Monthly Archives: October 2016

Słoneczny chłopiec

Bajka dla Filipka P.

Pewnego razu był sobie chłopiec. Całkiem niedawno pojawił się na świecie – a było to pięknego, słonecznego dnia w samym środku wiosny – i sprawił tym wielką radość swoim rodzicom. Bo to wielka radość kiedy daje się życie komuś. A potem patrzy, jak ten ktoś rośnie i rośnie i jest coraz większy i mądrzejszy.
Ten chłopiec na razie jeszcze był malutki. Ale już przejawiał pewne zdecydowane cechy, które mogły odróżniać go od innych. Lubił się śmiać – chociaż ta cecha jest akurat charakterystyczna u dzieci. Lubił też czasami sobie pospać.  Tylko nie bardzo potrafił zgrać się z rodzicami, bo kiedy on chciał spać, oni byli pełni energii, a kiedy budził się i był gotowy do zabawy – wtedy oni właśnie kładli się spać i patrzyli na niego bardzo dziwnie. No ale to akurat też jest cecha wspólna dla większości dzieci. Zajmuje im trochę czasu zanim zrozumieją, że śpi się w nocy a bawi w dzień. Swoją drogą pewnie niejeden dorosły całkiem dobrze rozumie te odwrotne upodobania u dzieci.
I na tym można by zakończyć opowieść.  Może dodając jeszcze, że chłopiec lubił kolorowe zabawki, wesołe dźwięki, smaczne jedzenie i przede wszystkim przytulanie. Tak jak wszystkie dzieci. A jednak… Ten chłopiec był inny niż wszyscy.
Najbardziej niezwykłą cechą, która należała tylko do tego chłopca był kolor jego włosów. Kolor włosów to ważna cecha, która potrafi wiele mówić o człowieku. A włosy tego chłopca były w kolorze słońca. Nie jakieś jasne czy blond albo jeszcze inne. Tylko właśnie dokładnie, nie mniej i nie więcej, tylko w kolorze słońca, które świeciło w dzień na niebie. Każdy kto widział go po raz pierwszy patrzył zdumiony na te jego włosy. Bo taki kolor włosów po prostu się nie zdarza.
Można by przejść nad tym do porządku dziennego, bo po co rozwodzić się nad czymś bez skutku. Jednak kolor włosów chłopca zdawał się nie pozostawać bez wpływu na niego samego. Bo – chociaż mógł to być zbieg okoliczności – kiedy na dworze było ponuro i padał deszcz, włosy nieco ciemniały a jednocześnie nastrój chłopca znacznie się pogarszał. Minę miał nieszczęśliwą, płakał i nie chciał w ogóle jeść. Wiele osób nie lubi deszczu, mógł go nie lubić nawet taki mały chłopiec. Ale kiedy na niebie świeciło słońce, coś niezwykłego działo się z nim, i trudno było wytłumaczyć to czymkolwiek. Jego włosy nie tylko jaśniały ale też roztaczały blask tak niesamowity, że aż dziwne że nikogo nie oślepiał. Jednocześnie buzia chłopca promieniała, oczy robiły się jakby większe i jaśniejsze i uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Rodziców zawsze cieszy dobry nastrój ich dziecka. Jednak w tym przypadku to nie było takie proste. Ludzie zwracali uwagę na słonecznego chłopca i robili różne uwagi na temat jego włosów i rozjaśnionej buzi. Tak to już jest, o czym wiedzą chyba wszystkie mamy, że jak się ma dziecko to nagle spotyka się wiele osób, które o dzieciach wiedzą podobno wszystko. I bardzo chętnie służą radami, o które nikt ich nie prosił. Zwykle z tych rad wynika, że mama nie umie zajmować się swoim dzieckiem dobrze i powinna raczej posłuchać innych niż dalej tak postępować. No więc mama chłopca słyszała takie rady :
– Trzeba mu dawać mniej marchewki, więcej buraczków.
– Trzeba ubierać mu czapeczkę, jak najczęściej, nawet kiedy jest ciepło.
– Trzeba smarować mu buzię kremem.
– Trzeba z nim wychodzić na dwór kiedy pada deszcz.
– Trzeba z nim pójść do lekarza …
Mamie chłopca kręciło się w głowie od tych wszystkich rad. I nie wiedziała co ma o tym wszystkim sądzić. Tymczasem jej synek rósł zdrowo i w ogóle nie przejmował się swoim niezwykłym wyglądem. Był zresztą na to jeszcze zdecydowanie za mały. Rodzina i znajomi też już się do niego przyzwyczaili. Tylko obcy ludzie ciągle robili zdziwione miny, jakby zapomnieli o czymś takim jak takt i dobre wychowanie.
Minęła wiosna i lato. Przyszła jesień dżdżysta i chłodna. Dni zrobiły się krótsze a słońce na coraz dłużej znikało za chmurami. Chłopiec zrobił się niespokojny, kręcił się i popłakiwał podczas snu. W dzień znienacka tracił apetyt i chęć do zabawy. Jego włosy ściemniały a buzia nie była już taka promienna.

Rodzice chłopca martwili się bardzo. Bo chociaż teraz chłopiec nie wyróżniał się niczym i wreszcie wyglądem przypominał inne dzieci, to jego smutna mina wskazywała na to, że dzieje się coś niedobrego.
– Musimy z nim pójść do lekarza – postanowiła mama chłopca.
– Może mu samo przejdzie? – zastanawiał się tata – jest jeszcze malutki. Rośnie i zmienia się.
Tata chciał jeszcze też dodać, że wreszcie wygląda jak inni. Ale wiedział, że zrani tym serce mamy chłopca, która kochała synka nad życie i gdyby nie ludzie wokół, w ogóle nie dostrzegała by jego inności.
Nastrój chłopca poprawiał się na krótko kiedy na niebie pojawiało się słońce.  Wtedy jadł i bawił się i śmiał ze swoimi rodzicami. Ale kiedy wracały chłodne i ciemne dni  markotniał i wtedy jego mama przytulała go tak mocno jak to tylko możliwe. Bo mamy wiedzą, że takie przytulanie jest często jak najlepsze lekarstwo i nie potrzebują do tego niczyich rad.
W końcu jednak rodzice chłopca postanowili poradzić się specjalisty. Kiedy dziecko rośnie to jest bardzo ważne, żeby rozwijało się prawidłowo i żeby absolutnie nic tego rozwoju nie zakłócało. Dlatego kiedy ma się jakiekolwiek wątpliwości trzeba pójść do lekarza i koniec. Ale nie wszyscy lekarze wiedzą o wszystkich chorobach i problemach. Kiedy rodzice opowiedzieli pierwszemu z nich (bo było ich wielu potem) o tym co dzieje się z ich synkiem, ten długo kręcił głową i w końcu dał skierowanie na badania. Badania nic nie wykazały i trzeba było szukać dalej.  Kolejny lekarz przepisał witaminy, a jeszcze następny zalecił ciepłe kąpiele. A  jeszcze inny rozłożył ręce i w ogóle nie wiedział co poradzić. Rodzice chłopca powoli tracili nadzieję. A witaminy i kąpiele nic nie zmieniły. Chłopiec wyglądał zupełnie jak inne dzieci i to mogło cieszyć rodziców, ale nastrój miał kiepski
– Wolałam kiedy był taki jasny – powiedziała mama – on też wolał. Musimy mu pomóc.
-Ale ludzie, znowu będą mówić o nim i robić zdziwione miny. Może niech zostanie już taki? – radził tata, chociaż jemu też najbardziej zależało na synku a w ogóle nie na innych.
– Nie obchodzą mnie ludzie – krzyknęła mama, która była już bardzo zmęczona tym wszystkim – to jest nasz synek i jego dobro jest dla nas najważniejsze.
W końcu ktoś polecił im bardzo dobrego specjalistę, który znał się na dolegliwościach wieku dziecięcego ale nie tylko. Był może nieco ekscentryczny ale pod jego gabinetem nieustannie ustawiały się kolejki.
Lekarz zbadał chłopca bardzo dokładnie, obejrzał główkę, rączki i nóżki. Posłuchał serca i osłuchał płuca. Popatrzył, pomyślał… A potem spojrzał na rodziców znad okularów i powiedział powoli, nieco przeciągając samogłoski:
– Wszystko jest dobrze …
– Ale, tak jak wspominaliśmy, coś chyba nie jest w porządku, te jasne włosy i w ogóle…
– Dziecko jest zdrowe. Może trochę niezwykłe ale to chyba lepiej?
– Lepiej dla kogo? – zapytał tata.
Lekarz zsunął okulary jeszcze niżej na nos i patrzył z pobłażliwym uśmiechem na tatę.
– Proszę pana – zaczął – mają państwo zdrowe i niezwykłe dziecko. Nie ma powodów do niepokoju. Państwa synek potrzebuje dużo ciepła i dużo światła. Proszę mu to zapewnić a nastrój na pewno mu się poprawi. I apetyt będzie miał większy. A kiedy przyjdzie wiosna, pełna słońca, wtedy w ogóle powodu do niepokoju nie będzie.
– Ale ludzie patrzą tak dziwnie
– Ludzie dziwią się różnym rzeczom, bo są zamknięci. Nie potrafią przyjąć do wiadomości, że świat jest dużo większy niż są w stanie pojąć i pełen wielu niesamowitych rzeczy o jakich im się nawet nie śniło. To, co jednym wydaje się dziwne dla innych jest czymś zupełnie naturalnym.
Poza tym, czy to rzeczywiście jest takie niezwykłe, że dziecko jest pełne słońca? Moim skromnym zdaniem to wszystkie dzieci pochodzą ze Słońca. Stamtąd trafiają tutaj, na szarą ziemię, która tylko dzięki nim nabiera barw. To przecież bardzo logiczne!
Tylko nie po wszystkich od razu to widać.
I lekarz popatrzył z uśmiechem na chłopca i na jego rodziców.

Nagle spoważniał, podniósł do góry jeden palec i powiedział :
– I jeszcze jedno, bardzo ważne: proszę odtąd nie przejmować się tak bardzo tym co mówią inni. To, proszę państwa, nikomu nie wychodzi na zdrowie.
Sami powiedzcie – czy to nie był bardzo dobry specjalista ?

Rodzice chłopca wrócili do domu uspokojeni. Zastosowali się do zaleceń lekarza i nie przejmowali się już tym co myślą i mówią inni.
Słoneczny chłopiec rósł a jego włosy lśniły w słońcu. Uśmiech rozjaśniał mu buzię. A rodzice zapewniali mu każdego dnia jak najwięcej ciepła, jak najwięcej światła i jak najwięcej miłości – bo jako rodzice dobrze wiedzieli, że miłość jest w tym wszystkim najważniejsza, i nie potrzebowali do tego niczyich rad.



O Wiewiórce, która nie lubiła orzechów

Pewnego razu była sobie Wiewiórka, która nie lubiła orzechów. Nie lubiła ich smaku ani nawet zapachu. Po prostu nie i już.
Tak, tak… Tak bywa, że to, co wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest. Ta Wiewiórka lubiła owoce i sok z liści. I było to w świecie wiewiórek czymś zupełnie wyjątkowym.
Inne wiewiórki patrzyły na nią podejrzliwie. Bo wiele z nich pierwszy raz widziało coś takiego. Żeby wiewiórka nie lubiła orzechów! Też coś! Czy ona aby na pewno jest wiewiórką?
To jest kłopot kiedy odstaje się od reszty. Kłopot zwłaszcza dla tej reszty, która nie potrafi albo nie chce zaakceptować innych upodobań. Bo dla Wiewiórki, która nie lubiła orzechów nie był to żaden kłopot. Krzewy w parku rodziły co roku mnóstwo owoców, które Wiewiórka mogła ze smakiem zjadać. A liści było wszędzie tyle, że soku starczyło jej na cały okrągły rok.
W dodatku Wiewiórka była zdrowa i pełna energii a jej futerko lśniło. Nie brakowało jej orzechów ani trochę.

Pewnego dnia Wiewiórka jak zwykle siedziała sobie pod jednym z krzaczków i rwała owoce do małego koszyczka. Zbliżał się czas robienia zapasów i Wiewiórka dobrze o tym wiedziała. Nagle ktoś rzucił w nią patykiem, co nie było bolesne ale też nie było miłe. Nieopodal krzaczka stały dwie wyjątkowo złośliwe wiewiórki i uśmiechały się ironicznie.
– Cześć – powiedziała jedna z nich – co tam zrywasz? Znowu będziesz jeść owoce? Nie boisz się, że zamienisz się w chomika???
Wiewiórki roześmiały się głośno i ze śmiechem pobiegły przed siebie.
Wiewiórka, która nie lubiła orzechów, przez chwilę patrzyła za nimi ale wkrótce wróciła do zrywania owoców.
Są tacy, którzy przejmują się brakiem akceptacji. Marzą o dużym gronie znajomych, z którymi mogliby spędzać czas i pławić się we wzajemnym uznaniu i sympatii. Albo też adoracji. Ale są też tacy, dla których ma to dużo mniejsze znaczenie niż móc pozostać sobą.
Kiedy Wiewiórka skończyła już zbierać owoce, spokojnie udała się w stronę drzewa, na którym mieszkała. Nagle zauważyła, że ktoś przygląda się jej bacznie spod ławki, która stała nieopodal i w pogodne dni przyciągała spacerujących, dając im chwilę wytchnienia. Teraz pod ławką przysiadła wiewiórka i z uwagą patrzyła na Wiewiórkę, która nie lubiła orzechów.
Wiewiórka, która nie lubiła orzechów nie zamierzała się tym przejmować. Odwróciła się i zwinnie wdrapała na drzewo, dźwigając na ramieniu koszyczek pełen owoców.
Jej domek na drzewie był bardzo przytulny. Od reszty świata odgradzały go gęste gałęzie. Jednak wieczorami można było przez nie zobaczyć księżyc.
Następnego dnia Wiewiórka jak zwykle biegała po parku załatwiając różne drobne sprawy. A to trzeba sprowadzić fachowca i naprawić kran w łazience, a to kupić słoiki, w których zaprawi się owoce na zimę, a to wyczyścić futerko, bo jutro niedziela…
Nie zwróciła uwagi na to, że ta wiewiórka spod ławki chodziła za nią cały dzień krok w krok i po całym dniu odprowadziła ją aż do samego drzewa, na którym mieszkała.

Niedziela zawsze była radosnym ale też dosyć głośnym dniem w parku. Przychodziło mnóstwo dzieci i wszystkie miały ze sobą mnóstwo orzechów. Dla wiewiórek to było prawdziwe święto. Wiewiórka, która nie lubiła orzechów, lubiła niedziele, bo były gwarne i kolorowe. Schodziła więc z drzewa i tak jak pozostałe biegała od krzaczka do krzaczka. Mogła przy tym ignorować nawoływania dzieci, bo orzechy nie interesowały ją wcale. To była swego rodzaju wolność, którą bardzo sobie ceniła.
Kiedy przysiadła, żeby chwilę odpocząć usłyszała szelest tuż obok. To wiewiórka-spod-ławki przysiadła tuż obok.
– Cześć – zamachała łapką.
– Cześć – odpowiedziała Wiewiórka, która nie lubiła orzechów.
– Jak to robisz? – zapytała wiewiórka-spod-ławki.
– Co jak robię?
– Nie przejmujesz się tym, co mówią inni?
– Skąd wiesz, że się nie przejmuję? – zapytała Wiewiórka, która nie lubiła orzechów.
– Wydaje mi się, że się nie przejmujesz.
Wiewiórka, która nie lubiła orzechów zaśmiała się.
Rzeczywiście nie bardzo się tym przejmowała. Wolała nieco odstawać od reszty niż robić coś wbrew sobie. Zresztą wiedziała, że nie jest jedyną wiewiórką na świecie, która nie lubi orzechów. Być może tylko jedną z nielicznych, która się tego nie wstydziła.
Jej życie nie było przez to gorsze. Nie miała poczucia, że coś ją omija, że coś przez to traci.
– Nie czujesz się samotna? – zapytała wiewiórka-spod-ławki.
– Nie jestem samotna – odpowiedziała Wiewiórka która nie lubiła orzechów – mam kilku przyjaciół.
– Naprawdę?! – zdziwiła się wiewiórka-spod-ławki – czy oni też nie lubią orzechów?
– Lubią, niektórzy nawet bardzo. A co to ma do rzeczy? To nie przeszkadza w przyjaźni…
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Wiewiórka, która nie lubiła orzechów, chętnie już by sobie poszła. Ale była dobrze wychowana i nie chciała zachować się niegrzecznie.
Wiewiórka-spod-ławki w końcu kiwnęła główką i pobiegła przed siebie. Wiewiórka, która nie lubiła orzechów mogła wrócić na swoje drzewo, do swoich upodobań i spokojnego życia.

Tymczasem wiewiórka-spod-ławki nadal nie mogła się zdecydować czy wystarczy jej odwagi i siły. Czy uda jej się ułożyć sobie życie trochę jakby od nowa. Czy potrafi być ponad to i nie przejmować się tym co myślą i mówią inni. Czy będzie mogła żyć spokojnie i cieszyć obecnością przyjaciół. I jak w ogóle będzie wyglądać jej życie, kiedy wreszcie przyzna się najpierw samej sobie – a potem w końcu i cała reszta się o tym dowie- że ona też nie lubi orzechów. I że wolałaby jeść owoce i pić sok z liści. I wcale nie myśli, że z tego powodu zamieni się w chomika. Zresztą – jeśli nawet – czy coś złego jest w byciu chomikiem? Albo czymkolwiek innym?

Wazonik

Pewnego razu była sobie dziewczynka, która lubiła dostawać prezenty. Takich dziewczynek jest sporo na świecie, chłopców zresztą też. Wielu z nas lubi dostawać prezenty. Ale ta dziewczynka lubiła to aż za bardzo i chciała dostawać prezenty ciągle, przy najmniejszej choćby okazji. I te prezenty były dla niej dużo ważniejsze od tych, którzy je przynosili.
Chociaż oni wcale o tym nie wiedzieli i myśleli, że dzięki prezentom nawiązują z nią bliższą relację.
Na przykład był jeden chłopiec, który przynosił najpiękniejsze lalki i piłki. Bo bardzo chciał móc bawić się z tą dziewczynką. I miał nadzieję, że może kolejny prezent sprawi, że wreszcie go zauważy. Ale dziewczynka w ogóle nie zwracała na niego uwagi i zupełnie nieświadomie – chociaż taka nieświadomość niczego nie usprawiedliwia – łamała mu tym serce.

Kiedy dostaje się tak dużo prezentów i tak często, to w końcu już nie wiadomo co może sprawić radość. I wszystkim kończą się pomysły co jeszcze można podarować takiej osobie. Lalki, piłki, sukienki, książki, gry i skakanki… wszystko już było i nawet kilkakrotnie. Nie było już w żadnym sklepie niczego, co różniłoby się jakoś szczególnie od prezentów, które dziewczynka dostawała do tej pory.

Prezenty piętrzyły się w jej domu, przy każdej okazji pojawiały się kolejne. W końcu sama obdarowywana zaczęła odczuwać przesyt prezentów i już nie pragnęła ich tak bardzo. To znaczy nie pragnęła kolejnej lalki, piłki, sukienki i skakanki. Jeśli takie mają to być prezenty, to lepiej nie dostawać ich wcale.

Wszyscy nadal jednak obdarowywali ją przy każdej okazji. Tak się przyzwyczaili, że nie mogli się odzwyczaić.

Któregoś dnia znalazł się ktoś, kto przyniósł jej zupełnie inny prezent niż te dotychczasowe. Był to niewielki zgrabny wazonik z zaokrąglonym uszkiem. Wazonik był wykonany z cienkiej porcelany i ozdobionym delikatnym wzorem drobnych kwiatków. Prawdziwe cudeńko. Osoba, która wręczała go dziewczynce powiedziała:
– To wyjątkowy wazonik. Może sprawić, że stanie się coś naprawdę niezwykłego. Tak powiedział sprzedawca, który sprzedał mi go na targu staroci.
– Czyli co na przykład? – zapytała rezolutnie dziewczynka.
– Mhm… Nie wiem dokładnie co, ale coś na pewno.
Dziewczynka przyjęła prezent z takim samym przejęciem, jakie odczuwała przedtem kiedy dostawała prezenty. Ale w opowiastkę o niezwykłym wazoniku nie uwierzyła ani trochę. Postawiła go na półce i wkrótce całkiem o nim zapomniała.
Tak zresztą dzieje się wtedy, kiedy ma się zbyt dużo przedmiotów. Szybko zapomina się o nich i w ogóle ich nie używa.

Minęło sporo czasu. Dziewczynka wkrótce przestała być małą dziewczynką i stała dziewczyną. Teraz miała w głowie zupełnie inne rzeczy niż lalki, piłki, gry i skakanki. Nagle zauważyła, że otacza ją mnóstwo przedmiotów ale bardzo niewielu ludzi. Wielka chęć otrzymywania prezentów zupełnie przesłoniła jej inne ważne rzeczy, których teraz jej brakowało. Nie miała przyjaciół ani nawet dobrych znajomych. A jej półki uginały się od przedmiotów, których nie potrzebowała ani teraz ani nigdy przedtem. W końcu nawet już nie mogła na nie patrzeć. Marzyła o tym, żeby przyszedł do niej ktoś kto nie przyniesie jej żadnego prezentu. Tylko spędzi z nią chociaż trochę czasu.

Wtedy przypomniała sobie o tym małym chłopcu, który przynosił jej kiedyś najpiękniejsze prezenty. Nie mogła przypomnieć sobie jego imienia ale pamiętała dobrze jego twarz i uśmiech. Gdzie może być teraz? Koniecznie musi go odnaleźć i porozmawiać chociaż przez chwilę.

Trudno jest odnaleźć kogoś jeśli nikogo się nie zna dobrze. Jeśli nie zbudowało się trwałej sieci znajomych poprzez których można poznawać kolejne interesujące osoby i dotrzeć do tych, których dawno się nie widziało. Dziewczyna nie wiedziała nawet od czego zacząć. Właściwie to jej plany odnalezienia tego co zgubiła dawno temu, od początku zdawały się nie mieć szans na powodzenie.

Dziewczyna, która do niedawna była dziewczynką, którą interesowały tylko przedmioty a nigdy ludzie, czuła się bardzo samotna. Czuła żal. A ten żal zamienił się w złość i któregoś dnia chwyciła swoje prezenty i zaczęła wyrzucać je – jeden po drugim. Trwało to długo bo było ich bardzo dużo. I zajęło jej głowę na dłuższą chwilę.
Na końcu chwyciła niewielki delikatny wazonik z delikatnej porcelany ozdobiony wzorem drobnych kwiatków. Przyjrzała mu się uważnie i próbowała sobie przypomnieć kto i kiedy podarował jej taką dziwną rzecz. Pomyślała, że to zupełnie bezużyteczny i nikomu niepotrzebny przedmiot, jak wszystko inne. I ze złością zrzuciła wazonik, który stuknął głośno kiedy dotknął podłogi. Ale wcale się nie stukł i w ogóle nie uszkodził. Lekko tylko kołysał się w jedną i drugą stronę.
Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie a potem podniosła z podłogi i postawiła spowrotem na półce. Tylko ten jeden wazonik został z całej góry prezentów, które dostawała przez wiele lat.

Skoro już wazonik stał na półce to może mógłby stać się użyteczny. Dziewczyna postanowiła, że kupi kwiaty i wstawi je do wazonu.

Wyszła z domu w poszukiwaniu sprzedawcy kwiatów. Pogoda była piękna, idealna na spacer. Szła więc powoli i rozglądała się uważnie. Nigdy dotąd nie była na takim spacerze. Więc kiedy już kupiła kwiaty to w drodze powrotnej nadal szła powolutku i przyglądała światu. Nagle na jej drodze stanął chłopak i uśmiechnął się szeroko.
– Jakie piękne kwiaty – powiedział – będą ładnie wyglądać w wazonie.
– Właśnie – odpowiedziała dziewczyna przyglądając mu się uważnie.
A chłopak uśmiechał się ciągle i w końcu rozpoznała ten uśmiech. Uśmiech małego chłopca, który przynosił jej najpiękniejsze prezenty.
– Nadal lubisz dostawać prezenty? – zapytał chłopak.
– Już nie. Wolałabym spotykać ludzi niż dostawać prezenty.
– W takim razie chętnie zapoznam cię z kilkoma miłymi osobami.

W małym zgrabnym wazoniku codziennie stały świeże kwiaty. A świat dziewczyny, która kiedyś lubiła dostawać prezenty, zaludnił się i wypełnił osobami bliższymi i dalszymi.

Czy jest jakiś morał z tej bajki? Pewnie nie ma żadnego. Może tylko taki, że w życiu wcale nie potrzeba czarów, żeby coś odmienić, ani żadnych niezwykłych mocy. Bo żadne niezwykłe wazoniki czy cokolwiek innego nie istnieje. Wystarczy tylko chwila zastanowienia nad tym, czy nadal chcemy żyć tak jak dotychczas. A potem trzeba odrzucić to, co jest nam zupełnie niepotrzebne. I skupić na tym, co jest nam potrzebne najbardziej.

O dniu, który nie chciał się skończyć

Pewnego razu Dzień postanowił nigdy się nie kończyć. Słońce świeciło mocno a trawa zieleniła soczyście. To był taki dzień, kiedy zdecydowana większość ludzi czuje się szczęśliwsza niż zwykle. A przynajmniej nie czuje się tak nieszczęśliwa jak zazwyczaj.
Odkąd słońce wstało o świcie na wschodzie, czas biegł sobie bez pośpiechu, tak jakby truchtem. Bez zadyszki i nie goniąc za niczym.
Ludzie w takie dni są spokojniejsi i bardziej pogodni. Tak jakby światło słoneczne spływało im prosto do głów i serc. Są dla siebie milsi i lepiej postrzegają siebie i innych. Przyszłość jawi im się w jasnych barwach. A o przeszłości w ogóle nie myślą.
Taki to był właśnie Dzień.

Godziny mijały i wszystkim się zdawało, że dawno już powinien być wieczór. Tymczasem niebo było jasne i błękitne a na ulicach i w parkach panował gwar.

– Jak pani sądzi – zapytał pan w jasnym kapeluszu – czy ten dzień nie dłuży się troszkę?
– Może troszkę – odpowiedziała pani w kwiecistej apaszce – ale to taki ładny dzień!
Często wydaje nam się, że dni są za krótkie i że brakuje czasu na wszystko. No to proszę bardzo. Dzień trwał i trwał i nie przestawał być pogodny. Wszyscy powinni być zadowoleni.
I wielu było. Taki piękny dzień. I taki długi. Można spacerować bez końca. Można siedzieć bez końca na ławce. Albo rozmawiać z przyjaciółmi o wszystkim i o niczym, cały dzień. Wielu ludzi cieszył Dzień, który postanowił się nie kończyć.

Ale, ale … a co z tymi, którzy są w pracy i chcieliby już odpocząć??? Albo leżą w szpitalu bo coś bardzo ich boli? Albo z tymi, którzy czekają na coś, co ma się wydarzyć jutro? Czy ktoś pomyślał o nich? Bo nawet jeśli świeci mocno słońce i trawa soczyście się zieleni, to przecież biegu pewnych spraw nie zmienia.
Dzień był więc zadowolony z siebie ale nie całkiem zasadnie.

Pan w jasnym kapeluszu przysypia na ławce. A pani w kwiecistej apaszce chętnie popatrzyłaby już na gwiazdy. I tęskni za ciszą wieczoru, przetykaną koncertami świerszczy.
Wieczór puka w drzwiczki zaplecza.
– Dniu, złaź stamtąd. Już wystarczy. Miałeś dobre chęci ale niektórzy chcą już odpocząć.
– Ale ludzie mnie lubią. Jestem taki jaki powinien być dzień. Cieszą się, że jestem.
– Mnie też lubią – odpowiada Wieczór – A poza tym: lubią czy nie lubią ale mnie potrzebują. Tak już jest.

Chłodny Wieczór w gwiaździstej pelerynie niecierpliwi się i stuka butem głośno w podłogę.
Wszystko ma swój początek i koniec. I to nie prawda, że początek jest od końca lepszy. Albo, że lepiej jeśli końca w ogóle nie ma. Początki bywają trudne, a trwanie bez końca – nużące. A chłodny wieczór daje wytchnienie i nadzieję na kolejny, jeszcze lepszy dzień.