O człowieku, który nigdy się nie odzywał

Pewnego razu był sobie człowiek, który nigdy się nie odzywał. Tak, tak. Nigdy ani słowem. Ani jednym! Po prostu milczał i już. Dawno już zorientował się, że wszystko czego potrzebuje do życia może załatwić bez zbędnej gadaniny. Rozmówek towarzyskich nie potrzebował. Kiedy trzeba było – słuchał. Ale nigdy nie komentował. Na pytania odpowiadał skinieniem głowy.
Czasami może coś przez to tracił. Bo nie wszystko da się w ten sposób ustalić. Ale wystarczyło mu to, co miał.

Milczenie jest złotem. Ale milczenie za bardzo i za często bywa męczące dla tych, którzy przyzwyczajeni są do konwersacji. I do interakcji. I wyraźnej reakcji na to co mówią i robią. I dla tych, którzy twierdzą- i zresztą w tym twierdzeniu jest racja – że mowa jest tym co odróżnia ludzi od zwierząt. Nie ujmując nic tym drugim.

Człowiek, który wolał milczeć niż mówić, to samo cenił u innych. Nie lubił hałasu i czczej gadaniny. Nie cierpiał plotek. Nie mówił o tym ale miał swoje poglądy na wiele spraw. Był na przykład przekonany, że mówieniem można wyrządzić więcej zła niż milczeniem. I że wielokrotnie lepiej jest przemilczeć pewne rzeczy niż w każdym przypadku głośno wyrażać swoją opinię.

– Słyszała pani? Ta spod dwójki znowu wróciła późną nocą do domu. Skąd ona tak wraca po nocach???
– Aaa tak… właśnie! Też mnie to zastanawia kochana. Wiecznie jej w domu nie ma!
– A dzieci same siedzą! Nie wiadomo co tam robią! I co z nich wyrośnie?!
“A co z was wyrosło?- zastanawiał się człowiek, który nigdy się nie odzywał. Przechodził właśnie obok i przypadkiem usłyszał całą rozmowę. A sąsiadkę spod dwójki lubił akurat. Grzeczna i spokojna. Tylko zmęczona trochę. I bardzo grzeczne ma dzieci.”
Tak myślał ten człowiek. Ale się nie odzywał. Bo nie lubił i nie chciał.

Innym razem usłyszał kłótnię w sklepie:
– Chyba pani liczyć nie umie! – krzyczał starszy pan do pani w kasie – to nie może być aż tyle!
– To nie ja liczę, tylko kasa – mówiła pani obruszona – tyle kosztują te produkty.
– Może powinna pani znaleźć mniej wymagającą pracę – kontynuował pan nie zwracając uwagi na nic – bo ta jest za trudna dla pani!
“A pan nie potrafi spokojnie zrobić zakupów. I może też czytać i liczyć – skoro ceny się panu nie zgadzają” – myślał sobie człowiek, który nigdy się nie odzywał. I stał spokojnie w kolejce.

Wiele razy zdarzało się mu słyszeć dużo słów. Dużo za dużo. Ludzie mogliby czasami gryźć się w język. Ale skoro już tak bardzo potrzebują mówić – trudno – on przecież nie tylko nie musi się odzywać. Ale też nie musi tego słuchać. Nie są to jego sprawy.
Jednak słuch miał dobry. Co nieco utrudniało sprawę.

– Znowu korki. Wszędzie korki. Pan daleko jedzie? – w autobusie zdarza się spotkać takich, którzy szukają towarzystwa – ja jeszcze dwa przystanki. Ale pewnie znowu będziemy się wlec. Zawsze korki… co za miasto, ech…
Człowiek, który nigdy się nie odzywał, nie odzywał się i w takich sytuacjach. Przez co pewnie sprawiał wrażenie niegrzecznego. Bo przyjęte jest – chociaż niektórym powinno się wręcz tego zabronić! – że jak się ma język to należy go używać do mówienia. I koniec.

Nie mówienie nie oznacza nie myślenia. Chociaż niektórzy wiążą jedno z drugim. Oznacza nie dzielenie się myślami. Bo nie czuje się takiej potrzeby. Po prostu.
Nie mówienie nie oznacza też nie lubienia. A jednak – wydaje nam się, że wszystko powinno się wyrażać słowami. A niektórym wydaje się, że powinny być one jak najgłośniejsze.

Pewnego razu przed człowiekiem, który nigdy się nie odzywał stanął mały chłopiec. Mały i całkiem sympatyczny.
– Czy wie pan może, która godzina? – zapytał.
Człowiek w milczeniu wskazał mu zegarek. Chłopiec jednak nie umiał odczytać godziny z tego zegarka. Był to staroświecki zegarek z bardzo małymi cyferkami. Popatrzył więc błagalnie na człowieka. Ale człowiek milczał jak zaklęty.
– Nie umie pan mówić? – zapytał chłopiec – lepiej nie mówić niż nie widzieć. Albo nawet nie słyszeć. Mówić wcale nie trzeba. Bo i po co. Ale dobrze jest wiedzieć co inni mają do powiedzenia. I widzieć – dokąd się idzie. I z kim ma się do czynienia. Ale mówienie nie jest potrzebne. A czasami nawet przeszkadza. Kiedy powie się za dużo. Albo coś, czego miało się nie mówić, bo się komuś obiecało. Wtedy to najlepiej by było, żeby język rozbolał. I to tak – żeby już się zawsze to pamiętało…!

Słowotok małego chłopca przerwało nadejście jego babci.
– Prosiłam żebyś nie rozmawiał z obcymi – zwróciła się z wyrzutem do chłopca.
– Przepraszam – te słowa skierowała do człowieka – czy bardzo się panu naprzykrzał?
Człowiek pokręcił tylko głową na znak, że nie naprzykrzał.
A pani spojrzała na niego niechętnie.
– Co za gbur – burknęła nagle pod nosem – dziecko mu przeszkadza.

Człowiek zdziwił się bardzo ale nic nie powiedział. A przecież mógł coś. Na usprawiedliwienie. Bo jej słowa nie były przecież sprawiedliwe.
Jednak nie powiedział nic. Uznał, że to i tak nic nie zmieni. Nie zmieni ludzi i ich dziwactw. Ich plotkarstwa i wścibiania nosa w nie swoje sprawy. Ich złośliwości i czepialstwa.

Sami musieliby dojść kiedyś do tego. Że czasami lepiej się nie odzywać. Albo najlepiej by było, żeby język ich od czasu do czasu rozbolał. I to tak – żeby już się zawsze to pamiętało…

Bajka o małym kreciku

Śnieg spadł i przykrył wszystko grubą pierzynką. Gałęzie krzewów skuliły się i trzęsą lekko. Zimno im ale powietrze jest rześkie i przyjemne. A śnieg jest piękny i błyszczący.
Mały czarny krecik wychylił głowę z niewysokiego kopca. Dookoła było biało i wszystko lśniło. Zupełnie jak w bajce. Przyjemnie było popatrzeć. Ale z drugiej strony łapki marzły mu a na wąsach pojawił się szron.
Z nieba zaczęły spadać grube płatki śniegu. Wirowały w powietrzu i lekko opadały. A potem zamarzały.
– Wracaj do domu – mały krecik usłyszał głos mamy za swoimi plecami – zimno.
– Zimno ale jak pięknie- rozmarzył się mały krecik.
– Wracaj i siadaj do lekcji. Jutro do szkoły.
“Do szkoły …”- powtórzył w myślach mały krecik, smętnie. I zapomniał o płatkach śniegu wirujących swobodnie w powietrzu. Nie lubił tej szkoły. Nie wiedział czy lubiłby inną ale za tą stanowczo nie przepadał. Nauka nie była czymś specjalnie skomplikowanym. Ale cały dzień musiał spędzać w towarzystwie tych, którzy nie byli mu w żaden sposób mili. A mówiąc prościej: nie przepadał za kolegami w klasie. Małe borsuki były wyjątkowo złośliwe. I najchętniej ciągle by żartowały. Dzieci pani Myszy nie były zbyt zdolne i ziewały przez całe lekcje. A małe tchórzofretki były nudne i w kółko wymyślały te same zabawy.

Rano śnieg błyszczał i skrzypiał wesoło. Krecik wędrował przed siebie ostrożnie, żeby nie utknąć w jakiejś zaspie. Nóżki miał krótkie i mogło się tak zdarzyć.
Przed szkołą już czekał na niego jeden z braci borsuków.
– Jesteś wreszcie! – zawołał – mam nadzieję, że pójdziesz z nami po lekcjach pozjeżdżać z górki. Idziemy wszyscy.
– Chyba nie będę mógł- stęknął krecik – kiedy odrobię lekcje?
– Odrobisz później. Szybko ci to idzie – borsuk kopał nogą śniegową zamarzniętą bryłę – zresztą… przecież raz możesz nie odrobić.
Krecik wzruszył tylko ramionami. Nie lubił wygłupów kolegów i ich pomysłów. Zjeżdżać z górki jest przyjemnie ale oni mogliby robić to bez końca. A on wolałby poczytać książkę pod ciepłym kocem. Czy coś w tym złego?

– Przyszli twoi koledzy – mama stała w progu jego pokoju i uśmiechała się  do niego – chcą żebyś poszedł z nimi pobawić się na śniegu.
– Wieeem…- krecik podniósł powoli głowę znad zeszytu – nie bardzo mam ochotę. Czy możesz powiedzieć im, że źle się czuję i wolałabyś żebym został w domu?
– Dobrze – mama spojrzała badawczo – czy wszystko w porządku?
– Mamo – krecik zniecierpliwił się – czy każdy musi lubić zjeżdżanie z górki?

Koledzy lubili krecika. Zawsze pomagał im w lekcjach. Chętnie pożyczał kredki i gumkę do mazania. Był mądry i potrafił wytłumaczyć im wiele rzeczy. Lubili spędzać z nim czas i nie zauważyli, że on za tym nie przepada. Może tylko to, że czasami był poważny kiedy oni turlali się ze śmiechu. Ale kto w takiej chwili zwraca uwagę na miny innych.

Podczas lekcji krecik słuchał zawsze uważnie. Nie odpowiadał na zaczepki kolegów, którzy w tym czasie kręcili się na swoich miejscach i z nudów robili papierowe samolociki. A potem rzucali je do siebie nawzajem kiedy pani wiewiórka zagłębiała nos w książce. Krecik wsłuchiwał się w jej słowa i w głowie układał sobie skomplikowane wzory. Albo wyobrażał sobie dalekie miejsca o jakich opowiadała. Wszystko to wydawało mu się bliskie i przyjazne. I wcale nie nudne.
– Hej – ktoś trącił go łapką – łap!
Papierowy samolocik zatrzymał się na głowie krecika. Wszyscy śmiali się bo wyglądał śmiesznie. I chociaż nie było to bardzo złośliwe krecik poczuł się strasznie głupio.

Pani wiewiórka podniosła głowę znad książki. Zrobiło się cicho ale niektórzy jeszcze nie mogli opanować rozbawienia.
Tak to jest z bardzo młodymi istotami. Jeszcze nie do końca przekroczyły granicę pomiędzy czasem kiedy były bardzo małymi dziećmi a tym, kiedy w niektórych sytuacjach trzeba zachować się dojrzale. Dlatego chcą się śmiać i bawić jakby wciąż siedziały na dywanie pośród zabawek. I chociaż powinny już zachowywać się poważniej to przecież nie można mieć im tego tak całkiem za złe. Bo natura tak to urządziła, że młodość wiąże się ze śmiechem i beztroską. Z jednej strony więc – mogliby zachowywać się należycie. A z drugiej – przecież nigdy już nie będą tak beztroscy jak w latach szkolnych.

– Nie pójdę jutro do szkoły – powiedział krecik patrząc w talerz parującej zupy.
– Dlaczego?- zapytała mama – źle się czujesz?
– Nie najlepiej  – odpowiedział krecik nie podnosząc oczu.

Śnieg przykrył wszystko miękką pierzynką. Lśnił i rozjaśniał wszystko dookoła. Rozjaśniał nawet chmurne oblicza niektórych ponuraków. Dzieci kochają śnieg. Czasami nawet bardziej niż zieleń i słońce. Bo śnieg jest zupełnie  jak magia. Zaczarowany. Piękny i nieuchwytny. Biały bo przeźroczysty. I znika tak nagle jak się pojawia.

– Koledzy w klasie trochę cię denerwują? – mama przysiadła obok na tapczaniku.
– Trochę – odpowiedział niechętnie krecik.
– Wszyscy różnią się od siebie. Jedni wolą książki a drudzy zabawy na śniegu.
– Ja też lubię zabawy na śniegu! – wybuchnął krecik – ale przecież nie można tego robić cały czas! Są jeszcze inne rzeczy. A poza tym… oni nic nie traktują poważnie. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego.
– Śmiech nie jest niczym złym. Niektórzy twierdzą, że śmiech to zdrowie – uśmiechnęła się mama.
– Nic nie rozumiesz – obruszył się krecik – wolałbym już nigdy nie iść do tej szkoły.
– To prawda, że nie wszystko rozumiem – powiedziała mama – ale wiem, że dobrze jest czasami przyjrzeć się sprawom nie tylko z jednej strony …

– Dzień dobry – w progu stały małe borsuki i tchórzofretka – czy krecik jest w domu?
– Jest – odpowiedziała spokojnie mama krecika – ale jest trochę chory. Nie pójdzie z wami pobawić się na śniegu.
– My nie dlatego…- zająknął się jeden z małych borsuków- przynieśliśmy mu lekcje.
– Mamy też cukierki – uzupełniła tchórzofretka – od całej klasy. Z przeprosinami… – spuściła głowę i wpatrywała się w dywanik, który leżał sobie spokojnie w małym korytarzyku norki państwa kretów. Miał w sobie chyba wszystkie kolory tęczy!
– W takim razie zapraszam – powiedziała mama krecika.

Mądrość to nie tylko znajomość faktów i wzorów. Mądrość to też umiejętność patrzenia na pewne rzeczy trochę jakby z góry. Bez zbędnych emocji. I nie tylko z jednej strony.
Mały krecik był jeszcze za mały, żeby taką mądrość posiadać. Ale być może właśnie stanął na początku tej drogi. I będzie nią już  podążał. Bo właśnie przekonał się, że nie wszystko jest takie jakie się nam wydaje. I że do wielu spraw potrzeba dystansu. Bo wtedy wyglądają trochę inaczej.

– Czy jutro pójdziesz do szkoły? – zapytała mama wieczorem.
– Tak. Czuję się już lepiej- odparł krecik.
– Masz miłych kolegów – powiedziała mama a krecik przytaknął i uśmiechnął się do niej.
– Nie są tacy źli – powiedział – tylko trochę inni niż ja. Ale kiedy spojrzeć na nich z innej strony…
Mama uśmiechnęła się.
A kiedy wychodziła z pokoju powiedział jeszcze:
– Jutro po lekcjach pobawię się z nimi trochę, pozjeżdżamy z górki.
– Dobrze – odpowiedziała mama i poszła do swoich spraw. Mama zawsze ma ich dużo. A niektóre wcale nie różnią się od spraw małego krecika.
Ale mama potrafi  zawsze spojrzeć na nie nie tylko z jednej strony. I może dlatego tak często się uśmiecha.

Szary Dzień

Pewnego razu Dzień wstał w bardzo złym humorze. Nie uczesał się i chmurne miał oblicze. Przywdział szary płaszcz i znoszone buty. Usiadł i podparł głowę na dłoniach. Zupełnie jakby całą noc nie spał.
W taki dzień wszystko wydaje się dużo trudniejsze niż jest. A niektóre rzeczy wręcz nieosiągalne. Taki dzień to jest gorszy od ciemnej nocy. Ją można od biedy przespać. Ale co zrobić z takim ponurakiem?

Rok ma 365 dni. Właśnie tyle i już. Każdy z tych dni jest nieco inny chociaż na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. W końcu są dziećmi tego samego Roku.

Kiedy ma się do dyspozycji 365 dni to niesłychane bogactwo. Każdego dnia można zaczynać od nowa. Każdego dnia można coś naprawić. Każdego dnia można coś zepsuć. Albo zmienić bieg wydarzeń. Jeśli tylko tego się chce.

Ponury Dzień podniósł na chwilę głowę. Rozejrzał się z miną smętną. Pokręcił głową niezadowolony. Podrapał za uchem. W końcu podniósł się i owinął szczelniej szarym płaszczem. Zaparzył kawę i posłodził. Bo dzisiaj miał akurat ochotę na słodką. Zmrużył oczy jak kot – ciepła kawa zaczęła płynąć powoli w jego żyłach.
A w głowie usłyszał muzykę. Lekką jak motyl i radosną jak ptaki wiosną. Odchrząknął głośno, żeby zagłuszyć ją nieco. Nie miał nastroju i już. Nie zamierzał tego zmieniać.

– Rusz się… – ściany szeptały mu do ucha – wyrzuć ten stary płaszcz…
Podnieś głowę. Tyle mógłbyś dokonać! Słyszysz muzykę, która gra ci w sercu? – tak mu ściany szeptały do ucha.
– A kysz! – fuknął Dzień w kierunku szeptów.
Z potarganymi włosami i miną kwaśną jak cytryna wyjrzał przez okno. Pogoda była marna. Szarość wszędzie. Smutek i nuda.
– Nie mam zamiaru wychodzić z domu! Będę spał albo jadł cały dzień! – krzyknął do ścian. I skulił się w swoim szarym płaszczu w kącie pokoju.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Całkiem ciche ale stanowcze. Nie znoszące sprzeciwu.
– Co u licha? – żachnął się Dzień – nie jestem w nastroju.

Za drzwiami stała mała dziewczynka. Ze śmiesznymi warkoczykami. Drobna i niska. Popatrzyła na Dzień wielkimi oczami a potem uśmiechnęła szeroko.
– A ja wiem! – zawołała – i wszystkim opowiem!
– Co takiego wiesz? – Dzień aż cofnął się zdumiony.
– Wiem jakiego koloru masz koszulę. Pod tym szarym płaszczem!
– Jaką koszulę…? Skąd wiesz!? Skąd możesz wiedzieć???
– Wszystkim powiem! Albo sam zdejmiesz zaraz ten brzydki szary płaszcz. I stare buty!!! I pobawisz się ze mną!
Dzień stał i patrzył na srogą minę małej dziewczynki. A muzyka w jego głowie zagrała jakby głośniej. I coś w nim zmiękło nagle jakby…
Zupełnie zapomniał. O tym, że każde dziecko wie. I jeśli tylko zechce to głośno to powie. I na nic owijanie się tym płaszczem. I nieuczesana głowa.
Bo jego koszula jest w każdym kolorze tylko nie w szarym. Jest raczej jak patchwork, w którym są wszystkie barwy. A najwięcej takich jakich kto tam chce. Są też wzory i ciapki. I kolorowe obrazy. Wystarczy rozchylić nieco poły płaszcza i od razu widać…
Szara to może być mysz. Ale nie Dzień. Każde dziecko dobrze to wie. Bo dzień może być taki jaki kto tam chce. I nie tylko ten Dzień ale każdy. Czy to pierwszy czy ostatni z rzędu. Każdy z 365 dni Roku. Bo tyle ma ich Rok. Właśnie tyle – aż tyle! … I już.

 

 

Nowe buty

Pewnego razu pewien człowiek kupił sobie nowe buty. Najpierw długo szukał. Bo lubił buty wyszukane. I inne rzeczy też. Nie takie jak wszyscy mają. To nuda. Tylko wyjątkowe! Nic w tym złego. Po prostu niektórzy nie lubią się wyróżniać i wyglądać inaczej. A inni właśnie tak. To nie zarozumialstwo. Ale odrobina fantazji, która jest jak przyprawa do życia. Żeby nie było mdłe i nudne.
Ten człowiek nie lubił nudy. Lubił kolory i desenie. I wcale się ich nie bał.
W dodatku musiały być wygodne. Koniecznie! Bo ten człowiek dużo chodził a czasu miał zawsze mało. Śpieszył się bardzo każdego dnia w różne ważne miejsca i buty musiały być jak ulał!
Przymierzył naprawdę wiele par butów zanim trafił na te właśnie. Trochę się przy tym nachodził i naoglądał. Ale było warto. Bo w końcu znalazł buty, które wydawały się idealne!
Już na pierwszy rzut oka  wyglądały na wyjątkowe. Ciemno zielone, na czarnej podeszwie. I przeszyte czerwoną nitką. Miękkie i wygodne ale solidnie zrobione. Dopasowane idealnie. Jakby szyte na miarę.
Kiedy człowiek podszedł do kasy z pudełkiem z ciemno zielonymi butami w dłoniach, sprzedawca spojrzał na niego dziwnie jakoś. I zapytał:
– Czy na pewno te buty będą dobre dla pana?
– Są idealne! Takich szukałem.
– Takich- czyli jakich? – zapytał sprzedawca zupełnie niespodziewanie.
– Takich oryginalnych! – odpowiedział człowiek, nieco zdziwiony tymi pytaniami.
– Są oryginalne… – sprzedawca pokiwał głową – jeszcze jak.
– Właśnie – uśmiechnął się człowiek a ponieważ zawsze się dokądś spieszył dodał – chciałbym już zapłacić.
– Proszę bardzo -odpowiedział sprzedawca. A potem nachylił się w kierunku człowieka i powiedział półgłosem:
– Jeśli będzie pan chciał je zwrócić proszę przyjść w ciągu dwóch tygodni. Potem…będzie za późno…
Zabrzmiało to bardzo dziwnie i  wiele osób na miejscu tego człowieka zwróciłoby na to uwagę. Ale on był tak bardzo zadowolony z zakupu – i tak bardzo się śpieszył – że zupełnie to zignorował.

Człowiek wrócił do domu z pudełkiem nowiutkich butów. Postawił pudełko w przedpokoju i poszedł do kuchni. A że to już było późne popołudnie, zajął się sprawami domowymi. Nachodził się tyle za nowymi butami, że tego dnia już nigdzie nie zamierzał wychodzić. Jutro wyruszy z samego rana.

Nazajutrz rano wstał wcześnie bo miał do załatwienia kilka ważnych spraw. Umył się i ubrał. Pośpiesznie zjadł śniadanie. A potem poszedł do przedpokoju, żeby ubrać płaszcz i buty… Ale co to? Dziwne. Przecież wczoraj nie wyjmował butów z pudełka! Postawił pudełko na podłodze i poszedł do kuchni. No przecież… na pewno!
Tymczasem buty stały tuż przy drzwiach, jeden obok drugiego, jakby tylko czekały aż ktoś otworzy im drzwi.
– Mhm…- człowiek podrapał się po głowie i powiedział głośno do samego siebie – bo ludzie w chwili kiedy są bardzo zdziwieni mówią tak sami do siebie. To mniej więcej to samo jak kiedy się szczypią , żeby sprawdzić czy im się nie śni: a może wczoraj byłem tak zmęczony, że nie pamiętam jak je wyjmowałem?
No tak. To było jakieś wytłumaczenie. Jedyne sensowne. Przecież buty same nie mogły wyjść z pudełka. Prawda…???

Pogoda tego dnia była bardzo przyjemna. W sam raz na spacer. Ale kto ma czas na spacer? Trzeba pójść do urzędu, załatwić kilka papierkowych spraw. A potem do banku – i tam podpisać kilka dokumentów. I do apteki po witaminy i syrop, bo w domu nie ma już ani kropelki. I tak minie pół dnia. A potem jeszcze tyle innych spraw, że na spacer na pewno nie starczy już czasu.

Do urzędu droga była prosta. Trzeba tylko podjechać cztery przystanki tramwajem. Dwunastką. A tymczasem nadjeżdża dziesiątka. Która skręca o tu, zaraz. Ale co to? Nagle człowiek zupełnie nie wiadomo dlaczego rusza z miejsca i wchodzi po dwóch szerokich schodkach do tej dziesiątki, która wcale nie jedzie do urzędu!
Zdziwiony wygląda przez okno i patrzy na domy, które mijają. I na taki żółty, przy którym tramwaj skręca a potem jedzie w dół urokliwą brukowaną uliczką i dalej przez inne ulice.

Po kilku przystankach, zupełnie niespodziewanie dla niego samego, człowiek wysiadł z tramwaju. Co to za okolica? Czy był tu już kiedyś?
Ależ tak! Poznaje! Ten szary budynek, przy parku… to jego dawna szkoła. Był wtedy bardzo młody. Z kolegami biegli po lekcjach do tego parku, żeby pograć w piłkę. Dobre czasy… Człowiek zatrzymał się – a zwykle tego nie robił – i wpatrywał w znajome miejsca z rozrzewnieniem.

No ale trzeba wracać. Do urzędu już nie zdąży. Ale do banku jeszcze chyba tak.
Ale i do banku nie dał rady dojechać. Za to wszedł do kawiarni, w której kiedyś pijał kawę i czytał książki  przed zajęciami na uczelni. A potem zajrzał jeszcze do biblioteki, w której kiedyś spędzał tyle czasu. Zapach książek pozostał ten sam, po tylu latach…
Wrócił do domu zupełnie rozkojarzony. Pełen wspomnień. Zapomniał o urzędzie i banku. Zdjął płaszcz i buty i schował wszystko do szafy w przedpokoju. Dziwny to był dzień…

Rano wstał z lekkim bólem głowy. Czyżby był chory? Całkiem możliwe bo wczoraj zachowywał się przecież dziwnie. Ale dzisiaj musi załatwić ważne sprawy. Nie ma czasu na wycieczki po mieście!!! Co mu strzeliło do łba?
Jednak sytuacja wyglądała podobnie jak wczoraj. Buty stały gotowe do wyjścia przy drzwiach. Tak jakby wczoraj nie chował ich do szafy. A człowiek zamiast do urzędu trafił do cukierni, do której zabierała go mama kiedy był małym chłopcem. A zamiast do banku i apteki – na kręgielnię, gdzie bywał z tatą jako nastolatek.
A kolejnego dnia znowu podobnie…

Codziennie nie wiadomo w jaki sposób trafiał w różne miejsca, w które wcale się nie wybierał. A miejsca te przywoływały wspomnienia, radość i smutki, szczęście i niepokój. Ale nie było to nie miłe. Wszystko to dziwiło go i cieszyło zarazem.

Któregoś dnia człowiek wbrew swoim planom znalazł się w parku, do którego już tak dawno nie zaglądał. Było tu pięknie, zielono i spokojnie. Ławeczki z oparciami w kształcie muszli ślimaka. Starodawne latarnie. Miał pójść do warzywnego ale zrobi to później. Taką miał przynajmniej nadzieję. Nie zaszkodzi poodychać świeżym powietrzem i odpocząć na ławeczce. Człowiek usiadł i oddał się wspomnieniom. Zrobiło mu się ckliwie na duszy. Jego myśli odleciały do czasów, kiedy był małym chłopcem i biegał za piłką. A potem zajadał się słodkimi ciastkami z ulubionej cukierni. Dawno o tym zapomniał a przecież czyż to nie był on? W krótkich spodniach i z za długą grzywką. Pełen radości i ciekawości świata. Nigdzie się wtedy nie śpieszył. I teraz też przecież chyba może chwilkę posiedzieć na ławce.

Nagle z zadumy wyrwał go głos tuż obok.
– I jak spisują się nowe buty? Czy nadal są odpowiednie dla pana?
Na ławce przysiadł sprzedawca ze sklepu z obuwiem, który najwidoczniej wybrał się dzisiaj na spacer. Pogoda była piękna nie było   więc w tym nic dziwnego.
– Proszę pamiętać, że na zwrot ma pan tylko dwa tygodnie od zakupu. A zdaje się, że kilka dni już minęło…
– i sprzedawca nie czekając na odpowiedź odszedł, uśmiechając się dziwnie pod nosem.
Człowiek oprzytomniał. Buty!!! Ach więc to one! To nie z nim dzieje się coś dziwnego. To te buty!!!
Spojrzał na nie. Wyglądały szykownie na nogach. W pięknym kolorze. I takie wygodne. Niewiniątka!!!

Chodzenie w miejsca, w które nie planowało się pójść może być irytujące. Sprawy do załatwienia w urzędzie, banku czy innym miejscu pozostały nadal nie załatwione. Ale jak widać – świat się nie zawalił od tego. Jeszcze zdąży się je załatwić. A za to w duszy człowieka ożyła jakaś dawno milcząca struna. Mając na nogach te niezwykłe buty w krótkim czasie odwiedził tak wiele zapomnianych niezwykłych miejsc. A jednocześnie zwolnił tempo. Nagle ten ciągły pośpiech, który wydawał się nieodłącznym elementem jego życia, wydał mu się zupełnie bezcelowy.

Kiedy następnego dnia rano człowiek zobaczył buty stojące przy drzwiach i gotowe do wyjścia zatrzymał się przy nich.
– No dobra… – powiedział powoli – widzę że macie już plan na dziś. Bardzo jestem ciekaw jaki. Ale od czasu do czasu będziemy chodzić tam, gdzie ja chcę.

Wkrótce dwa tygodnie minęły i było już za późno na zwrot butów. Ale człowiek nie zamierzał wcale ich zwracać. Przez te dwa tygodnie dużo myślał. Wróciło do niego tyle wspomnień. A z nimi marzenia, które miał.  Nie zamierzał już wracać do tego jak żył zanim kupił ciemno zielone buty przeszyte czerwoną nitką.
Nie zamierzał już pędzić przed siebie zapominając o tym co zostawia za sobą. Chciał każdego dnia budzić się nie wiedząc dokąd zaniosą go buty. I wychodzić z domu w swoich bardzo niezwykłych butach jak mały chłopiec – podekscytowany i gotów na przygodę czekającą za każdym rogiem.
I teraz już wiedział co miał na myśli sprzedawca kiedy mówił o tym, że może być już za późno. Przez dwa tygodnie stał się trochę innym człowiekiem a tamten człowiek, który ciągle się śpieszył zniknął bezpowrotnie. Miał dwa tygodnie na to, żeby go zatrzymać. Ale na  szczęście – teraz było już na to za późno.

Dom przy pewnej ulicy

Pewnego razu, w pewnym mieście, przy pewnej ulicy stał sobie różowy dom. Niewielki dom mieszkalny. W kolorze kremu z ptysi. W kolorze płatków róż. W kolorze truskawkowych lodów.
Cały różowy.
Dziwne, prawda?
Domy zazwyczaj są w zupełnie innych kolorach. Raczej niechętnie się wyróżniają. A w różowym kolorze to może być tort. Albo sukienka. Albo – niech już będzie – damski rower z fantazyjnie wygiętą ramą, jakby na kształt szyji łabędzia. Ale dom? Cały różowy??? Wielka rzadkość. Zwariowany pomysł! Brak smaku.
Chociaż może akurat ze smakiem miał coś wspólnego? Może właściciel jest cukiernikiem? I lubi kolor różowy? Bo kojarzy się z lukrem, kremem, słodyczami z dzieciństwa. Truskawkami z bitą śmietaną i nadzieniem truskawkowym w mlecznej czekoladzie …
Kto wie czym kierował się ten, kto zadecydował o takim właśnie kolorze domu.

Na tle innych domów ten od razu rzucał się w oczy. W każdą pogodę. O każdej porze roku. Na tle szarości,
beżu i bieli. I przybrudzonych dachówek. Różowy dom był jak… jak… jak plama na obrusie! Jak pryszcz na nosie! Albo może… jak lekki i różowy obłoczek miękkiej pianki w kubku czarnej kawy?

Ludzi drażnił trochę ten dom. Pokazywali go sobie palcami. Szeptali o nim. I chichotali czasami.

Czy różowy dom był brzydki? Czy różowy kolor jest brzydszy od beżowego? Czy może jest całkiem na odwrót?
No… ale nie o to przecież chodzi. Nie o spór o kolory. Nie o wyższość różu nad beżem czy błękitu nad szarością … Tylko o to, że nie pasował. Po prostu.
Ale do czego nie pasował? Ano … nie pasował do reszty. Do tych wszystkich szarych, beżowych i białych z przybrudzoną dachówką domów wokół. Nie pasował i tyle.

Czasami tak jest. Że się nie pasuje. Nie przystaje do reszty. Tylko, że gdyby dom był w kolorze zielonym to może to niedopasowanie nie byłoby aż takie. Albo choćby pomarańczowy. Ale różowy… to już skrajność jakaś.

Część mieszkańców postanowiła nawet udać się do burmistrza. Żeby zrobił z tym porządek. Bo tak być nie może, że ktoś tak bardzo odstaje.

Burmistrz był spokojnym człowiekiem. Nie czepiał się nikogo. Ale skoro ludziom się nie podoba to może trzeba coś z tym zrobić.
Ale co? Wyburzyć?! Czy przemalować? Przekonać cukiernika, że miejsce lukru jest w cukierni? I że różowy to może być raczej tort? Ale nigdy dom!
Albo może lepiej – ten burmistrz był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, co zdarza się niestety bardzo rzadko – może lepiej po prostu się odczepić? I zająć swoimi sprawami. Swoim życiem. Swoim domem. Lub czymkolwiek.
A cukiernik niech sobie mieszka w tym swoim różowym domu. To taki miły człowiek. I piecze naprawdę pyszne ciasta.
A że ma różowy dom…
A komu to przeszkadza???

Kolczasty dzień – czyli: czy krasnoludki są na świecie?

Czy krasnoludki są na świecie?? Co za pytanie! Są, były i będą! Zawsze…
Pewnego razu Memo wstał w bardzo złym nastroju. W nocy przyśniło mu się to niedorzeczne pytanie i może od tego się zaczęło. Wszystko go denerwowało. Macie czasami takie dni? Wszystko i wszyscy są przeciwko nam. Miałoby się ochotę wsiąść do statku kosmicznego i opuścić na zawsze tę planetę. Może gdzieś daleko jest miejsce, w którym każdy dzień jest pełen dobrej pozytywnej energii i wszystko zawsze układa się tak jak powinno? Może. Memo miał taką właśnie nadzieję.
Wsiąść do statku kosmicznego… łatwo powiedzieć ale skąd go wziąć?
– Nad czym tak myślisz- Delicjusz stanął tuż obok. Memo w ogóle nie zauważył kiedy przyszedł.
– Chciałbym czasami stąd uciec – Memo westchnął i spojrzał na Delicjusza. Czapka przesunęła mu się śmiesznie na bok. Wyglądał zabawnie. Zawsze tak wyglądał. I potrafił rozweselić każdego.
– Słuchaj Memo – powiedział nagle – mam pomysł!
Ooo! Pomysły Delicjusza bywały różne. Zwykle niezbyt mądre. Chociaż czasami ciekawe.
– Twoje pomysły nie uratują dzisiejszego dnia. Chyba już nic go nie uratuje – Memo spojrzał smętnie w okno – świat jest dzisiaj kolczasty jak jeż. Lepiej nawet nie wychodzić z domu.
– A właśnie, że wyjdziemy!- krzyknął Delicjusz i Memo aż podskoczył od tego okrzyku – zabieram cię Memoriuszu do obserwatorium mojego wuja. Może pozwoli nam spojrzeć przez lunetę. I poszukać lepszej planety dla ciebie.
Delicjusz mrugnął porozumiewawczo i szturchnął w bok kolegę.
Memo i tak nie miał nic innego do roboty.
Wuj Delicjusza był starym i mądrym krasnalem. Całe dnie obserwował gwiazdy i planety. Zbudował w tym celu całe obserwatorium. Ale nikomu nie pozwalał zbliżać się do urządzeń, które tam stały. Twierdził, że i tak niewiele ktokolwiek z tego zrozumie. A bezmyślnie gapić się w gwiazdy to każdy krasnal może równie dobrze leżąc na łące.
Delicjusz nie interesował się za bardzo gwiazdami. Ale chciał jakoś rozweselić kolegę. Wiedział, że Memo lubi niezwykłe rzeczy. Zwykłymi w ogóle nie zaprzątał sobie głowy. Nie rozmyślał o tym co powinien zjeść na śniadanie albo jaka będzie pogoda. Za to zajmowało go bardzo obserwowanie owadów i zbieranie różnych roślin. Miał w mieszkaniu całe sterty zielników, które sam zrobił.
Memo był kimś kogo mogły zainteresować gwiazdy.  Zwłaszcza dzisiaj.

Obserwatorium wuja Delicjusza mieściło się na skraju wioski krasnali. Wąskimi schodami szło się na sam szczyt pnia brzozy. A na szczycie wybudowano owalny domek, cały przeszklony. W środku znajdowało się mnóstwo bardzo dziwnych urządzeń i przedmiotów. Można było oglądać przez nie gwiazdy i planety w naprawdę dużym przybliżeniu. A resztę sobie wyobrazić lub dopowiedzieć. Albo obliczyć jeśli ktoś ma takie umiejętności.
To może wydawać się mało ciekawe- patrzeć na gwiazdę oddaloną tysiące lat świetlnych i już nie istniejącą. Ale kiedy już się zacznie, kiedy tylko myśl poleci tam wysoko, to wcale nie chce się  stamtąd wracać.

– Lubisz obserwować? – zapytał wuj Delicjusza patrząc na Memo znad okrągłych drucianych okularków, które wyglądały trochę jak mały rowerek, który zupełnie nie wiadomo dlaczego znalazł się na nosie krasnala.
– Lubię – odpowiedział Memo – lubię znajdywać odpowiedzi.
– Nie na wszystko jest odpowiedź – wuj Delicjusza uśmiechnął się lekko – ale szukać zawsze warto. Spójrz, widzisz tę jasną planetę po prawej? To planeta karłowata. Jedna z bardzo wielu krążących po orbicie Słońca. Ale jest planetą tylko z nazwy. Tych obiektów nie zalicza się do planet. I właściwie co za różnica? Co za różnica czy się zalicza czy nie? Jest tam, widać ją wyraźnie. My sobie obserwujemy, nadajemy nazwy, określamy masę.  Według naszej wiedzy a nie żadnej innej. Kto wie… a gdybyśmy stamtąd patrzyli na Wszechświat? Wszystko wyglądałoby inaczej?
I wuj Delicjusza spojrzał w niebo, które było niebieskie jak chabry. I w ogóle nie było tam widać gwiazd ani planet. Wszelkie zniknęły w oślepiającym świetle słońca, którego rządy tam wysoko są niepodważalne.
Wuj Delicjusza był naprawdę mądrym krasnalem.

Memo podszedł do największej lunety stojącej przy oknie. Zajrzał ostrożnie w okrągły otwór.
Najpierw bardzo się zdziwił bo cały Wszechświat jakby przewrócił się do góry nogami. Ale właściwie czy Wszechświat ma nogi? Czy ma górę albo dół? Czy względność wszystkiego nie jest najlepszą i jedyną sensowną odpowiedzią – na wszystko?
Wysoko, hen wśród ciemnych odłamków wirujących w pozbawionej zbawiennej grawitacji przestrzeni, planety krążyły wokół Słońca.
Była tam i planeta karłowata- niezbyt duża ale dobrze oświetlona. I gwiazdy, które zakończyły swój żywot dawno temu. Co można powiedzieć o ich realności?
Nagle coś zwróciło uwagę Memo. Był dobrym obserwatorem. Żaden szczegół nigdy mu nie umykał. Ani nieprawidłowość w poukładanym świecie przyrody.
Jedna z planet była całkiem zielona. Memo wpatrywał się w nią tak mocno, że nagle sięgnął wzrokiem aż do jej nierównej powierzchni. A potem zobaczył kratery – większe i mniejsze. A pomiędzy nimi kręte drogi. Na jednej z nich jakiś pojazd poruszał się przed siebie. Z prędkością, której nie sposób ustalić z takiej odległości. Dziwne, że w ogóle można go dostrzec. Luneta wuja Delicjusza musiała mieć naprawdę nie lada zasięg.
Nagle pojazd zatrzymał się i wysiadły z niego dwie postacie. Szczupłe i całe zielonkawe – jak planeta, na której się znajdowały. Memo zdawało się, że słyszy ich głosy.  Chociaż przecież to nie było możliwe. Jednak do jego uszu wyraźnie dobiegła rozmowa prowadzona w języku, który rozumiał dobrze:
– Kiepsko dzisiaj spałem.
– Znowu źle spałeś? Według mnie – zdecydowanie za dużo myślisz.
– Nie masz czasami dosyć tego miejsca?
– Nigdy o tym nie myślałem. Chodźmy lepiej w jakieś fajne miejsce. Mam już nawet pomysł.
– Chyba żaden pomysł nie uratuje dzisiejszego dnia.  Świat wydaje mi się dzisiaj kolczasty jak jeż. Najchętniej zaszyłbym się gdzieś i nie wychodził stamtąd.
– Dzisiaj niebo jest całkiem przejrzyste. Mój wuj kupił nowe urządzenia do obserwacji. Chodźmy do niego.
– Nie wiem czy mam ochotę…
– Przecież lubisz obserwować to co nas otacza. Może dostrzeżesz w końcu coś ciekawego. Może znajdziesz dla siebie lepsze miejsce we wszechświecie, he he…
– Bardzo wątpię. Jedynie dalekie gwiazdy i planety, na które i tak nie mógłbym się przenieść. Bo nie ma tam warunków do życia. Czasami tak bardzo miałbym ochotę uciec stąd daleko. Tam jednak nic nie ma. I najlepsze urządzenie do obserwacji tego nie zmieni.
Dwie zielonkawe postacie wędrowały przed siebie po krętej drodze wśród kraterów.
– Memo, Memo!- Delicjusz krzyczał mu prosto do ucha – chodźmy już. Jestem głodny.
– Ale tam… – Memo wskazał na lunetę szukając wzrokiem wuja Delicjusza.
– Tam nic nie ma, co?  -uśmiechnął się stary krasnal- wiem, wiem… można oczy wypatrzeć!
I zaraz dodał:
– Idźcie lepiej pobawić się gdzieś indziej. Nic tu po was.
Zanim Memo zdążył coś powiedzieć znaleźli się za drzwiami, na wąskich  schodach.
Kiedy byli już prawie na dole Memo przytrzymał Delicjusza za ramię i powiedział szybko:
– Idź, ja cię dogonię. Zapomniałem coś zabrać – i pobiegł do góry.
– Tylko szybko! – krzyknął za nim zrezygnowany Delicjusz- w brzuchu mi burczy.
Memo wpadł do obserwatorium zasapany:
– Chciałem tylko zapytać… – próbował złapać oddech – upewnić się…
– Czy krasnoludki są na świecie?? – wuj Delicjusza odwrócił się powoli i uśmiechnął do niego – co za pytanie? Są, były i będą! Zawsze… A jeśli ktoś dotąd ich nie zobaczył to przecież nie dlatego, że ich nie ma. Tylko widocznie za mało się o to starał.
A potem zamyślił się na chwilę i dodał powoli:
– Albo wcale nie patrzył…
Stary mądry krasnal spojrzał na Memo i mrugnął jakby porozumiewawczo. Albo tak tylko zdawało się Memo.
– Leć już Memo, bo Delicjusz umrze z głodu. To świetny krasnal. Zawsze umie wszystkich rozbawić i zatroszczyć się o innych.

– Tak – Memo przytaknął- to dobry przyjaciel.
– Właśnie. I wiesz co – wuj Delicjusza zawiesił głos i spojrzał na niego uważnie – i tego się trzymaj mój drogi.
A potem stary mądry krasnal  oddalił się w głąb swojego niezwykłego obserwatorium.

Memo schodził po schodach i czuł się lekko. Zły nastrój minął i wszystko znowu miało sens. Na dole czekał na niego przyjaciel – najprawdziwszy na świecie.  Czy ktoś w to wierzy czy nie. A co do wątpliwości… na wszelkie pytania wątpiących najlepszą i jedyną sensowną odpowiedzią jest względność wszystkiego i fakt, że nie na wszystko jest odpowiedź.
Gdzieś tam w górze teraz dwie zielonkawe postacie wędrowały pewnie przed siebie po krętej drodze wśród kraterów. Były tam niezależnie od tego czy ktoś na nie patrzył czy nie. I oby ich przyjaźń była tak dobra jak jego z Delicjuszem.
Stary krasnal – wuj Delicjusza – dobrze wiedział co mówi.

Magiczny kapelusz

Pewnego razu, daleko stąd, dawno temu… żył sobie bardzo ubogi człowiek. Nie miał prawie nic. Coś tam jednak miał. Miał dwa buty, spodnie i koszulę, szary ciepły płaszcz i brązowy kapelusz. I to właściwie było wszystko.
Człowiek ten niewiele jadł- tyle tylko ile potrzeba aby przeżyć. A to jest naprawdę niewiele. Niewiele pił. Tyle tylko ile potrzeba, żeby nie czuć pragnienia. Niewiele spał. Tyle tylko ile potrzeba, żeby nabrać sił przed kolejnym dniem.

Do życia naprawdę nie potrzeba wiele. Zastanówcie się. Żołądek pełen, nie czuć pragnienia ani chłodu. Jeśli do tego nic nie boli – wystarczy. Resztę można dostać od życia za darmo. Spacer po parku – nic nie kosztuje. Siedzenie na ławce w słońcu lub w cieniu – też nic. Wyobrażacie sobie??? Nikt z nas nie musi za to płacić! Płatki śniegu na języku- za darmo! Zapach kwiatów- całkiem gratis… Rozmowa z przyjacielem-bez opłat. Piękne chwile z pięknymi ludźmi- wartość bezcenna i… całkowicie darmowa. Jeśli tylko się chce i umie tak żyć.

Dlatego właśnie ten biedny człowiek wcale nie czuł się biedny. A w dodatku wcale na biednego nie wyglądał. Jego ubrania zawsze były czyste i leżały na nim dobrze. A jego twarz była pogodna.
Często spacerował ulicami i zaglądał w witryny sklepów.  Było tam mnóstwo pięknych rzeczy i można było na nie patrzeć- zupełnie za darmo!
Brak chęci posiadania tych rzeczy uważał za wielki dar, który otrzymał od losu. To taki rodzaj wolności, bezcennej.

Ten człowiek miał jeszcze jeden wielki dar. Potrafił opowiadać niesamowite historie. Pełne niezwykłych stworzeń, elfów, wróżek. Potworów i gadających roślin.
Pełne dalekich krajów i szalonych przygód. Tak jakby w jego głowie, pod brązowym kapeluszem mieszkały wszystkie te niesamowite stworzenia i codziennie przeżywały nowe przygody. Jakby płynęły pod nim rzeki i wyrastały góry. Jakby toczyło się tam życie pełne magii i czarów.
Pewien mały chłopiec codziennie przybiegał do parku, żeby posłuchać tych opowieści. Słuchał i słuchał. A potem śniły mu się one w nocy.  I chciał do nich wracać wciąż i wciąż.

Brązowy kapelusz był dla człowieka najcenniejszą z niewielu posiadanych rzeczy. Piękny, czekoladowo-brązowy. Z czarną karbowaną tasiemką wokół. Magiczny? Wyglądał na zupełnie nowy. Nosił go zawsze na głowie a głowę nosił wysoko. Co nie oznaczało, że czuł się lepszy od innych. Ale to, że nie czuł się od innych gorszy.
Kiedy ktoś spotykał tego człowieka w jego szarym płaszczu i czekoladowym kapeluszu nie mógł odgadnąć, że to jakiś biedny człowiek. Dopiero po dłuższej obserwacji mógł dostrzec, że ma na sobie jedyne ubranie jakie posiada. Spodnie, koszulę i dwa buty.
Szary ciepły płaszcz i kapelusz, który wyglądał zupełnie jak nowy.

Ponieważ człowiek nigdy nie rozstawał się ze swoim kapeluszem, po okolicy zaczęła krążyć plotka, że w kapeluszu zaszyty jest skarb. Drogocenny kamień lub coś w tym stylu. No bo jeśli ktoś jest taki zawsze zadowolony mimo bardzo skromnego życia to przecież nie może być prawdą, że jest biedny. Kto by uwierzył, że można cieszyć się słońcem, deszczem albo brakiem chęci posiadania czegokolwiek? Kto by uwierzył, że wolnością jest nic nie posiadać i cieszyć się chwilą? No?! Nikt by w to nie uwierzył!

Różne typki spod ciemnej gwiazdy zaczęły interesować się człowiekiem w brązowym kapeluszu. Niektórzy próbowali go nastraszyć i zmusić, żeby oddał kapelusz. Inni udawali przyjaciół i próbowali zdobyć go podstępem. Ale człowiek pilnował kapelusza jak pilnuje się najcenniejszego skarbu. Czym tylko podsycał pragnienia rzezimieszków.

W końcu komuś się udało! Kapelusz zniknął – nie wiadomo kiedy i gdzie.
Biedny człowiek posmutniał. Nadal spacerował ulicami i zaglądał w witryny sklepów. Nadal siadał na ławkach w parku. Ale czegoś brakowało.
Zgarbił się jakoś. Zmienił wyraz twarzy. Smutny był i przygnębiony. Jakby bez kapelusza był trochę innym człowiekiem. A w dodatku zupełnie przestał opowiadać swoje niezwykłe historie. Jakby opuściła go cała pogoda ducha i wyobraźnia.

Tymczasem złodziej zawiódł się bardzo. W kapeluszu nie było żadnego skarbu. Ani drogocennych kamieni ani pieniędzy zaszytych pod czarną karbowaną wstążką. Nic kompletnie! Ze złością kopnął więc kapelusz a potem wyrzucił.

Kapelusz toczył się pustą alejką w parku.
I tak wpadł w ręce małego chłopca, który podniósł go, otrzepał z piasku i zaniósł biednemu człowiekowi.
– Proszę- powiedział chłopiec- twój kapelusz.
Biedny człowiek rozpromienił się na widok kapelusza. Oglądał go ze wszystkich stron jakby jeszcze nie był pewien czy to na pewno ten.
– To mój kapelusz- powiedział w końcu – z całą pewnością.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Założył kapelusz na głowę i poprawił. Wyprostował się i znowu wyglądał jak dawniej.
– Dlaczego ten kapelusz jest taki ważny dla ciebie? – zapytał mały chłopiec – przecież to … tylko kapelusz.
Zupełnie zwyczajny.
– Nie jest zwyczajny – człowiek uśmiechnął się tajemniczo – jest absolutnie nadzwyczajny!
– A co w nim takiego nadzwyczajnego? – dopytywał chłopiec.
– Nikomu nie powiesz? – zapytał człowiek rozglądając się – ten kapelusz to mój największy skarb. Dzięki niemu jestem tym kim jestem.  A to coś najcenniejszego na świecie.
– Ale przecież jesteś tylko biednym człowiekiem – powiedział chłopiec niepewnie.
– Nie jestem biedny- uśmiechnął się człowiek – nie mam tylko pieniędzy. Mam za to coś dużo bardziej wartościowego…
Biedny człowiek zdjął kapelusz z głowy i odwrócił dnem do góry. A potem zachęcił chłopca żeby zajrzał do środka.
Czegoś takiego chłopiec nie widział nigdy dotąd! Kapelusz w środku wyglądał jak kolorowa mapa. Różniła się jednak od zwykłych map. Góry na tej mapie były wysokie, z poszarpanymi grzbietami. W rzekach płynęła woda- zimna i rześka. A w wodzie pływały ryby. I ryby te były różnokolorowe. Ich łuski błyszczały w słońcu jakby były ze szlachetnych metali i drogocennych kamieni.
Na mapie w niezwykłym kapeluszu były też wsie i miasteczka. Zaludnione przez niezwykłe stworzenia. Niebieskie, zielone i seledynowe. Z długimi rękami i nogami. W lasach, które rozciągały się pomiędzy miasteczkami i wsiami żyły prawdziwe wróżki i elfy. A lasy były zielone i pachniały żywicą. Wszystko to było niezwykłe i zupełnie nieprawdopodobne.

Człowiek w brązowym kapeluszu wędrował codziennie ulicami.  Siadywał w parkach i cieszył się słońcem. Cieszył się też deszczem i śniegiem. A kiedy tylko ktoś chciał słuchać opowiadał niezwykłe historie. Takie, które potem śnią się po nocach. Do których tęskni się i chce wracać wciąż i wciąż.
A pewien mały chłopiec nigdy nie miał dosyć tych opowieści. I zawsze przybiegał, żeby ich posłuchać. I słuchał ich z zapartym tchem.

Niestety mali chłopcy zazwyczaj nie umieją utrzymać języka za zębami. I nie ma to wcale związku z ich wolą, która zawsze jest dobra. Po prostu czasami fajnie jest podzielić się z kimś tajemnicą.
Wieść o niezwykłym kapeluszu rozeszła się więc po okolicznych uliczkach i zaułkach.
– Taki kapelusz to skarb – złodzieje z okolicy znowu uwzięli się na biednego człowieka.
I wkrótce czekoladowo- brązowy kapelusz znowu zniknął.

Biedny człowiek znowu zgarbił się i posmutniał. Tak niewiele miał. Jak można okradać kogoś kto nie ma praktycznie nic? Tak jakby takiemu komuś było wszystko jedno!
– To moja wina- powiedział mały chłopiec- nie dotrzymałem tajemnicy.
– Nie martw się- powiedział człowiek- na nic nie przyda im się mój kapelusz.
– Ale to co w nim jest …- zaczął chłopiec.
– Nigdy tego nie znajdą- uśmiechnął się człowiek.

Złodzieje obejrzeli kapelusz ze wszystkich stron. Zajrzeli pod każdą niteczkę. I pod karbowaną tasiemkę. Ale nie znaleźli w nim nic. Nic kompletnie! W środku była tylko szara podszewka. Ze złością kopnęli więc kapelusz a potem wyrzucili.

Kapelusz toczył się pustą alejką w parku.
I w końcu wpadł w ręce małego chłopca, który podniósł go i otrzepał z piasku. A potem odniósł biednemu człowiekowi.
– W tym kapeluszu nic nie ma! – powiedział z żalem chłopiec – jest tylko szara podszewka. Nic więcej.
– Może i tak- człowiek uśmiechnął się i włożył kapelusz na głowę – może nie ma w nim nic. A może trzeba umieć dostrzec niezwykłe rzeczy w rzeczach zupełnie zwyczajnych.
– Nie słucham już cię! To tylko zwyczajny kapelusz – chłopiec aż popłakał się ze złości.
Człowiek uśmiechnął się łagodnie.
– Nie jest zwyczajny – powiedział- jest absolutnie nadzwyczajny! Dzięki niemu jestem tym kim jestem. A to coś najcenniejszego na  świecie.

A potem biedny człowiek odszedł i więcej już nikt go nie spotkał w tej okolicy. Nikt też nie potrafił powiedzieć co się z nim stało. Mawiano, że był dziwakiem, który był bardzo przywiązany do swojego kapelusza. Bo podobno był to kapelusz po jego ojcu, który był dla niego kimś bardzo ważnym. Takie tam sentymentalne bzdury.
Mawiano też, że kapelusz był magiczny. Ale w to nikt nie wierzył. No bo kto by uwierzył w coś takiego? No? Nikt by nie uwierzył! Tak jak nikt nie wierzył, że można cieszyć się słońcem, deszczem albo brakiem chęci posiadania czegokolwiek. Albo, że wolnością jest nic nie posiadać i cieszyć się chwilą.
Tylko jeden mały chłopiec wierzył. I będzie wierzył zawsze, nawet kiedy będzie już bardzo dorosły. A potem całkiem już stary. I może nawet wtedy też będzie miał taki kapelusz? I będzie do niego tak samo przywiązany. Bo ten kapelusz będzie mu zawsze przypominał o tym kim jest. I dlaczego jest tym kim jest. I że to, kim się jest to coś najcenniejszego na całym  świecie.

 

Kalosze

Biedronka zgubiła kalosze.  Nie wiadomo gdzie dokładnie ale to było tego dnia. Tego dnia kiedy tak strasznie padało. Wszędzie zrobiły się wielkie kałuże. Niektóre były jak jeziora. Zresztą Konik Polny wodował na jednej z nich swoją łódkę z liścia.  Jemu nie przeszkadzał deszcz i kałuże. Myślał tylko o zabawie. Taaak… Konik Polny lubił się bawić. A Biedronka wiecznie się czymś zamartwiała. I teraz te kalosze…
– Ale ty się tym nie przejmuj – powiedział nagle szmaragdowy Żuk- to nie jest twoje zmartwienie.
– Wiem, wiem – smętnie stwierdził mały Robaczek Świętojański – nie zamierzam się przejmować. Ale nie lubię kiedy coś idzie nie tak.
– Nie tak – czyli nie jak? – zainteresował się szmaragdowy Żuk.
– Chyba wszyscy powinni żyć jakoś w zgodzie, obok siebie, w symbiozie czy jakoś tak…
– Naiwniak! – westchnął głośno Żuk- kto z kim w zgodzie??? Przecież oni nie wybrali sobie tego miejsca do życia. I na pewno nie obok siebie! Tak się samo ułożyło. I teraz muszą to znosić.
– Ale skoro już – to nie byłoby lepiej i łatwiej razem??? – westchnął cicho Robaczek Świętojański.

Ważka przeleciała obok lekko szemrząc skrzydełkami. Elegancka jak zwykle. Niedostępna jak zwykle.
Szmaragdowy Żuk i Robaczek Świętojański podążyli za nią wzrokiem.
– Ona niczym się nie przejmuje, tylko sobą- szmaragdowy Żuk wskazał na Ważkę – i wiesz co? Ma rację!!!
Ważka przysiadła na łodyżce i rozglądała się leniwie.
Modelka i elegantka. Ziewnęła i poruszyła lekko skrzydełkami. Absolutnie nie interesowały ją kalosze, które zgubiła Biedronka. Zresztą kalosze nie są modne w tym sezonie.
Konik Polny kołysał się na swojej łódce z liścia i pogwizdywał cicho. Podparł się wygodnie i patrzył na chmury. Będzie jeszcze padać czy przestanie wreszcie?
–  Na czym polega sens życia?- zapytał nagle mały Robaczek Świętojański.
Szmaragdowy Żuk pokręcił głową z dezaprobatą:
– Może na tym, żeby nie zadawać takich pytań?- odparł krótko i zdjął z półki książkę.

Z tymi kaloszami to było tak:
Od rana padał straszny deszcz. Naprawdę straszny bo zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie. Zielona łąka zamieniła się w ciemne zielono- brązowe bagienko. W taką pogodę większość stworzeń na świecie nie ma humoru. I złości się o byle co.
Biedronka szła szybko, skulona pod czerwonym parasolem. Parasol wyginał się na wszystkie strony. Ściskała mocno zagiętą rączkę ale deszcz wdzierał się pod parasol ze wszystkich stron. Biedronka szła więc przed siebie ale właściwie nic nie widziała. Z naprzeciwka biegł błyszczący Skorek. Spieszył się do pracy chociaż w taką pogodę to i tak niewiele się zrobi… Nie zauważył Biedronki i wpadł na nią z impetem.  Biedronka wypuściła z rąk czerwony parasol, który jakby tylko na to czekał. I odleciał, hen nad łąkę… daleko! Skorek zamiast przeprosić Biedronkę zdenerwował się na nią i krzyczał coś, co i tak wiatr unosił ze sobą. I może lepiej. A na koniec tupnął nogą i nachylił nad biedną Biedronką tak, że ta cofnęła się i pac – upadła w kałużę! A kiedy wstała nie miała już na sobie kaloszy. Skorka też już nie było. Pognał dalej przed siebie.
Ślimak drzemał pod liściem i tylko raz łypnął okiem w tamtą stronę. Zmoknięta Biedronka bez kaloszy człapała przed siebie. I bez parasola. Z miną zrezygnowaną.
Podobno Pająk widział te kalosze. Pływały w kałuży kołysząc się lekko. Ale Pająk nigdy nie interesował się niczym. Był totalnym luzakiem, którego dewizą było: martw się o siebie.
A Ważka nigdy nie przepadała za Biedronką. Nudna, wiecznie zafrasowana i zawsze źle ubrana Biedronka! Te jej grochy! Ohydne brrr…
Kogo obchodzi czyjeś nieszczęście? Małe czy duże? Byle tylko nie było zbyt blisko. No i co to za nieszczęście – zgubić kalosze?! Phi!

A co…? To nie o kalosze chodzi? A o co???

– Wiesz…- Robaczek Świętojański zaczął powoli – tutaj każdy żyje tylko dla siebie.
– A niby dla kogo mają żyć? – szmaragdowy Żuk podniósł oczy znad opasłej książki.
– Żyć tylko dla siebie to takie… puste? – Robaczek Świętojański głośno rozmyślał.
– Tak – odparł szmaragdowy Żuk – i ty też tak żyj.
– Ale tak nie można! – Robaczek Świętojański uniósł się nagle – nie można myśleć tylko o sobie! W ten sposób wyginiemy!!! Nikt nie da rady w życiu sam! Nikt!
– To chyba już nieaktualne- westchnął Żuk – inne czasy. Dziś każdy jest
samowystarczalny.

– Ratunku!!! Ratunku!!! – wołanie Konika Polnego obudziłoby umarłego – Pomocy!!!
Łódka z liścia przewróciła się dnem do góry a Konik Polny wpadł po uszy do wody. Beztroski wyraz jego  twarzy zniknął na chwilę.
Lubił się bawić a ta łódka to była kolejna zabawka. Do niczego nie potrzebna. Fanaberia. I teraz mu pomagać? A czy nie jest sam sobie winien?
A czy on – ten lekkoduch -pomógłby gdyby ktoś wołał o pomoc? Czy pomógł Biedronce kiedy zgubiła kalosze?
A jakie to ma znaczenie?

– Lecę! – Robaczek Świętojański ruszył na pomoc – Pomóżcie!- krzyknął jeszcze. Gdzieś w powietrze.
Naprężał jak mógł wątłe mięśnie. Ale Konik Polny ważył trochę. Zawsze lubił słodycze i nigdy ich sobie nie odmawiał.
– Nie dam rady sam – Robaczek dwoił się i troił.
Ślimak łypnął okiem spod swojego liścia. A potem ruszył powoli w stronę kałuży.  Zjawił się też błyszczący Skorek – nie wiadomo skąd – i elegancka Ważka. I Biedronka- też się zjawiła, z czerwonym ręcznikiem.

Wkrótce Konik Polny został wyciągnięty z wody. A jego łódka postawiona masztem do góry. Konik Polny wycierał głowę czerwonym ręcznikiem Biedronki i uśmiechał się trochę głupio.

– A widzisz?- Robaczek Świętojański pociągnął szmaragdowego Żuka za rękaw
– nikt nie jest samowystarczalny.
– Mhm – szmaragdowy Żuk spojrzał znad okularów w stronę kałuży – niektórzy nie są.
– I kalosze Biedronki się znalazły! Skorek je znalazł!
– Świetnie – uśmiechnął się szmaragdowy Żuk.
– I w tym jest sens. O! Sens życia. Z innymi i dla innych.
– Czy dasz mi w końcu poczytać?- zapytał zniecierpliwiony Żuk- cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło ale teraz już chciałbym wrócić do mojej książki.
– A o czym ta książka?- Robaczek Świętojański zajrzał przez ramię szmaragdowego Żuka.
– O sensie życia – mruknął Żuk- ale ty jesteś na nią jeszcze stanowczo za młody!

Szmaragdowy Żuk jest mądry i dobry. Tylko czasami nieco szorstki. Robaczek Świętojański przestał paplać. Patrzył jak Konik Polny przewozi na swojej łódce z liścia dzieci pani Biedronki a Ważka na łodyżce dyskutuje ze Skorkiem. Deszcz nie padał i może dlatego humor poprawił się wszystkim. A kiedy ma się dobry nastrój to życie wydaje się mieć jakiś głębszy sens. I łatwiej żyje się z innymi. Aż do następnego deszczu…?

Jesień

Jesień. W trawie czerwony liść skulił się z zimna. Chłód przenika gałęzie drzew i trzęsą się całe. W lesie całe rodziny grzybów urosły po deszczu. Woda jeszcze kapie z ich kapeluszy.
Mroczna wiedźma zaparzyła suszonych ziółek. Z jej chatki unosi się zapach – ciepły i drażniący. Nikt nie ma wątpliwości kto tu mieszka.
Lis przeciągnął się powoli i rozejrzał po swojej norze.
– Straszny tu bałagan – mruknął pod nosem.
W spiżarce pustki. Jak zwykle. Cóż, nie chciało mu się zbierać zapasów wiosną i latem. Wolał wtedy błąkać się po lesie bez celu. Taki już był.
Poprawił czapeczkę z daszkiem na rudej głowie. Trzeba znaleźć coś do jedzenia.

W lesie cisza i spokój. Tylko wiatr szarpie lekko gałęzie. Chłód i wilgoć. Brrr…
Pajęczyny wyglądają jak naszyjniki z okrągłymi kryształkami z kropelek deszczu. Wszystkie zwierzęta pochowały się w swoich norkach. Pewnie piją teraz słodką herbatę. Lis nawet herbaty nie pił dzisiaj.
Czy ktoś mógłby zaprosić go na filiżaneczkę?
Nie był lubiany. Nie integrował się z leśnymi braćmi. W zasadzie nie nazywał ich braćmi. Zające, Borsuki, Sarny … śmietanka towarzyska. On do niej nie pasował.
Teraz jednak tak bardzo burczało mu w brzuchu, że zniósłby nawet towarzystwo niedźwiedzia- hrabiego nudziarza. Ten pewnie szykuje się już powoli do zimowego snu.
Tak rozmyślając Lis dotarł do polany w lesie. Wiosną i latem tętni życiem. Zbierają się tu wszyscy, rozmawiają i biesiadują. Teraz ślad nie został po życiu towarzyskim jakie się tutaj toczy.
Lis naciągnął rękawy kurtki na zmarznięte łapki. Co będzie zimą skoro już teraz nie ma co jeść?
– Chodź tu, chodź- usłyszał nagle – dam ci coś do jedzenia.
Lis rozejrzał się uważnie.  Nie był strachliwy ale nie lubił być zaskakiwany. Czyj to głos? Niski i chrapliwy. Nie odpychający ale też nie nieprzyjemny… Nie, zdecydowanie wcześniej nigdy go nie słyszał.
– Tu jestem- odezwał się głos.
Na skraju polany stał dziwaczny wehikuł. Mało gustowny. Ale nie brzydki. Na dwóch kółkach. Bardzo kolorowy. W kształcie… dzbanka? Takiego do herbaty. Dziwaczny pojazd. U góry sterczała głowa osoby o niskim chrapliwym głosie. Długie ciemne włosy rozwiewał wiatr – ten sam, który szarpał gałęzie drzew. A w jej twarzy najpierw przykuwał uwagę długaśny chudy nos.
To była Mroczna Wiedźma we własnej osobie.
– Tobie chyba nie powinienem ufać – Lis chwycił się pod boki i patrzył zaczepnie na wiedźmę.
– Nie musisz – zaśmiała się Wiedźma – myślałam jednak, że jesteś głodny.
Lisowi zaburczało w brzuchu tak głośno, że aż drgnął na ten dźwięk.
– Wracam do mojej chatki. W razie czego… trafisz? – i Wiedźma ze śmiechem oddaliła się w swoim niesamowitym wehikule.
Lis został sam na pustej polanie. Pomyślał, że burczenie w jego brzuchu obudzi chyba zaraz nawet tych, którzy śpią najtwardszym snem.

Wieczór ciemno szarą zasłoną spadał powoli na jesienny las. Głód i samotny wieczór to perspektywa, która nie jest pociągająca dla nikogo absolutnie. Nawet dla Lisa samotnika, który zawsze kpi z dobrych relacji sąsiedzkich i wspólnych herbatek.

Chatka Mrocznej Wiedźmy stała na bagnach. Zupełnie stereotypowo. Chociaż był pewien powód takiej a nie innej lokalizacji.  Wiedźma nie życzyła sobie towarzystwa. A bagna skutecznie odstraszały nielicznych  śmiałków, którym przeszło przez myśl niepokoić Mroczną Wiedźmę.
Łatwo było tu trafić.  Zapach parzonych ziółek roznosił się po okolicy i jak niewidzialna pajęczyna oblepiał krzewy rosnące wokół bagien. Lis wahał się tylko chwilę. Czuł, że tak naprawdę bliżej mu to tej samotnicy – Wiedźmy niż do jakiegokolwiek innego mieszkańca lasu. Bliżej niż do niedźwiedzia – hrabiego nudziarza, poczciwca. Czy do zająca – zarozumialca, który zawsze wie co należy a czego nie.

– Wchodź śmiało – zachrypiała Wiedźma kiedy ujrzała go na progu chatki – kolacja prawie gotowa.
Lis poczuł przyjemny zapach ciepłej kolacji. Jego żołądek oszalał ze szczęścia na myśl o zbliżającej się uczcie. Burczało mu teraz w brzuchu tak jakby połknął całą orkiestrę dętą. Razem z dyrygentem!
– Siadaj Lisie. Zaraz podam do stołu – Wiedźma zapraszającym gestem wskazała kulawe krzesło przy drewnianym stole.

Chatka wewnątrz wyglądała dużo przyjaźniej niż zewnątrz. Meble nie były okazałe ale wyglądały na takie, które spełniają swoją funkcję. Drewniany stół, dwa nieco koślawe krzesła. Tapczanik pokryty różnobarwnym kocem. Fotel z wysokim oparciem, na którym drzemał czarny kot. I rzecz całkowicie zaskakująca! Wysoka biblioteczka wypełniona po brzegi tomami książek o grzbietach trochę poniszczonych, co świadczyło o tym, że często były z biblioteczki wyjmowane.
– Lubię książki – Wiedźma przyłapała wzrok Lisa i uśmiechnęła się pod długim i chudym nosem – wypełniają mi niemal cały czas. I nie żałuję ani chwili.

Kolacja była bardzo smaczna a Wiedźma na szczęście małomówna. Lis też nie był rozmowny i bardzo mu to odpowiadało. Chociaż cały czas miał się na baczności.  Nie ufał nigdy nikomu. Tym bardziej nie ufał Mrocznej Wiedźmie, o której krążyły niesamowite plotki po całym lesie. Nie był pewien czy teraz jego nie wrzuci na ruszt. Albo nie uwięzi i nie zmusi do ciężkiej pracy. Ściągnął go tutaj głód jakiego nie czuł od dawna. Wiedział, że nie ma w tym lesie nikogo kto podzieliłby się z nim kolacją. Nie był lubiany. Uchodził za złośliwego, niegodnego zaufania oszusta i samotnika. I nie przejmował się tym bo nie zależało mu na przyjaźni. I nie obchodziło go co myślą o nim inni.
Wiedźma tymczasem zaparzyła kawy. Bez słowa podała mu filiżankę z gorącym, mocnym napojem, którego zapach był oszałamiający.
– Czy teraz pożresz mnie albo uwięzisz? Czy to już mój koniec? – zapytał Lis.
Wiedźma zaśmiała się bardzo głośno aż kot śpiący na fotelu obudził się i wyprężył grzbiet. Zaraz potem jednak zapadł znowu w drzemkę.
– Nie jadam lisów – odpowiedziała Wiedźma – jestem wegetarianką. Nikogo też nie mam zamiaru więzić. Jedyne na czym mi zależy to na spokoju. I żeby nikt i nic go nie zakłócało.
Za oknem wiatr gwizdał. Drzewa szumiały. Księżyc wstał wysoko na czarnym jak smoła niebie a w jego bladym świetle las wyglądał nieco upiornie niezależnie od okoliczności. Lis podniósł się i wygładził kurtkę.
– Dziękuję – powiedział niepewnie – na mnie czas.
– Nie ma za co – odpowiedziała Wiedźma nie patrząc nawet na niego. Jej wzrok błądził gdzieś w ciemności nocy, w której małe okienko nad stołem wycięło niewielki kwadracik. I wyglądało tak jakby cała noc chciała pomieścić się w tym małym kwadraciku.
– Dlaczego nazywają cię Mroczną Wiedźmą – zapytał Lis.
– Tak mnie nazywają? – zdziwiła się Wiedźma – nie wiedziałam.
– Dlaczego zaprosiłaś mnie na kolację? – zapytał znowu Lis.
– Bo nikt inny nie chciałby tu przyjść – Wiedźma znowu zaśmiała się bardzo głośno – tylko ty byłeś aż tak głodny.
Nagle przestała się śmiać i dodała:
– I tak samotny. A nikt, absolutnie nikt, nie powinien spędzać samotnie jesiennych wieczorów.
W jej głosie nie było żalu czy smutku. Jej samotność nie ciążyła jej chyba wcale. Ale jednocześnie z całkowitym przekonaniem wypowiedziała te słowa. Tak jak wypowiada się zaklęcia.

Przed chatką stał zaparkowany dziwaczny pojazd Mrocznej Wiedźmy. Kolorowy dzbanek na dwóch kołach. Czyżby Wiedźma nie miała w sobie aż tyle mroku na ile ją oceniano? A może nie miała go w sobie w ogóle?
Lis ruszył powoli przed siebie, przez ciemny las, który znał jak własną kieszeń. Do swojej norki, w której panował wieczny bałagan. I w której mógł się schronić przed całym światem.

O Niczym

– Mamo, opowiedz mi bajeczkę!
– A o czym mam dzisiaj opowiedzieć?
– Hmm… może o …niczym!
🙂

… Pewnego razu był sobie Niczy. Niczy był bardzo niepozornym stworzeniem i bardzo skromnym. Natura obdarzyła go niewielką posturą i słabym głosem. Był trochę bardziej jakby swoim własnym cieniem niż właściwym sobą.
Niczy spędzał dni zwykle w jakimś kącie, rozmyślając o gwiazdach i księżycach. Wydawały mu się tak samo nierealne jak on sam a jednocześnie przecież prawdziwe.
Czy Niczy był prawdziwy? Żył i rozmyślał. To już naprawdę coś. A to, że wiecznie gdzieś na uboczu, jakby z dala od pędzącego świata i jego spraw … no cóż, nie każdy potrafi nadążyć.
Któregoś razu Niczy wybrał się na spacer. Pogoda nie była tak piękna jak w poprzednim tygodniu. Słońce skryło się za chmurami a z nieba kropił drobny deszczyk. Niczy lubił skrywać się w takiej pogodzie. Słońce oświetla ludzi i inne stworzenia i są w nim widoczne z każdym szczegółem. Ze skrzywioną miną i radosną. Niczy nie lubił być widoczny. Kiedy padał deszcz i niebo było szare czuł, jakby miał na sobie pelerynę, spod której nie wystawał ani kawałek Niczego.
Tak bezpieczniej było zwiedzać świat.
Niczy spod swojej niewidzialnej peleryny widział złożoność świata. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie tylko jemu jest czasami ciężko podnieść głowę i stawić czoła codzienności. Ale też wiedział, że łatwo jest się cieszyć życiem. Bo w swoich najprostszych przejawach jest ono pełne barw i uspokajających dźwięków.

Spacerowanie w deszczu jest bardzo przyjemne. Oczywiście nie ma tutaj mowy o ulewie i burzy z prawdziwymi piorunami. Ale o deszczyku kapiącym równo i rześkim lub nawet trochę większym. Jeśli do tego jest się odpowiednio ubranym i ma na sobie odpowiednie obuwie to naprawdę sama przyjemność. Dużo większa niż spacer w słońcu.
Niczy od zawsze lubił deszcz. Taki właśnie jest prawdziwy świat – pełen deszczu i łez. A w słońcu czasami trzeba udawać radość i szczęście żeby pasować do innych.

Niczy spacerował i obserwował. Aż nagle spod swojej niewidzialnej peleryny dostrzegł kogoś, kto jak on przemierzał ulice, lekko zgarbiony. Kto to mógł być?
Niczy pierwszy raz spotkał kogoś kto mógł być podobny do niego.
– Hej! – zawołał Niczy – czy nie podążamy w tę samą stronę?
Ten drugi zatrzymał się i spojrzał na niego.
– Jestem Niczy – powiedział Niczy – a ty?
– Niki -usłyszał w odpowiedzi.
Niki był podobnej postury i słabego głosu jak Niczy. Mieli wiele wspólnego. Niki też lubił deszcz. I też szukał swojego miejsca wśród gwiazd i księżyców. Bo wydawało mu się, że tylko tam może je znaleźć dla siebie. Stanowili duet niemal idealny. Niemal – bo idealne nic na świecie nie jest i nie będzie.

Odtąd Niczy wędrował przez świat z Nikim. A Niki z Niczym. Z jednej strony świetnie się uzupełniali. Z drugiej stanowili wspólnie doskonały brak wszystkiego co jest potrzebne do bycia kimś lub czymś. Ale przecież nie tylko bycie kimś lub czymś daje prawo do istnienia. Także gdy jest się takim Niczym i Nikim -jak ci dwaj – ma się prawo do swojego miejsca na Ziemi. Nawet jeśli się o tym nie wie i ciągle szuka. Czy nie na tym właśnie polega niezwykłość tej planety?