglądać?
Świat pod śniegiem nie był pozbawiony wad. Nic ani nikt nie jest. Ale pewne rzeczy były widoczne mniej. Pewne sprawy nieco spowolniły bieg. Złagodziły kurs.

I byłoby tak już zawsze. Do samego końca.
Gdyby nie znalazł się taki jeden. Uczuciowy. Wrażliwiec. Rewolucjonista. Nawet śnieg nie uśpił w nim uczuć. I emocji. I były tak gorące, że roztopiły śnieg. I lód.
Bo tak już jest, że wśród ludzi zawsze znajdzie się ktoś, czyje uczucia są tak gorące, że nie zmrozi ich nic. Czyje pragnienia są tak wielkie, że nic go nie powstrzyma. A jego chęć uczynienia świat lepszym do życia tak nieugięta, że w końcu osiągnie to, czego pragnie.

Z dnia na dzień śnieg zniknął. Domy i ulice zaczęły spowrotem nabierać barw. Pola i lasy, rzeki i jeziora… budziły się do życia. Zazieleniło się. Zaniebieściło. Zamigotało.
Jakby krew znowu płynęła w żyłach świata. Jakby – bo przecież świat jako taki nie ma żył.

I wróciły kolory. I ciepło. I dźwięki. I białe ludziki z papieru zniknęły. Tak oto wyzwolił się świat! Od śniegu i bieli.

Znowu ludzie byli różnokolorowi. I znowu wszystko nabrało tempa.
I nie było już ciszy. Tylko mnóstwo hałasu. Najczęściej hałasu o nic.
I nie trzeba było już podchodzić bliżej. Ludzie znowu mogli odsunąć się od siebie. Bo można było krzyczeć. Głośno i wyraźnie. Zbyt głośno. I zbyt wyraźnie. Nie dało się nie usłyszeć albo nie zrozumieć.
I emocje pojawiały się na każdym kroku. I była radość i smutek. I złość. I wielkie nadzieje. I zazdrość. I szczęście. I ból. I była miłość. I nie miłość…
I nienawiść. I różnorodność. Która niesie ze sobą tyle samo dobrego co i złego.

Kolory są piękne. Różnorodność jest piękna. Tyle z niej powstaje. I tak dużo ona niszczy. Emocje utrzymują nas przy życiu. I życie w nas zatrzymują. Dają nam tyle dobrych chwil. I tyle samo złych. I nigdy nie wiadomo ile których los wylosuje dla nas.

Świat pełen życia i kolorów jest wspaniały. Zachwycający. Aż do zachłyśnięcia. Aż do miłości bez granic!
Ludzie ze swoimi gorącymi sercami są nie do przecenienia. Czynią nasz świat tak wartościowym. I jedynym we Wszechświecie.
Możemy być sceptykami. Możemy ironizować i drwić sobie ile wlezie. Ale rozejrzyjcie się uważnie. Popatrzcie na swoich bliskich. Na przyjaciół. Na pogodne poranki i spokojne wieczory. Na drzewa i krzewy. Na koty, psy i ptaki. Na tęczę. A najlepiej po prostu na to co Wam daje radość w życiu. Nawet jeśli jest to tylko jedna rzecz. Może czas już przestać ciągle narzekać i chcieć nie wiadomo czego. Bo wszystko już tu jest.

Wielu ludzi doskonale o tym wie. Że nigdzie i z nikim innym nie będzie tak dobrze. Że to miejsce, w którym jesteśmy jest najlepszym z możliwych. I tylko my możemy próbować je jeszcze ulepszyć. I ulepszyć samych siebie. I możemy zacząć w tej właśnie chwili. Bo na co tu czekać?

A mimo to… czasami patrzymy w niebo z nadzieją. Z utęsknieniem. Wypatrując białych gwiazdek śniegu. Który przysypie nam głowy. I uśpi wszystko wokół. I uciszy. Zatrzyma szalone tempo. Przygasi krzyczące kolory. Na trochę. Na dłużej. Na zawsze. Żeby znośniej było nam żyć. Na tym zwariowanym świecie.